RSS
 

Notki z tagiem ‘związek’

Sprawozdanie

16 sie

Witam w nowym roku!
Jeszcze nigdy nie używałam tego zwrotu w połowie sierpnia. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Czy przy okazji powinnam już złożyć życzenia na zbliżające się Boże Narodzenie?

Od ostatniego wpisu minęło prawie osiem miesięcy. Dużo się w tym czasie wydarzyło, o czym, w ramach powrotu do bardziej regularnego pisania (Boże, daj mi tę wytrwałość!), trochę wspomnę.

M., która już wkrótce będzie obchodzić pierwszą rocznicę ślubu zostanie mamą. Niby normalna kolej rzeczy, prawda? Jednak ja, jak zwykle, nie omieszkałam ulec krótkiemu szokowi. Bo to dziwne uczucie, kiedy najbliższa koleżanka, z którą przecież jeszcze nie tak dawno spędzało się dzieciństwo, nosi pod swym sercem zaczątek nowego pokolenia. Dziś cieszę się razem z nią i jej lubym.
Zastanawiam się tylko po cichu która z nas, w chwilach największej słabości, byłaby w stanie bardziej zazdrościć tej drugiej. Ja jej – całkowitej życiowej stabilności i tego, że jej życie jest już poukładane, że ma prawie stuprocentową pewność obok kogo obudzi się za dziesięć lat przed odprowadzeniem dziecka (dzieci?) do przedszkola? Czy ona mnie – tej swobody z jaką mogę żyć choćby wyruszając na wakacje gdziekolwiek zapragnę, będąc niezależną od nikogo, nie myśląc o tym, że w domu siedzi facet czekający aż wrócę i wstawię pralkę z jego ciuchami?

K. aż trzy razy zmienił pracę. Dziś twierdzi, że znalazł sposób na swoje życie. Złożył papiery na studia i ma nadzieję, że uda mu się pogodzić pracę z nauką. Kupił auto, co jest jego pierwszym większym sukcesem, z którego ogromnie jest dumny.

A., z którą mocno zakolegowałam się w połowie drugiego roku studiów osiągnęła coś, o czym od dawna marzyła. W związku z tym, perfekcyjnie udając jej menadżera, towarzyszyłam jej w studiu regionalnej telewizji, wysyłając zza kamer pozytywne emocje zmniejszające jej stres podczas nagrania na żywo. A. walczy dalej o swoje marzenia stawiając dalsze kroki w dziedzinie, w której osiągnęła sukces.

A co u mnie? Jakieś gromy z jasnego nieba? Niespodzianki?
Jedynym sukcesem jest fakt, że ponad miesiąc temu moje wykształcenie wskoczyło na poziom: wyższe, a od października zacznę starać się o tytuł magistra. Póki co korzystam z wakacji i zamierzam solidnie wypocząć, choć pogoda jest obecnie nie najlepsza.

Może to i dobrze? Może dzięki temu uda mi się odezwać tu jeszcze w tym roku?

Komety – Bezsenne noce

 

Skaczemy!

11 lip

Pierwsze dni wakacji zrujnowały wszystkim plany, a mnie dodatkowo utwierdziły w przekonaniu, że świat jest beznadziejny, a ja wraz z nim. Szare chmury wisiały nad głowami, deszcz niemiłosiernie zalewał wszystkim piwnice, a Smutna Dziewczyna leżała całymi dniami pod kocem, przytłoczona nadmiarem niepotrzebnych myśli i śmiała się gorzko, że jest w całkiem niezłej komitywie z naturą, która płacze jej do wtóru.

Przyszły upały.
Tak być nie będzie! – zagroziłam sobie palcem i zwlekłam się z łóżka.
Ogarnęłam dość szybko rower po minionej zimie (szybko, bo nie pod koniec sierpnia, jak to mam w zwyczaju) i ruszyłam na jednośladowe wycieczki. Niezbyt daleko, bo kondycja jeszcze nie ta, ale za to w miłym towarzystwie – nie ma jak mama!

Wsiadłam też w pociąg i poznałam nowe miejsca w mym akademickim mieście, na co nie miałam nigdy czasu od nadmiaru nauki. Umówiłam się z dobrą S. z roku, z którą mam teraz najlepszy kontakt i poszłyśmy na wieeelkie lody. To nic, że po drodze się rozpadało i wyglądałyśmy jak przemoknięte kury. S., najbardziej szalona dziewczyna jaką znam, wciągnęła mnie w ogromne kałuże i zaczęła w nich skakać, nad czym ubolewałam ja, moje sandałki obklejone jeszcze (!) cekinkami, a przede wszystkim białe, kwieciste spodnie, teraz umorusane błotem przed pierwszym jeszcze praniem… Wróciłam do domu.

Czytam książkę. Jakieś babskie czytadło. Oczywiście, akcja znana od początku do końca, typowa dla wszystkich współczesnych historyjek romantycznych w polskim wydaniu: kobieta porzucona przez mężczyznę, który zdradzał ją od lat, spotyka nowego faceta (lub dawną wielką miłość z liceum) i odkrywa, że to jest to, że muszą być razem, że teraz już będzie pięknie. Oklepane, jak ciasto na pierogi.
Wiem, że po wielu przejściach (jestem w połowie) będzie happy end. Książka jak książka – łatwo przewidywalna. Historia znana na pamięć niczym „Nigdy w życiu” Grocholi, z moją ukochaną Stenką w roli głównej, w wersji kinowej.
Jednak czytając takie głupoty stwierdzam, że moje życie jest cholernie nudne, nic się nie dzieje. Z drugiej zaś strony latam jak motyl z nadzieją, że moja przyszłość będzie również na tyle piękna, bym mogła stać się główną bohaterką jakiegoś babskiego bestselleru, we własnej świadomości – dla siebie samej. Oczywiście, odrzucając wizję rozstań, zdrad czy innych życiowych katastrof. Tak więc (wiem, tak nie zaczynamy zdania…) fruwam pod sufitem z nadzieją, że będę szczęśliwa.

Jakoś tak mi lepiej.
Nie ma co się poddawać, nawet w obliczu największych rozterek.
Oby ten czas utrzymał się jak najdłużej!

Coma – Skaczemy

 

Rok przełomu

01 sty

Nigdy nie robiłam rocznych podsumowań. Sama nie wiem, dlaczego. Może z lenistwa, z braku ochoty czy w ogóle nie miałam takiej potrzeby. W tym roku wydarzyło się jednak zbyt dużo, by miało to jedynie odbić się echem we wspomnieniach. To rok przełomu, nie szczęśliwy, nie smutny… Taki – jakiś, a jednak znaczący.

Zdałam maturę.
To, co wydawało mi się wcześniej osiągalne, ale jednak porównywalne z nadprzyrodzonymi cudami, mam za sobą. To największy sukces całego tego roku. W końcu od wielu lat myślałam o tym strasznym egzaminie, sama się nakręcając niemożliwie. Teraz, z biegiem czasu zauważam, że to nieodzowny element życia człowieka wykształconego co najmniej średnio. I nie było tam nic strasznego. Nikt nie gryzł, nikt nie torturował, nikt nie śmiał się z ewentualnego podknięcia. Nawet mogłabym stwierdzić, że maturę wspominam miło…

Choroba i śmierć Dziadka.
To najgorsza rzecz, jaka spotkała mnie w tym roku, która niweluje wszystkie sukcesy i radości. Nie będę się rozpisywać w tym temacie. Mogę jedynie stwierdzić, że w tym roku brałam udział w większej ilości pogrzebów niż dotychczas w całym swoim krótkim życiu. Smutne.

To tyle z rzeczy namacalnych, powiedzmy – fizycznych. Prawdziwe zmiany zaszły we mnie.

Długie wakacje, a w tym wspomniane odejście jednej z najukochańszych osób i skupienie bliskiej rodziny utwierdziło mnie w jednym. Nie ma rzeczy ważniejszej niż rodzina, a co za tym idzie – uczucia. Bliskość, szczerość, czyjaś pomoc czy sama obecność to bardzo wiele. Przekonałam się o tym wystarczająco.

Stałam się otwarta na ludzi. Do teraz dziwię się, jakim cudem mogło to nastąpić. Ja, posępna, Smutna Dziewczyna, trzymająca ludzi na dystans nagle zaczęłam ich lubić?  Tak! To już przechodzi ludzkie, moje małe, rozumkowe pojęcie.
Jestem szczera, mówię o tym, co leży mi na sercu. Wzmogła się asertywność. Potrafię powiedzieć „nie” bez żadnych problemów. Zaczęłam patrzeć ludziom prosto w oczy. Nawet nie wiem, dlaczego nie potrafiłam tego wcześniej – w końcu nie mam niczego do ukrycia ani czego się wstydzić. Zauważyłam jednak, że takie notoryczne patrzenie w oczy krępuje moich rozmówców. W związku z tym stałam się silniejsza, odważniejsza w relacjach międzyludzkich, zdecydowanie pewniejsza i bardzo mi z tym dobrze. Walczę o swoje, już nie jestem oportunistą, jak było to zazwyczaj. Momentami mogłabym określić siebie jako osobę bezwzględną… Jednak, co dziwne, nikogo to nie zraża; grono znajomych poszerza się w niesamowitym tempie!

Stwierdziłam, że rzeczywiście nie ma rzeczy niemożliwych. Nie wynika to z autopsji, ale z własnych przekonań i odpowiedniego myślenia. Skróciłam drabinę działania o jeden szczebel. Ten o nazwie „muszę to zrobić/mieć za wszelką cenę” porąbałam siekierką. Przecież nic na siłę, nie do ostatniej kropli krwi… To niezdrowe, stresujące i kradnące czas. Obecnie najwyższy szczebelek nosi nazwę „spróbuję”. W końcu to nic nie kosztuje, a daje wiele możliwości, budzi nadzieje, którymi ostatnio jestem przepełniona i zapewnia choć odrobinę wolnego czasu. Stałam się spokojniejsza…

Bardzo poprzestawiało się w mojej głowie.
Niepewnie mogę przyznać się, że z pesymistki stałam się pełną nadziei realistką, a moje życiowe motto obróciło się znacząco…

Najpierw miłość (rodzina), a dopiero potem cała reszta.

Kayah & Bregovic – Tabakiera

 

Między ludźmi – kiedyś i dziś

14 lip

Kiedyś było zupełnie inaczej, pod każdym prawie względem. Widzę to, biorąc na przykład choćby nasze najbliższe otoczenie, jakim jest sąsiedztwo. Oczywiście, bywa w takiej rodzinie różnie, rodem z historii o Kargulach i Pawlakach, gdzie można się kłócić, zabijać słowem lub czynem albo po prostu kochać się wzajemnie, licząc na wszelką pomoc i wsparcie z drugiej strony.

Mieszkając na jednej z najstarszych ulic w swojej miejscowości zdążyłam zapoznać się z różnymi opowiastkami o życiu w tym miejscu odległy czas temu. Sąsiedztwo było jak rodzina. Pierwsze domy powstawały przy wzajemnej pomocy – sąsiad sąsiadowi pomagał, pożyczał materiały budowlane, a niekiedy nawet, ze względu na trudne czasy, materiały te ofiarowywał, nie oczekując żadnej zapłaty ani niczego w zamian. Potem była wspólna praca w polu, następnie w nowo powstałych instytucjach. Rodziły się piękne, szczere więzi. Wieczorami chodzono w odwiedziny do drugich – na winko, papierosa, grę w karty czy po prostu na pogaduchy. Nie było kłótni, waśni czy sporów (z pewnymi śmiesznymi wyjątkami). Wszystkie ewentualne konflikty czy niedopowiedzenia rozmywały się gdzieś przy szampańskiej zabawie u któregoś z sąsiadów i wszyscy o wszystkim zapominali. Między rodzącymi się dziećmi zawiązywały się przyjaźnie. Wszystkie dzieci chodziły do jednej szkoły, bawiły się na podwórkach lub ulicach: chopcy grali w piłkę, a dziewczynki pchały wózki z lalkami lub wzajemnie plotły sobie warkocze. Domy były otwarte – bez pukania można było wejść do sąsiada i czuć się jak u siebie w domu.

Na kogo tu liczyć? - spytałabym w trudnej dla mnie sytuacji.
- Na sąsiadów! – odpowiedzieliby moi dziadkowie jeszcze jakieś dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Wzajemna opieka nad dziećmi lub chorymi, pomoc w pracy albo w gospodarstwie; wspólne załatwianie niektórych spraw czy chociażby wyjazdów do miasta… To była norma. A dziś?
„Umiesz liczyć, licz na siebie” – usłyszałabym. Minęło tyle lat, a wraz z nimi tamte piękne, i wydaje mi się, dobre chwile.
Wieś się rozrosła, ulica stała się główną i najruchliwszą, więc aż strach dziecko z domu wypuścić… Gospodarstwa zostały polikwidowane na rzecz pracy w mieście – pracy od rana do nocy. Starsi pracują, goniąc za pieniądzem, nie mając czasu na utrzymywanie znajomości czy pomoc sąsiadom. Dzieci nie bawią się już razem; młodzież udaje, że się nie zna i nawet nie mówi sobie „cześć” (o tym wiem bardzo dobrze).

Sąsiad stał się symbolem wzajemnej złości.
Mój ma do mnie pretensje o to, że mój psiak lata u niego po ogrodzie i to jeszcze bez kagańca! Pan zapomina wówczas, że to jego płot jest wiecznie dziurawy, więc psisko do niego ucieka. I to moja wina, bo mu na to pozwalam. Oczywiście, poszła nawet groźba, że jeśli to się powtórzy to „uśpię ci tego psa!”. Miło…
Inni sąsiedzi pokłócili się o coś lata temu. Nikt nie pamieta jaki był powód, pewnie nawet oni sami… Ale rozmawiać ze sobą – nie rozmawiają.
Jedna z rodzin kupiła sobie nowy samochód. Zamiast życzliwie na to spojrzeć, pogratulować, zewsząd słyszę podejrzenia – skąd oni na to pieniądze mają?! No skąd? Wiadomo, kradną!
Domy są zamknięte, już nikt się nie odwiedza…

Przypomina mi się rozmowa z sąsiadką zza kilku domów, jednocześnie matką Pięknego, kiedy miałam (nie)przyjemność wracać z nią z przystanku do domu.
- … i widzisz, Smutna Dziewczyno? Tak blisko siebie mieszkamy, a nic o sobie nie wiemy – rzekła, kiedy powiedziałam jej co słychać u mnie, a ona w odpowiedzi zrelacjonowała co u nich w domu i, oczywiście, u jej syna. Zdecydowanie, między zdaniami wyczułam zarzut: „Widzisz? Kiedyś mogliście z moim synem wspólnie konie kraść, a dziś zapomnieliście nawet o swoim istnieniu”. Poczułam się niezręcznie, chciałam szybko odbiec od tematu Pięknego, zaczęłam więc:
- Wie pani… Kiedyś było inaczej. Ludzie mieli czas na wszystko, odzwiedzali się, wzajemnie pomagali sobie… To były inne czasy - powiedziałam ja, stara, doświadczona, styrana życiem kobieta – Teraz ludzie gonią za pieniądzem. Nastała era najwyższych technologii. Każdy woli siedzieć w wolnym czasie przed telewizorem czy komputerem poznając ludzi gdzieś z drugiego końca świata, zapominając o pielęgnowaniu relacji z najbliższymi; o sąsiadach już nie wspominając – westchnęłam, bo zaczynałam wierzyć w te swoje bzdury. – Kiedyś było lepiej…
Spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym zdziwienie, później nawet zadowolenie (?) i przyznała mi rację, uśmiechając się przy tym nieznacznie.

Teraz śmieję się democznie wniebogłosy… Jakaś część prawdy w tym, co zmyślałam wtedy na poczekaniu musi być. Ten moment jest dobrym tego przykładem. Ja, Smutna Dziewczyna, siedzę przed komputerem i wypisuję obcym ludziom jakieś bzdury po internetach, a on, Piękny…? No właśnie…

Cholera go wie.

 

Czy można zawieść się na literaturze?

03 cze

Stawiam pytanie.

Teraz jest retoryczne. Pomęczmy się wspólnie nad tematem.
Czy na literaturze można się zawieść? Co musiałoby spowodować owe uczucie czy nawet zepsucie  relacji z duchowym, magicznym tworem ucielieśnionym w literach?

Stwierdzam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Aż do czasu… Zgodnie z autoobietnicą i przeogromną chęcią przeczytania czegoś nie-narzuconego wybrałam się do biblioteki. Z miną „jestem bogiem tego miejsca” stanęłam nad stosem książek ledwo oddanych. Przede mną długie cztery miesiące czytania. Na rozgrzewkę pomyślałam o jakichś babskich czytadłach. Wyszperałam. Znane nazwisko. W radio dużo o niej mówili, w telewizji pokazywali, wszędzie chwalili. Nigdy nie miałam styczności z jej twórczością, więc postanowiłam to zmienić.
Jedna z najbardziej intymnych książek pisarki” – dużymi literami na okładce z tyłu. Ucieszyłam się – skoro intymnie to o życiu. A o zwykłym życiu czyta się najlepiej. Jak się potem okazało – przeważnie najlepiej…

Nie da się rozpoznać bohaterki – zero uczuć, zero mowy o swojej codzienności. Jest ona, jest facet, żyją spokojnie, podróżują po świecie (szczegółowe opisy Akropolu i tym podobnych nie interesują mnie – jak to mówi jedna z dzisiejszych reklam). Zapada noc. Dokładnie poznajemy tajniki miłosnych uniesień autorki  i jej faceta (autobiografia!), a co za tym idzie – kilkakrotnie towarzyszymy jej w gabinecie ginekologicznym, dowiadujemy się o szczegółach danych badań i o ciąży. Cieszymy się razem z nią!
No, ja akurat się nie cieszyłam…

Kiedy była w trzecim miesiącu swierdziłam, że rzucam „dzieło” w cholerę. Gryzę się z sumieniem – przecież nigdy nie przerywam książki w połowie! Mam jeszcze jakieś zasady! Czytam dalej. Męczę się, silę. Próbuję podziwiać chociaż język i styl pisania – nie. Nie da rady! Dochodzę do szóstego miesiąca. Nie wytrzymuję. Książkę odkładam.

Teraz powinnam snuć refleksje nad tym, co przeczytałam.
Jakieś wartości? Przekazanie jakiejkolwiek życiowej mądrości? Może jakieś wskazówki, jak żyć, jak postępować? Szukam odpowiedzi na te pytania. Szukam i , o zgrozo, nie znajduję!
Zastanawiam się tylko nad jednym – nad fenomenem pisarki. Jaki fenomen? Przeglądam książkę na wszystkie strony – w którym miejscu? Dziwi mnie też to, że można pisać tak… nie najlepiej, tak bardzo intymnie w najgłębszym tego słowa znaczeniu i jeszcze podpisywać się pod tym obiema rękoma i nogami, że „to moje, moja autobiografia”

Stawiam pytanie. Już nie retoryczne.
Czy można zawieść się na literaturze?

Tak! Zdecydowanie, książka ta sprawiła, że zawiodłam się na literaturze. Na naszej, polskiej literaturze… A przecież tak głośno o autorce w mediach, tak zachwalają jej dzieła. Kolokwialnie rzecz ujmując – zryło mi banię. Teraz szukam jakiejś normalnej książki, ale aż boję się, co za historie mogą mnie przy tym spotkać. Zawiodłam się.
Ubolewam nad dorobkiem Wielkich – od Reja, aż do Szymborskiej… Czuję, jakby ich twórczość poszła na marne…

Wyżaliłam się kumplowi:
- …bo to gówno jest! – mówi.
- Co?
- Nie wiedziałaś, że gówno najbardziej śmierdzi i dlatego jest o nim najgłośniej?

Chyba ma chłopak rację.

 

Runkutunkutum!

14 lut

Mam dziwne przeczucie, że będzie to dobry rok.

Co prawda, mamy dopiero środek lutego, a mądre słowa brzmią: „nie chwal dnia przed zachodem słońca”, jednak przepełniona jestem większą ilością pozytywnych emocji. No, może nie do końca pozytywnych, co neutralnych, ale humor dopisuje mi wyjątkowo. Kończy się trzeci szkolny tydzień po feriach. Czuję się dobrze, wspaniale! Wiem, to brzmi dość głupio, ale lubię szkołę i mówię o tym zawsze po powrocie z ferii czy z wakacji. Muszę mieć ustalony grafik, plan zajęć narzucony odgórnie. Sama w sobie jestem niezdyscyplinowana i rozmemłana. Muszę mieć kata nad głową!
Od pierwszego stycznia los mi sprzyja. Wychodzę z głupich sytuacji obronną ręką, podejmuje dobre decyzje i mam trochę więcej szczęścia niż zwykle. Przez to wszystko zaczęłam się uśmiechać do ludzi. No i normalnie szlag by mnie trafił, że stałam się dobrotliwą duszą, zwaną tymczasowo Zadowoloną Dziewczyną, ale to takie przyjemne, kiedy ktoś odwzajemnia twój uśmiech i stara się być w stosunku do ciebie miły! Okej, byleby mi to nie przeszło do maja!

Tak oto wróciłam do szarej codzienności, która mieni się od czasu do czasu kolorem w przedzierających się przez gęste chmury promykach zimowego jeszcze słońca. Noce skróciły się z pięciu godzin do czterech, ilość książek rośnie wraz ze zbliżającą się maturą, powróciły podróże po Polsce w celu przygotowania do owego egzaminu, wróciła praca, ale też i zmęczenie. Nie narzekam. Sama się sobie dziwię… Jakaś nieświadoma metamorfoza? Nie wiem, lecz też nie wnikam. Jest dobrze. A na przyszłość – pracoholizm wyczuwam…
To, czego nie powtórzyłam w ferie, mimo ambitnych planów, mam już w małym paluszku. Nie ma to jak „kobyła” z biologii przesycona cytologią, podziałami komórkowymi, a zwłaszcza biochemią – najgorszym złem tego świata, bez którego mechanizmów jednak nie bylibyśmy zdolni do życia… „Kobyłę” pisaliśmy dziś, w Walentynki, więc w przyjemnej, romantycznej, ociekającej wręcz miłością do biologii atmosferze.

Ostatnio zaczęłam zastanawiać się, dlaczego tak bardzo się zmieniłam – stałam się pesymistką, przestałam wierzyć w siebie (choć wcześniej i tak nie było z tym lepiej), stworzyłam z siebie aroganckiego cynika do potęgi entej i ofiarę losu, na szczęście tylko w swoim mniemaniu… W sumie nie mam pojęcia, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Natomiast wiem, kiedy to wszystko nastąpiło.
Nastąpiło, gdy zaczęłam swoją relację z Pięknym, a właściwie… gdy ją zakończyłam. Czasami mam wyrzuty sumienia, że los potoczył się tak, a nie inaczej, ale z drugiej strony - muszę mieć swoje zdanie, a przede wszystkim prawo do wolności. Podejrzewam, że ta sytuacja miała na mnie tak ogromny wpływ, ponieważ był to mój pierwszy raz, kiedy poważnie zaczęłam myśleć o jakimś chłopaku i działać w tym kierunku… Teraz sobie miło to wspominam, jednak coś kłuje leciutko w serducho, gdy przypadkiem (co prawda, rzadko) widzimy się lub mijamy i nie potrafimy powiedzieć sobie chociażby głupiego „cześć”. No ale nic… Człowiek uczy się przez całe życie, a zwłaszcza w tym wieku. Nabywam jakiegoś doświadczenia i wiem co robić, by nie popełniać już tych samych błędów.

Próbne matury, powtórki, różne ćwiczenia i biologiczno – chemiczne autorozkminy przy herbacie (ograniczam kawę) dają mi do zrozumienia, że wcale nie jest ze mną aż tak źle, jak myślałam. Żeby coś osiągnąć – przede mną jeszcze dużo, dużo pracy. Ale w końcu… nie ma rzeczy niemożliwych, prawda?

Pozdrawiam ciepluchno!
Zadowolona Dziewczyna


Emiliana Torrini – Jungle Drum

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii O mnie

 

Był raz bal na sto par, czyli krótko o życiu

01 lis

Może troszkę przesadziłam. Nie na sto – bo na mniej, nie par – bo ja akurat byłam sama (co za nowość), nie bal – bo impreza przypominająca typowe wiejskie wesele. I znów przesada… to nie było wesele tylko osiemnastka najbliższej koleżanki. Dwa dni dobrej zabawy, dające wiele do myślenia…

Po uroczystej mszy świętej pojechaliśmy na salę. Bohaterka wieczoru stała na środku w srebrnej sukience, którą pomogłam jej znaleźć i przyjmowała życzenia od gości stojących w długiej kolejce. Również złożyłam życzenia, wręczyłam prezent i ustawiłam się w krąg ludzi czekających na wzniesienie toastu za zdrowie jubilatki. Wzrokiem szukam znajomych twarzy – zaproszona cała rodzina, znam pojedyncze osoby, przede wszystkim starsze siostry koleżanki. „Z kim ja będę tu?” – zastanawiam się przygryzając dolną wargę, kiedy zauważam dawną znajomą, z którą ostatni raz widziałam się w kwietniu. Nie ma sprawy, z uśmiechem na twarzy postanowiłyśmy usiąść obok siebie.

Potańczymy przy okazji – swierdzamy i zaczynamy rozmowę. Towarzyszka moja jest świeżo upieczoną studentką prawa, więc dzieli się ze mną swoimi przeżyciami z pierwszych tygodni życia daleko poza domem i udziela wskazówek co do matury i wyboru studiów. Dziewczyna osiągnęła naprawdę wiele. Ale cóż się dziwić – zdolna bestia! Spotykając ją przed maturą słyszałam jak dużo i mocno się uczy, jak powtarza, jak czyta, jak przyswaja nowe wiadomości… Życzyłam jej powodzenia i wszystkiego najlepszego. Chciałam, by osiągnęła swój cel, choć dobrze wiedziałam, jak ciężko jest dostać się na prawo. Nie jestem pełna podziwu, że cel ten osiągnęła. To było pewne! Cholernie jej gratuluję, słucham opowieści z wykładów, z ćwiczeń, ze spędzonych w obcym mieście długich weekendów i z codziennego życia, kiedy to liczy się każdy grosz. Ogromnie dziewczynie zazdroszczę: ma za sobą już ten cały harmider związany z maturą, wyborem uczelni, prawie że zaaklimatyzowaniem się w nowym środowisku.
Zmieniamy temat. Mamy bardzo podobne poglądy. Zaczynamy żałować, że nie jesteśmy z tego samego rocznika – pewnie teraz razem dzieliłybyśmy niedolę maturzysty albo akademickiego kota. Narzekamy na „ach – tę – dzisiejszą – młodzież”, jak staruszki u skraju życia. Bo liczą się studia, bo liczy się praca, bo liczy się rozwój, a dopiero później miłości, pijaństwo, rozrywki, w najgorszym przypadku – rozpusta.  Wzajemnie uzupełniamy się wiadomościami na temat naszej wspólnej koleżanki, Meli, o której kiedyś tu wspominałam. Dziewczyna dopiero co zaczęła studia na kierunku, którego w ogóle nie brała pod uwagę i już dziś wie, że wystarczy jej sam licencjat. „Po co mi więcej? Za dwa lata z moim pięknym weźmiemy ślub… Nie będziemy mieli czasu na naukę”. Tak… weźmiemy ślub, w wieku 25 lat będziemy mieli gromadkę rozwydrzonych dzieci, zero odpowiedniego wykształcenia. Ale będziemy mieli siebie! – czy to nie piękne?

W środku wypowiadanego przeze mnie zdania ktoś ciągnie mnie za rękę. Nie wiem, o co chodzi, ale daję się wyciągnąć na parkiet. To D. Ustawia mnie grzecznie w kole bawiącego się tłumu i zmusza do tańca. Okej, jestem na imprezie, raz na ruski rok. Biegam za szybko za celami, zatracam się w szarości i ciemności jesieni. Trzeba się bawić! Łapię za rękę D., drugą wyciągam do innego faceta i słodko się bawimy. Kaczuchy, makareny, inne tańce, hulanki, swawole… Kończą się utwory przeznaczone do zabawy zespołowej, schodzę powoli z parkietu… kiedy ktoś łapie mnie w talii i z powrotem ciągnie mnie w taneczne gąszcze sali. Przypominają mi się zbyt wysokie szpilki, w których jestem i nie potrafię odpowiednio ich użytkować. Nie mam się co opierać, bo wyrżnę niezłego kozła na oczach tych przesympatycznych ludzi. To znów D. Łapie mnie w talii, chwyta za prawą rękę. Stanowczo mówię: nie umiem tańczyć, a już na pewno nie w tych butach, podepczę cię, oszczędź mi złego. Uśmiecha się radośnie i trzyma mnie mocno, bym się nie zabiła. Tańczymy, rozmawiamy. Ciągnie mnie za rękę na swoje miejsce i krzyczy: chodź, napijemy się! Przecież ja nie piję. Ale znów, dzięki wysokim szpilkom nie silę się z chłopakiem, bo się wywrócę. Robi mi drinka, którego i tak nie wypijam nawet do połowy. Zaczyna rozmowę.
 - Wiesz, Smutna Dziewczyno…? Nie znałem Cię od tej strony…
 - Hm… – zastanawiam się. – Pomijając fakt, że w ogóle mnie nie znasz, powiedz, o którą stronę Ci chodzi – mówię. To była najgorsza prośba tego wieczoru.
 - Ach… bo… no wiesz… – zaczął się jąkać, stękać, chrząkać. – Zawsze widziałem cię w spodniach, golfach, bluzach, a tu dziś taka niespodzianka! Jesteś atrakcyjną kobietą… – to tak w skrócie. Całej rozmowie towarzyszy jego głaskająca moje udo ręka. Całemu wieczorowi – jeszcze inne gesty z jego strony, których tutaj zaoszczędzę.

Jestem chłopczycą. No nic nie poradzę… Spodnie to moje czwarte imię – zaraz po pierwszych dwóch imionach oficjalnych i po trzecim nieoficjalnym „Ironii”. Krótkie włosy, chwiejący się chód, brak makijażu i na ogół - męska odwaga. Ale to była impreza mojej, można by rzec, przyjaciółki. Chciałam zrobić jej przyjemność, więc ubrałam się w sukienkę.  Z chłopakiem widzę się trzeci raz w życiu. To drugi raz kiedy mówię mu na „ty”. W sumie to nie chłopak. W sumie to 29-letni mężczyzna, z którym bardzo się lubimy. I nie byłoby nic złego w tym, że zaczął mnie podrywać (pomijając gesty i chęć dotknięcia mnie – o zgrozo!), gdyby nie fakt, że D. jest szwagrem naszej jubilatki! Szwagrem i świeżo upieczonym, bo trzymiesięcznym tatusiem. Łapię się za głowę, daję mu po łapach – nie po twarzy (nie będę robiła awantur na imprezie mojej serdecznej koleżanki) i każę wrócić do pionu. Wzrokiem szukam żony D., by przyszła i zajęła się mężem, uwalniając mnie z jego sideł. Jest! Przychodzi. Siada obok nas, przysłuchuje się rozmowie, widzi jak D. przystawia się do mnie i… o dziwo, nic w związku z tym nie robi! Patrzy na nas obojętnym wzrokiem, jak gdyby nigdy nic i sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Na szczęście, obserwuje nas Studentka Prawa, widzi moje zakłopotanie, podbiega i ratuje mnie z opresji.

Szukam jubilatki. Chcę ją złapać, potańczyć, pogadać. Facet, którego poznała przez internet i również widzi go trzeci raz na oczy wlecze się za nią jak nędzna dziennikarzyna za politykiem, zdobywa serca reszty rodziny i nie daje jej spokoju. I tyle z nią tego wieczoru pogadałam… Swoją drogą jej chłopak wydaje się być nieco podejrzany. Ale daję mu trochę czasu…
Porozmawiałam za to ze wszystkimi jej siostrami – a jest ich sporo. Poprzyglądałam się biegającym dokoła dzieciom owych sióstr, reszcie przeogromnej rodziny, trochę jeszcze potańczyłam, pomęczyłam się z D. i zaproszona na następny dzień wróciłam do domu.

Na poprawinach już spokojnie. Obiad i poobiednia kawa. Brak tańców. Zmniejszone towarzystwo. Żona mierzy mnie od stóp do głów (znów byłam w sukience), D. robi zdjęcia z ukrycia i przygląda się nachalnie, przy okazji opiekuje się trzymiesięcznym synkiem (hm… czyżby Żonka przemówiła do rozumu?), Studentka Prawa zaprasza do siebie, Jubilatka znajduje dla mnie 10 minut, by pogadać, cała rodzina żegna mnie serdecznie wręczając ogromny talerz ciasta i życząc wszystkiego najlepszego.

 

Wróciłam do domu. Po dwóch dniach odskoczni od wszystkiego dochodzę do kilku wniosków. Oto niektóre z nich:

1. Trzeba częściej robić sobie takie odskocznie. Ile można pracować? Ile można brać życie na poważnie? Wyluzuj, Smutna Dziewczyno!
2. Ogromna rodzina to świetna sprawa! Co z tego, że trzeba mieć multum pieniędzy, by zrobić każdemu prezent na święta? Liczy się czas spędzony ze sobą, wspólne więzi… W małych rodzinach jest czas na kłótnie, na obrazy… I na co to komu?
3. Trzeba walczyć o swoje i iść w zaparte! Zdać tę cholerną maturę, chociażby kosztem szczęśliwej młodości czy „młodocianego poznawania życia”. Cel jest tak blisko, na wyciągnięcie ręki! Nie ma rzeczy niemożliwych!
4. Miłość jest ślepa. Nieważne czy masz lat 18, 40 czy 70. Ale to takie urocze…
5. Alkohol szkodzi zdrowiu i zdrowemu myśleniu!
6. Nie ma imprezy na której ktoś nie zada Ci pytania: „ze mną się nie napijesz?„. Nie ma sytuacji, kiedy ktoś Twą odmowę uszanuje.
7. Faceci jednak są istotami trudnymi do zrozumienia, przynajmniej dla mnie. Ale mam dopiero tyle lat co mam. Mam więc prawo ich nie rozumieć.
8. Jak tu wierzyć w miłość, w małżeństwo, w mężczyzn? Wystarczy urodzić dziecko, przytyć i tonąć w pieluchach, by Twój facet zaczął oglądać się za innymi, młodszymi i to jeszcze na Twoich oczach! Co gorsze – pociążowa figura nie jest warunkiem to takiego działania!
9. Wniosek najmilszy, nieco egoistyczny, ale wprawiający mnie w dobry humor przez cały następny tydzień – mogę się podobać facetom! Cholera jasna! Ja! Mogę wpaść komuś w oko! Co z tego, że starszemu, że żonatemu? Ach… trzeba częściej nosić sukienki!

Tak, to niektóre z wysnutych wniosków. Mogą wydawać się śmieszne lub proste, ale dopiero stawiam pierwsze kroki w życiu i poznaję świat: jego mentalność, zagrywki i walkę o swoje. Dziś mogę podsumować tę chaotyczną notkę i swe przemyślenia zdaniem: jakie to wszystko cholernie trudne. Trzeba zagłębić się w to wszystko i nie poddawać się. Brnąć do przodu!

I często sobie zadaję pytanie: jak żyć, panie premierze? Jak żyć?

The Cuts – 7 minut

 
 

  • RSS