RSS
 

Notki z tagiem ‘święta’

Sprawozdanie

16 sie

Witam w nowym roku!
Jeszcze nigdy nie używałam tego zwrotu w połowie sierpnia. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Czy przy okazji powinnam już złożyć życzenia na zbliżające się Boże Narodzenie?

Od ostatniego wpisu minęło prawie osiem miesięcy. Dużo się w tym czasie wydarzyło, o czym, w ramach powrotu do bardziej regularnego pisania (Boże, daj mi tę wytrwałość!), trochę wspomnę.

M., która już wkrótce będzie obchodzić pierwszą rocznicę ślubu zostanie mamą. Niby normalna kolej rzeczy, prawda? Jednak ja, jak zwykle, nie omieszkałam ulec krótkiemu szokowi. Bo to dziwne uczucie, kiedy najbliższa koleżanka, z którą przecież jeszcze nie tak dawno spędzało się dzieciństwo, nosi pod swym sercem zaczątek nowego pokolenia. Dziś cieszę się razem z nią i jej lubym.
Zastanawiam się tylko po cichu która z nas, w chwilach największej słabości, byłaby w stanie bardziej zazdrościć tej drugiej. Ja jej – całkowitej życiowej stabilności i tego, że jej życie jest już poukładane, że ma prawie stuprocentową pewność obok kogo obudzi się za dziesięć lat przed odprowadzeniem dziecka (dzieci?) do przedszkola? Czy ona mnie – tej swobody z jaką mogę żyć choćby wyruszając na wakacje gdziekolwiek zapragnę, będąc niezależną od nikogo, nie myśląc o tym, że w domu siedzi facet czekający aż wrócę i wstawię pralkę z jego ciuchami?

K. aż trzy razy zmienił pracę. Dziś twierdzi, że znalazł sposób na swoje życie. Złożył papiery na studia i ma nadzieję, że uda mu się pogodzić pracę z nauką. Kupił auto, co jest jego pierwszym większym sukcesem, z którego ogromnie jest dumny.

A., z którą mocno zakolegowałam się w połowie drugiego roku studiów osiągnęła coś, o czym od dawna marzyła. W związku z tym, perfekcyjnie udając jej menadżera, towarzyszyłam jej w studiu regionalnej telewizji, wysyłając zza kamer pozytywne emocje zmniejszające jej stres podczas nagrania na żywo. A. walczy dalej o swoje marzenia stawiając dalsze kroki w dziedzinie, w której osiągnęła sukces.

A co u mnie? Jakieś gromy z jasnego nieba? Niespodzianki?
Jedynym sukcesem jest fakt, że ponad miesiąc temu moje wykształcenie wskoczyło na poziom: wyższe, a od października zacznę starać się o tytuł magistra. Póki co korzystam z wakacji i zamierzam solidnie wypocząć, choć pogoda jest obecnie nie najlepsza.

Może to i dobrze? Może dzięki temu uda mi się odezwać tu jeszcze w tym roku?

Komety – Bezsenne noce

 

Nowe Jutro

31 gru

O nie! Niech się wali, niech się pali, ale muszę napisać jeszcze krótką notkę na zakończenie roku!

Nie odzywałam się długo, ale póki nie zawidnieje tu oficjalna informacja, że kończę z blogiem, nadal będę dodawać jakieś posty. Z częstotliwością raz na pół roku, ale zawsze! To tak, gdyby znaleźli się jacyś zainteresowani i zaglądający tu.

Pytanie standardowe: jakiś przełom w życiu? Coś, czym musiałabym się podzielić z całym światem?
Odpowiedź standardowa: nie.

We wrześniu byłam na pierwszym weselu osoby z grona moich znajomych. M., o której bardzo dawno temu tu słowem wspomniałam, wyszła za tego jedynego i jest najszczęśliwszą osobą pod słońcem (a przynajmniej tak mówi). Mogę więc stwierdzić, że weszliśmy już w etap, kiedy znajomi nie biorą ślubu dlatego, że „wpadli”, lecz  dlatego, iż zwyczajnie się kochają.
Jako osobę towarzyszącą na weselu wybrałam K. Przewrotny los sprawił, że brat K. miał również ślub i… również tego samego dnia. Mieliśmy udać się na obie uroczystości razem, a w ostateczności poszliśmy na nie bez partnerów. Ale i tak stwierdziliśmy, że najlepiej bawiliśmy się wspólnie na poltrze u M., gdzie co chwilę musieliśmy tłumaczyć rozanielonym gościom, że nie jesteśmy parą, choć „tak ładnie razem wyglądamy”.

We wrześniu wzięłam się za siebie i, korzystając z uroku jeszcze ciepłych dni i wolnego czasu, postanowiłam trochę się rozruszać. Wspólnie z K. co drugi dzień albo jeździliśmy na rowerach, albo chodziliśmy na basen, by porządnie przepłynąć niemałe odległości lub by zwyczajnie posiedzieć w jacuzzi i zaplanować następną rowerową przejażdżkę.

W październiku wróciłam na uczelnię, oficjalnie rozpoczynając piąty semestr. W listopadzie pozwoliłam sobie na krótkie wakacje i wybrałam się nad wietrzne i deszczowe wtedy morze. Po powrocie zakręciłam się jak słoik w wirze nauki, pracy i ogólnego zamieszania… Kolokwia, zbliżająca się wielkimi krokami sesja, a jeszcze większymi – zbliżający się licencjat. Zaczęłam udzielać korepetycji z dojazdem do uczniów, co też zabiera sporo czasu. I w całym tym ferworze nie zdołała mnie nawet złapać jesienna czy zimowa chandra, bo zwyczajnie nie mam na nią czasu ani tym bardziej ochoty; choć pewnie wspaniała pogoda i słoneczne dni też robią swoje.

Teraz trochę odpoczywam i prowadzę nocny tryb życia, zresztą jak zwykle w okresie świąteczno – noworocznym. Podziwiam naszą choinkę – po raz pierwszy w moim życiu jest ona żywa, pachnąca i wysoka aż po sam sufit. Wygląda zjawiskowo.

Jest dobrze, nie narzekam. Staram się dostrzegać we wszystkim tylko i wyłącznie same pozytywy, bo tak jest zdecydowanie łatwiej i przyjemniej.
Czego również i Wam życzę w nadchodzącym Nowym Roku!

LemON – Jutro

 

Dynamicznie, ale stabilnie

25 gru

Po kilkumiesięcznej nieobecności powinnam rozpocząć nową notkę opisując jakieś spektakularne zdarzenie, sytuację czy osobę, które zmieniły przez ten czas mnie i mój świat o 180 stopni i dzięki którym nie miałam chwili, by tu zajrzeć. Dlatego powinno być coś o miłości czy przyjaźni, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba lub o innym przyjemnym zdarzeniu, które miało na mnie diametralny, a przede wszystkim pozytywny wpływ.

Nic z tych rzeczy.

Mówili, że z upływem lat czas biegnie coraz szybciej. Przenajświętsza prawda. Boję się tylko, co będzie dalej skoro życie już nabrało niezłego tempa. Tak oto, mimo szczerych chęci, nie odzywałam się, bo… bo za dużo tego wszystkiego naraz.

Dlatego wspomnę troszkę, co działo się u mnie przez te ostatnie miesiące.

Nie powinnam narzekać na wakacje, mimo że w sumie nigdzie nie wyjechałam, by odpocząć tak, jakbym tego chciała. Góry za daleko, by ktokolwiek był chętny zabarać się ze mną do pięknego Zakopanego. Morze zbyt banalne, by tracić na nie pieniądze, których i tak nie mam… Dlatego ciągle podróżowałam między swoją miejscowością a miastem, w którym studiuję.
W tym wolnym czasie miałam okazję poznać miejsca, na których zwiedzenie czy nawet zapoznanie nie było czasu w trakcie roku akademickiego. Spędziłam bardzo udany tydzień z S., z którą przejeżdżałyśmy na rowerach Miasto Kamienic z północy na południe i z zachodu na wschód kilka razy. Byłam na dwóch castingach (żeby móc opowiadać wnukom), gdzie z jednego wyłonili mnie do zagrania w filmie, który wejdzie na ekrany kin po Nowym Roku (tylko nie pytajcie o tytuł). Zwykłe statystowanie – całkiem możliwe, że nawet nie załapałam się w kadrze. Jednak uważam to za świetne przeżycie i wiem już jak wygląda praca na planie – cholernie trudno i wyczerpująco.
Byłam też na koncertach dwóch skrajnych muzycznie i światopoglądowo zespołów, gdzie nawet udało mi się poznać wokalistę jednego z nich i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Później namiętnie(!) oglądałam jeden z kiczowatych programów telewizyjnych, w którym ów pan brał udział. Nawet byłam bliska wysłania na niego SMSa przez sympatię jaką zaczęłam do niego żywić po krótkiej rozmowie, ale resztkami rozumu zdołałam się opamiętać.
Co jeszcze działo się w wakacje – nie pamiętam. Chyba już nic nadzwyczajnego, co nie zostało w mej pamięci.
Poza tym – tęsknie za latem. Dziś uszczęśliwia mnie tylko fakt, że przyszła zima (która na szczęście wygląda jak nie-zima) i dni będą teraz coraz dłuższe. Zejdzie ze mną chandra wywołana szybką szarugą i ciemnością za oknami.

Nowy rok akademicki.
Na pierwszym roku mówili nam: wybraliście sobie najtrudniejszy kierunek jaki istnieje. Trudniejszy nawet od medycyny (?). Słysząc te słowa – płakaliśmy ze śmiechu. Na drugim roku również płaczemy, ale tym razem z braku czasu, nadmiaru pracy i bezsilności, bo materiału do nauczenia jest w pip i jeszcze trochę. Profesorowie rok temu mieli rację i jeszcze próbowali nas nawrócić. Niestety, w stałym, pierwszorocznym składzie, wspólnie przechodzimy przez męki i katusze drugiego roku.
Jednak mogę dodać, że uwielbiam biochemię i wcale nie jest to sarkazm (ci, co mieli z nią styczność wiedzą, co mam na myśli). Genialnie jest znać cały proces biochemiczny oddychania komórkowego wraz ze wszystkimi biorącymi w nim udział enzymami oraz pozostałe szlaki: pentozofosforanowe, glikolityczne, liposyntetyczne i takie tam… W sumie nie wiem na dzień dzisiejszy jaki jest cel mojej znajomości owego materiału, ale szczerze cieszę się, że to umiem i nawet, trochę po cichu, jestem z siebie dumna. Humanistka z cyklem kwasu cytrynowego w małym paluszku. Fajna jestem, no!
Oczywiście przechodziłam kryzysy. Do połowy listopada myślałam (wraz z większą ekipią), że może trzeba rzucić to wszystko w cholerę. Ale to była kwestia przyzwyczajenia i wdrożenia się w nowy rytm dobowy: uczelnia – nauka – sen i nic więcej, z dość częstą eliminacją snu w ciągu dnia. Przykre jednak stało się mechaniczne życie: byle do piątku, byle do świąt, byle do sesji… Dziś jest wszystko w porządku i czas myśleć o nieubłaganie zbliżających się egzaminach.

K. pięknie zdał maturę, dostał się na wymarzone studia, zrezygnował ze studiów, załapał się do jakiejś pracy, po Nowym Roku wybiera się do nowej i jest zadowolony. Trochę go podziwiam – był zdeterminowany i pewien tego kierunku, jednak po dość krótkiej chwili potrafił podjąć odważną decyzję: nie, to nie to. Ja chyba bym się trochę bała… Ale niech wiedzie mu się najlepiej!

Hm… to chyba tyle u mnie. Jak widać – nic nowego poza faktem, że nie mam czasu praktycznie na nic. Chociaż teraz, w te dni mogę trochę usiąść i się odmóżdżyć. Mam pod sobą dzieci i robię za etatową ciocię. Nie mam pojęcia jak sprawdzam się w tej roli, jednak włączają mi się pewne instynkty i obawiam się, że szybko się ich nie wyzbędę. No, ale to chyba dobrze. 

Życzę Wam wszystkiego dobrego z okazji świąt i nadchodzącego 2015 roku. I, jak to często mówi mój znajomy, keep smiling!

Etatowa ciocia,
S. Dziewczyna

 

Halo, halo! Jest tu kto?

15 lis

Proszę Państwa!
Żyję, gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości.
Czas przecieka mi przez palce niczym ziarenka kawy, które codziennie przesypuję do filiżanki, oczywiście – z niezwykłą przesadą. Miałam napisać dość obszerną notkę w długi listopadowy weekend, ale nie wyszło, co w sumie mnie nie dziwi. Pewnie następnym razem odezwę się tu dopiero w przerwie świątecznej. Tylko głupio tak pod koniec grudnia pisać o wakacjach, o których chciałabym wspomnieć chociaż jednym zdaniem…

Jestem, uczę się, jeżdżę atobusami, tramwajami i pociągami, piję litry kawy, spotykam masę przeróżnych ludzi, słucham przypadkowych rozmów i zastanawiam się, kiedy będę mogła beztrosko usiąść i troszkę odetchnąć…

I mam wyrzuty sumienia! To moja najdłuższa przerwa w prowadzeniu bloga. Nie chciałabym zaprzepaścić trosk i czasu, które jak dotąd tu włożyłam. Zresztą, co tam czas…! A Wy? Zaglądacie tu jeszcze?

Do najbliższego!
S. Dz.

 

Świątecznie!

25 gru

I mogłoby już być tak zawsze!

Uwielbiam spokój, jakim obdarzone są te obecne dni. Uwielbiam błogie lenistwo, które pełne bezkarności nie pcha do przodu, tylko pozwala na chwilę przystanąć, a właściwie położyć się pod koc, nie zmieniając nawet piżamy po długiej, minionej nocy.
W domu czysto, spokojnie… Pachnie ciastem i pomarańczami… I pierogi z barszczem na śniadanie! Tylko pogoda przypomina bardziej Wielkanoc niż Boże Narodzenie. Za to choinka pięknie migocząc tworzy niezwykłą atmosferę. Szkoda tylko, że przy stole jest nas już tylko mniej…

Składam Wam wszystkim najserdeczniejsze życzenia, by Nowy Rok pełen był ciepła, radości i sukcesów. I choć mówią, że najważniejsze w tym wszystkim jest zdrowie – wyłamię się i z, o wiele większym, przekonaniem powiem o  miłości. Życzę Wam jej dużo, ze wszystkich stron, od najbliższych i tych nowo napotkanych!
Wesołych Świąt i wielu prezentów!

Smutna Dziewczyna

Kayah & Bregovic – Nie ma ciebie

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii O mnie

 

Babskie gadanie

28 mar

Stwiedziłam, że co najmniej dwa wpisy w miesiącu muszą być. A że dzieje się dużo i jednocześnie nic – dzisiejsza notka jest całkowicie pozbawiona jakichkolwiek mądrych przemyśleń. Będzie o mnie, a więc przyziemnie i to bardzo. Będzie babskie gadanie o wszystkim i o niczym. Panów raczej nic tu nie zainteresuje, więc proponuję pomóc w świątecznych, domowych przygotowaniach, żeby nie marnować bezsensownie czasu.
Co do dwóch wpisów miesięcznie – podejrzewam, że maj będzie stanowił wyjątek. Dwa razy nie mów, ale kwiecień prawdopodobnie też, ponieważ, jak wiadomo, zbliża się apokalipsa dla każdego ucznia kończącego szkołę średnią. Powiem tylko, że wymyśliłam bardzo dobrą tezę na polski i już nie mogę doczekać się, kiedy zacznę pisać pracę. Jestem po kolejnych pisemnych próbach – nie jest źle. I tym oto pięknym sposobem – zamykam temat matury i studiów, przynajmniej do czerwca, bo już wychodzi mi to wszystko bokiem.

Któregoś razu postanowiłam ściąć swoje piękne, długie po pas włosy. Przez półtora roku wyglądałam jak Stenka. Nie ukrywam, właśnie tak chciałam się ściąć. Bardzo lubiąc jej osobę, ceniąc jej dorobek artystyczny i kochając postać Judyty w „Nigdy w życiu” (Wolszczak w „Ja wam pokażę” za nic tam nie pasuje!) uzałam, że to dobry pomysł.

Nie przypuszczałam, że w krótkich włosach można czuć się tak wygodnie. Idąc z wiatrem włosy nie wchodzą do oczu albo do ust, nie trzeba stać przed lustrem starając się jakoś je upiąć, suszenie nie trwa piętnaście minut, tylko pięć, a i twarz nabrała innego, świeżego wyglądu. Niestety, jedynym mankamentem krótkiej fryzury jest mus regularnego chodzenia do „fryzmistrza”, bo jak te dziwne twory zaczną rosnąć, to nie wygląda to najlepiej…
Zbliżała się studinówka. „Zapuszczam” – postanowiłam, żeby wyglądać inaczej niż na codzień, robiąc na to jakże ważne wydarzenie kok, lok albo jeszcze co innego. Niestety, od czasu pamiętnego poloneza zaczęło robić się niewygodnie – grzywka, zamiast tylko do oczu, wchodziła prawie do nosa… Przy myciu podłogi zauważyłam, że ten cholerny, mokry mop z dziwnymi dredami wygląda lepiej niż to coś, co mam na głowie. „Idź do fryzjera” – przeszło mi przez myśl. Ale ściąć się przed maturą? Oczywiście, w zabobony nie wierzę, ale z drugiej strony – po co niepotrzebnie kusić los? Stwierdziłam, że wytrzymam  i zaczęłam przyzwyczajać się do męczącej obecności owych kłaków.
Aż w szkole poprosili, by zrobić zdjęcie na świadectwo maturalne i do tableau. Mam być dla kogoś pamiątką na kolejnych pięćdziesiąt lat i wyglądać gorzej od mojego kuchennego mopa? Nie! W Dzień Kobiet zrobiłam sobie babski prezent (za pieniądze mamy) i poszłam do „fryzmistrza”.

Każda kobieta wie, jak bardzo ważna jest DOBRA ręka w fachu fryzjersko-kosmetycznym, więc wybrałam się do salonu, w którym jakiś czas temu znalazłam fryzjerkę doskonałą i jednocześnie miłą.
- Dzień dobry. Jest pani Dagmara? – pytam uśmiechnięta, stając w drzwiach.
- Nie ma.
- A kiedy będzie? To przyjdę później.
- Dagmara już u nas nie pracuje.
Uśmiech schodzi z twarzy. Czuję się jak w matrixie. „To nieprawda!” – krzyczę w myślach do siebie i już szykuję się do wyjścia.
- A co trzeba zrobić?
- Ee… Grzywka… coś, ściąć? – jąkam się.
- U nas każda potrafi ścinać włosy.
W tym momencie byłam jak Nicolas Cage z miną „You don’t say?”. Ale co miałam zrobić? Zdjęcia trzeba było oddać po weekendzie, po drodze zaliczyć fotografa… Zostałam.

Mam koleżankę w technikum fryzjerskim. Zawsze opowiada, jak przyjemne są lekcje z psychologii i socjologii. „Musimy umieć rozmawiać z naszym klientem” – opowiada rozradowana, przyznając się do chęci studiowania właśnie psychologii. I zawsze, siedząc przed lustrem u fryzjera zbiera mi się na różne przemyślenia. Dagmara pracując nad moimi włosami rozmawiała ze mną o wszystkim i o niczym. Czesząc mnie na studniówkę opowiadała o swoich wspomnieniach na sto dni przed egzaminami. Skakała wokół mnie, starając się, bym zawsze wyglądała jak najlepiej. A teraz? Stała nade mną naburmuszona babka, która coś tam podcięła, coś podtapirowała, nie dosuszyła i wyrzuciła mnie na mróz, wyciagając ze mnie nie mało pieniędzy. Jedyne jej pytanie brzmiało: „To kiedy matura? W maju?”. „We wrześniu” – chciałam głupio odpowiedzieć, bo i pytanie było głupie. Uśmiechnęłam się tylko i kiwnęłam głową.
To musi być ściema z tymi żywiołowymi rozmowami u fryzjera. Byłam już u wielu „fryzmistrzów”, a tak naprawdę tylko dwóch ze mną rozmawiało. Była to oczywiście Dagmara i pewien facet. Facet uczył się strzyc i układać włosy gdzieś we Francji, nauczył żonę tej francusko-fryzjerskiej precyzji i otworzyli w naszej miejscowości mały salon. Ona, stojąc nad klientem, naburmuszona (to chyba norma w tym zawodzie). On, pełen werwy, energii, pomysłów. Skacze wokół mojej głowy i mówi do mnie, a właściwie do moich włosów:
 - Ciebie ułożę tak, ciebie podtapiruję, ciebie zetnę, a ciebie pofarbuję. Teraz was wszystkie potraktuje prostownicą, a później lakierem.
Z tego oto powodu jego klienci chwalą się: ścinam się u Szalonego. Śmieję się pod nosem. Przestaję, kiedy Szalony recytuje mi do ucha horrendalną cenę, adekwatną co do francuskich reali…
Znów przypominam sobie słowa koleżanki… Psychologia, socjologia, trele, morele…

Zdjęcie wyszło naprawdę ładnie. Dawno się tak sobie nie podobałam patrząc na swoją fotografię. No, musiałam się pochwalić. Cały czas siedzę i gapię się na nie. Nie, to żaden narcyzm. Tak sobie tylko myślę, że nie wyglądam wcale tak źle, jak to sobie wyobrażam.
W sumie… ostatnio budzą się we mnie kobiece i macierzyńskie instynkty. Prawie dziewiętnaście lat na karku to najwyższa pora, żeby w końcu coś takiego miało miejsce. No, ale nad tym nie będę się dłużej rozwodzić.

Ostatnio widziałam na wystawie świetne buty – wysokie koturny z paskiem wokół kostki. Kupiłabym, ale ktoś mi ostatnio powiedział,  że niskim kobietom nie zaleca się owego paska, bo to optycznie skraca nogę. Kobiety drogie, prawda to?

Kończę już, bo jak to czytam to śmieję się sama z siebie, że piszę takie nic niewnoszące bzdury. Chciałam podzielić się piosenką, ale widzę, że nastąpiły pewne zmiany na platformie, a trochę techniki i Smutna Dziewczyna już się gubi! Więc piosenki nie będzie… W ogóle zaczerwieniło mi cały blog, widzę, ale to nawet fajnie, choć trochę razi w oczy. I gdzie jest opcja „wyjustuj”?! Nie znoszę niewyjustowanego tekstu (co by było, gdybym trochę nie ponarzekała?)!

Wesołych świąt życzę wszystkim i do zobaczenia kiedyś tam!

 

Przedświąteczny zawrót głowy

21 gru

Dziś bez ładu i składu. Leżę w łóżku od dwóch dni: z zapchanym nosem, ze zdartym głosem, z obolałym gardłem, z załzawionymi oczami, z zawrotem głowy, z myślami przedziwnymi – bo gorączka. Jedynie z czego w tym momencie się cieszę to to, że zachorowało mi się teraz, kiedy nie ma szkoły i nie będę musiała później nadrabiać zaległości. Szkoda tylko, że wzięło mnie na same święta. Choć mam cichą nadzieję, że do poniedziałku się wykuruję. W przeciągu tych dwóch dni przespałam ponad 25 godzin. Przynajmniej mogę bezkarnie wypocząć po wielkiej gonitwie minionego tygodnia.

Leżę sobie i gapię się w sufit. W radio w kółko puszczają komerchę „na jedno kopyto” czy „Last Christmas I gave you my heart…”, książki nie ciekawią, telewizja podobnie. Mimo całego swojego życiowego lenistwa chciałabym wstać i pomóc w przygotowaniach do świąt, ale mam zakaz wychodzenia z pokoju, żeby nikogo nie zarazić. Mało kto wpada do mojego pokoju. Nawet pies boi się, że go zarażę. Stoi pod oknem i szczeka jak opętany – akurat w tym momencie, kiedy pęka mi głowa. Łóżko jest niewygodne jak nigdy. Albo to ja jestem niewygodna po tylu godzinach leżenia. Ach, koniec świata…

Doszłam do wniosku, że czas leci zbyt szybko i zbyt szybko się starzejemy. Dwa lata temu, jak i rok temu na klasowych wigiliach życzyliśmy sobie zdania matury i dostania się na wymarzone studia. Oczywiście, w sumie to wszystko była forma żartu – do matury jeszcze daleko… A w tym roku? Składaliśmy sobie te same życzenia, ze zgorzkniałą już miną, ze strachem w oczach i trzęsącymi rękoma. To ostatnia nasza wspólna wigilia. Kurczę, za rok wszytko będzie wyglądać zupełnie inaczej. Będziemy rozsiani po świecie, niekoniecznie tam, gdzie tego byśmy chcieli… Cholera, niedobrze mi na samą myśl.
Starzejemy się. Jeszcze rok temu w prezencie dawaliśmy sobie słodkie miśki, reniferki czy inne pluszaki. Tegoroczne prezenty były oczywiście inne. Ja na przykład dostałam wielgachny kalendarz na nowy rok, który zaopatrzony jest w zdjęcia roznegliżowanych facetów. Sama w prezencie kumplowi dałam… wódkę. Nie miałam innego pomysłu. Okazało się jednak, że trafiłam w dziesiątkę, kolega ucieszył się jak dziecko… Załamuję ręce.

To tyle. Chciałam napisać coś mądrego, ale nie mam głowy. Może jak wyzdrowieję, to napiszę coś sensownego. Daję znak, że żyję, bo już kilka osób w to zwątpiło. W razie czego życzę każdemu wszystkiego najlepszego z okazji świąt i nowego roku. Nie umiem składać życzeń – ani w zdrowiu, ani w chorobie.

Dziś nie stać mnie na więcej.

 

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 
 

  • RSS