RSS
 

Notki z tagiem ‘stres’

Sprawozdanie

16 sie

Witam w nowym roku!
Jeszcze nigdy nie używałam tego zwrotu w połowie sierpnia. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Czy przy okazji powinnam już złożyć życzenia na zbliżające się Boże Narodzenie?

Od ostatniego wpisu minęło prawie osiem miesięcy. Dużo się w tym czasie wydarzyło, o czym, w ramach powrotu do bardziej regularnego pisania (Boże, daj mi tę wytrwałość!), trochę wspomnę.

M., która już wkrótce będzie obchodzić pierwszą rocznicę ślubu zostanie mamą. Niby normalna kolej rzeczy, prawda? Jednak ja, jak zwykle, nie omieszkałam ulec krótkiemu szokowi. Bo to dziwne uczucie, kiedy najbliższa koleżanka, z którą przecież jeszcze nie tak dawno spędzało się dzieciństwo, nosi pod swym sercem zaczątek nowego pokolenia. Dziś cieszę się razem z nią i jej lubym.
Zastanawiam się tylko po cichu która z nas, w chwilach największej słabości, byłaby w stanie bardziej zazdrościć tej drugiej. Ja jej – całkowitej życiowej stabilności i tego, że jej życie jest już poukładane, że ma prawie stuprocentową pewność obok kogo obudzi się za dziesięć lat przed odprowadzeniem dziecka (dzieci?) do przedszkola? Czy ona mnie – tej swobody z jaką mogę żyć choćby wyruszając na wakacje gdziekolwiek zapragnę, będąc niezależną od nikogo, nie myśląc o tym, że w domu siedzi facet czekający aż wrócę i wstawię pralkę z jego ciuchami?

K. aż trzy razy zmienił pracę. Dziś twierdzi, że znalazł sposób na swoje życie. Złożył papiery na studia i ma nadzieję, że uda mu się pogodzić pracę z nauką. Kupił auto, co jest jego pierwszym większym sukcesem, z którego ogromnie jest dumny.

A., z którą mocno zakolegowałam się w połowie drugiego roku studiów osiągnęła coś, o czym od dawna marzyła. W związku z tym, perfekcyjnie udając jej menadżera, towarzyszyłam jej w studiu regionalnej telewizji, wysyłając zza kamer pozytywne emocje zmniejszające jej stres podczas nagrania na żywo. A. walczy dalej o swoje marzenia stawiając dalsze kroki w dziedzinie, w której osiągnęła sukces.

A co u mnie? Jakieś gromy z jasnego nieba? Niespodzianki?
Jedynym sukcesem jest fakt, że ponad miesiąc temu moje wykształcenie wskoczyło na poziom: wyższe, a od października zacznę starać się o tytuł magistra. Póki co korzystam z wakacji i zamierzam solidnie wypocząć, choć pogoda jest obecnie nie najlepsza.

Może to i dobrze? Może dzięki temu uda mi się odezwać tu jeszcze w tym roku?

Komety – Bezsenne noce

 

Rok przełomu

01 sty

Nigdy nie robiłam rocznych podsumowań. Sama nie wiem, dlaczego. Może z lenistwa, z braku ochoty czy w ogóle nie miałam takiej potrzeby. W tym roku wydarzyło się jednak zbyt dużo, by miało to jedynie odbić się echem we wspomnieniach. To rok przełomu, nie szczęśliwy, nie smutny… Taki – jakiś, a jednak znaczący.

Zdałam maturę.
To, co wydawało mi się wcześniej osiągalne, ale jednak porównywalne z nadprzyrodzonymi cudami, mam za sobą. To największy sukces całego tego roku. W końcu od wielu lat myślałam o tym strasznym egzaminie, sama się nakręcając niemożliwie. Teraz, z biegiem czasu zauważam, że to nieodzowny element życia człowieka wykształconego co najmniej średnio. I nie było tam nic strasznego. Nikt nie gryzł, nikt nie torturował, nikt nie śmiał się z ewentualnego podknięcia. Nawet mogłabym stwierdzić, że maturę wspominam miło…

Choroba i śmierć Dziadka.
To najgorsza rzecz, jaka spotkała mnie w tym roku, która niweluje wszystkie sukcesy i radości. Nie będę się rozpisywać w tym temacie. Mogę jedynie stwierdzić, że w tym roku brałam udział w większej ilości pogrzebów niż dotychczas w całym swoim krótkim życiu. Smutne.

To tyle z rzeczy namacalnych, powiedzmy – fizycznych. Prawdziwe zmiany zaszły we mnie.

Długie wakacje, a w tym wspomniane odejście jednej z najukochańszych osób i skupienie bliskiej rodziny utwierdziło mnie w jednym. Nie ma rzeczy ważniejszej niż rodzina, a co za tym idzie – uczucia. Bliskość, szczerość, czyjaś pomoc czy sama obecność to bardzo wiele. Przekonałam się o tym wystarczająco.

Stałam się otwarta na ludzi. Do teraz dziwię się, jakim cudem mogło to nastąpić. Ja, posępna, Smutna Dziewczyna, trzymająca ludzi na dystans nagle zaczęłam ich lubić?  Tak! To już przechodzi ludzkie, moje małe, rozumkowe pojęcie.
Jestem szczera, mówię o tym, co leży mi na sercu. Wzmogła się asertywność. Potrafię powiedzieć „nie” bez żadnych problemów. Zaczęłam patrzeć ludziom prosto w oczy. Nawet nie wiem, dlaczego nie potrafiłam tego wcześniej – w końcu nie mam niczego do ukrycia ani czego się wstydzić. Zauważyłam jednak, że takie notoryczne patrzenie w oczy krępuje moich rozmówców. W związku z tym stałam się silniejsza, odważniejsza w relacjach międzyludzkich, zdecydowanie pewniejsza i bardzo mi z tym dobrze. Walczę o swoje, już nie jestem oportunistą, jak było to zazwyczaj. Momentami mogłabym określić siebie jako osobę bezwzględną… Jednak, co dziwne, nikogo to nie zraża; grono znajomych poszerza się w niesamowitym tempie!

Stwierdziłam, że rzeczywiście nie ma rzeczy niemożliwych. Nie wynika to z autopsji, ale z własnych przekonań i odpowiedniego myślenia. Skróciłam drabinę działania o jeden szczebel. Ten o nazwie „muszę to zrobić/mieć za wszelką cenę” porąbałam siekierką. Przecież nic na siłę, nie do ostatniej kropli krwi… To niezdrowe, stresujące i kradnące czas. Obecnie najwyższy szczebelek nosi nazwę „spróbuję”. W końcu to nic nie kosztuje, a daje wiele możliwości, budzi nadzieje, którymi ostatnio jestem przepełniona i zapewnia choć odrobinę wolnego czasu. Stałam się spokojniejsza…

Bardzo poprzestawiało się w mojej głowie.
Niepewnie mogę przyznać się, że z pesymistki stałam się pełną nadziei realistką, a moje życiowe motto obróciło się znacząco…

Najpierw miłość (rodzina), a dopiero potem cała reszta.

Kayah & Bregovic – Tabakiera

 

Jak kochać to księcia! Jak kraść to miliony!

22 maj

„Dlaczego dopiero w czerwcu?” – dobre pytanie.

Oto jestem!
Chciałam stworzyć coś jutro, opisując po kolei pierwszy dzień swych długich wakacji. Ale że czasu zrobiło się nagle tak dużo – siadłam i napisałam, o! W sumie myślałam, żeby temat matur znów odstawić na później albo nawet wrzucić do kosza; jednak jestem na bieżąco, z umysłem jeszcze zamąconym egzaminami, więc dziś jeszcze będzie o maturach. Dziś i nigdy więcej! No, chyba że będę poprawiać.
Rozpisywać się nie będę. Temat zbyt nudny!

Ogólne wrażenie: bardzo dobre. Przed pisemnymi zero stresu. Na matematyce nawet siedziałam i perfidnie śmiałam się w arkusz. Dlaczego? Takie na przykład zadanie numer 29… zastanawiam się, kto kogo chciał tu zrobić w konia. Ja szanowną Komisję Egzaminacyjną czy raczej ona mnie?
Przed chemią też się śmiałam. Jednak to był raczej śmiech porównywalny z emocjami towarzyszącymi egzekucji pana Giordana Bruna. Jestem skazana na śmierć, zupełnie bezpodstawnie, zupełnie bez sensu.  A inni ludzie i tak tego nie zrozumieją(!)…
Ustne były prawdziwą męczarnią. Właściwie – sam polski. Podniecałam się swoim tematem już od września, pracę jednak skończyłam trzy dni przed egzaminem. W tym czasie temat przestał mi się podobać, zdecydowanie… Pięć i pół strony. Zmieść się w piętnastu minutach! Nie ma szans… W akcie desperacji sama poszukuję w pobliżu jakiegoś getta – niech mnie rozstrzelają, zagazują, niech wiersze o mnie piszą!
Przyjdziesz na pisemne, pierdniesz i wyjedziesz. Na ustnym musisz się produkować. Myślisz o czasie, który się kończy; o słowach, które ci się plączą; o komisji wgapionej w ciebie jak w milion dolarów. Przy złych wiatrach – wyśmieją, wyszydzą, dadzą ci do zrozumienia, że nic nie wiesz, jesteś zerem, a twój temat godny jest pracy doktoranckiej, ale nie twojego omówienia… Dobra, wyolbrzymiam, ale takie miałam myśli.
Usiadłam, zaczęłam mówić… Emocje zeszły i było nawet przyjemnie. Zdążyłam, odpowiedziałam na pytania, było dobrze. Jednak co przedtem przeżyłam, to moje. Przed angielskim stres był mniejszy. Punktów nazbierałam tyle, że aż się zdziwiłam! Pozytywnie, choć w sumie… obojętne mi to.

Więcej strachu niż to wszystko warte! – to pewne.

Mogę teraz ponadrabiać zaległości na blogu, ale… wena na stare lata opuszcza. Zauważyłam, że więcej tu ostatnio mowy o mnie niż o moich przemyśleniach, co miało być głównym tematem tegoż tworu. Albo się przeinaczę na stare modło albo spasuję. Jeszcze stanę się sławna tylko dlatego, że ujawniam szczegóły ze swego intymnego, jakże nudnego życia. Celebryctwo zdecydowanie mnie nie kręci…

Matury? Fajny czas! W ich trakcie zaczęłam się śmiać z absurdu sytuacji i już dziś, kiedy po raz ostatni wychodziłam ze szkoły oficjalnie jako uczeń, wzięło mi się na wspominki. W tym czasie, gdzieś między podręcznikami, kalkulatorami, żydowskimi historiami stuknęło „ostatnie naście”. Smutny to był dzień, bo nie mogłam go przeżyć tak, jakbym chciała…
Dobrze, że już wszystko za mną!

Jakie plany? Polonistka rzekła, że wakacje nadłuższe, to muszą być i najpiękniejsze! „Jak kochać to księcia! Jak kraść to miliony!”. Pojadę tam, gdzie mnie nie było. Zrobię to, czego jeszcze nie zrobiłam. I choć brzmi dobrze, wiem, że na planach się skończy, jak co roku. Ale to bez znaczenia; ważne, że mogę czytać te książki, które chcę, na które mam ochotę!

Wrzucam piosenkę. W sumie nie myślałam o niej, ale sama wyleciała mi z radia jeszcze przed dzisiejszym ustnym angielskim. I pasuje do sytuacji, nawet…
Lech Janerka – Jezu jak się cieszę

 

Piękne me Skomlenia (PS.):
- nie pytamy: ani o wyniki matur, ani o studia; do ewentualnego odwołania
- miało być krótko. Wyszło, jak wyszło, przepraszam (natłok słów po ustnym polskim)
- jakoś tak niepoprawnie… Ale teraz już można (po ustnym polskim wszystko można!)

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Próba ognia

01 lut

O 8:45 wsiedliśmy do wyziębionej eLki. Wsteczny i na miasto.

Z czasem okazało się, że idzie mi coraz gorzej. Nie ma się co dziwić, w końcu przez ostatnie dwa miesiące nie prowadziłam auta. Ale Koksu zamiast mi pomóc, obrał taktykę koksowo-wrześniową, czyli powtórka z początku naszej znajomości. Nie mam pojęcia w jakim celu. Pewne jest tylko to, że znów były krzyki, ochrzany, głupie pytania w stylu: „i po co to?”, a nawet przekleństwa. Siedziałam cicho, choć miałam ochotę mu pięknie odwarknąć. Nosz kurczę, ile masz lat? - wróciło mi na myśl pytanie z września, ale nie wdawałam się w jakiekolwiek dyskusje. Zaraz egzamin; ty tu jesteś tylko dodatkiem, choć byłoby miło, gdybyś powiedział, co robię nie tak - pomyślałam. Kiedy na pół godziny przed egzaminem pocisnął mi po hamulcach, bo „coś tam, coś tam…”, stwierdziłam, że jego zdaniem powinnam sobie odpuścić. Dajesz mi, facet, naprawdę przeogromne wsparcie.

9:50 – podjeżdżamy pod WORD. „Powodzenia!” – krzyczy. „Tia…” - mamroczę pod nosem ze złości i zatrzaskuję za sobą drzwi.
Po zameldowaniu odpowiednim twarzom, że jestem, poszłam do toalety poprawić makijaż („Powinnaś się częściej malować” – rzekła mama pomagając w przygotowaniach na studniówkę). Nawet jak robisz coś źle, musisz przy tym dobrze wyglądać… Przeciągając tuszem po rzęsach przypomniały mi się pewne, zasłyszane niedawno historie.

M. podczas swojego pierwszego egzaminu oblała, bo nie potrafiła w nowym samochodzie wyczuć sprzęgła i tych innych technicznych spraw. Za drugim oblała, bo do końca nie opuściła ręcznego na wzniesieniu. „Wykup sobie 15 minut jazdy próbnej, żeby się rozeznać w sprzęcie” – radziła. Radę zbagatelizowałam. Teraz zaczęłąm żałować. Poza tym, znajomi są już poumawiani na piąte egzaminy, bo poprzednimi razy się nie udało. A egzaminatorzy? Wielkie państwo lubiące udupiać na byle czym.
Przeciągając usta błyszczykiem doszłam ostatecznie do wniosku, że przyszłam tu z ciekawości. Skoro ludzie mają tak wielkie trudności, żeby to zdać, a ja nie mam szczęścia do niczego (choćby do teorii), to popatrzę chociaż, jak taki egzamin wygląda, żeby móc przygotować się na następny raz. Teraz to tylko taka próba, dla picu.

9:58 – weszłam do poczekalni. Masa przestraszonych oczu spojrzała na mnie łaskawie. „Dzień dobry” – warknęłam pod nosem z uczuciem skumulowanej złości na Koksa i świadomością swej beznadziejności. Usiadłam obok jakiegoś chłopaczka, który był bardziej wystraszony od wszystkich czekających razem wziętych i zaczęłam rozpinać płaszcz.
A więc to tu. Rozglądałam się dokoła. To tu spędzę niemałą ilość czasu czekając na swoją kolej. M. opowiadała, jak była umówiona na 12:00, a zaczynała egzamin po 13:30. Dobrze, przynajmniej będzie czas, żeby pomedytować jeszcze nad ułożeniem odpowiednich zbiorników pod maską i włączaniem świateł. Jeszcze nie rozpięłam ostatniego guzika, kiedy z głośnika uleciało stanowcze: „Smutna Dziewczyna proszona do strefy rozpoczęcia egzaminu”. Już? Ale… dokąd mam iść? Przestraszony chłopaczek wskazał drzwi na zewnątrz. Wyszłam.

Stojąc zaledwie pół minuty na mrozie, zapinając z powrotem płaszcz, stwierdziłam, że trzeba byłoby się trochę zestresować. W końcu co to za egzamin bez stresu, nerwów i spoconych dłoni, nawet jeśli z góry wiadome jest, iż się go obleje?
Nie zdążyłam się zestresować. Młody pan Egzaminator stał już za moimi plecami. „Zapraszam do auta” – rzekł, wskazując na czerwone Clio nr 5. To już – próba ognia, która zamiast być tylko próbą, stała się prawdziwym ogniem.

Jakiś czas temu stwierdziłam, że jeśli uda mi się wyjechać na miasto – będzie to CUD. Ze światłami ani sprzętem pod maską nie było problemu. Fajkę miałam w małym paluszku (o dziwo, zgodnie ze słowami Koksa). Naprawdę zabawnie wyglądał Egzaminator, który latał wokół auta jak kot z pęcherzem! Problem stanowiło zaś wzniesienie, którego nigdy nie robiłam na placu tylko zawsze na mieście, gdzie kompletnie mi to nie wychodziło. Podjeżdżam pod górkę, ukosem do kierunku jazdy, bo… bo tak wyszło, zatrzymuję się, dłoń spoczęła na ręcznym i do przodu! Chyba wyszło, bo po chwili kazano mi wyjechać na miasto.

- Kiedy będzie pani gotowa, proszę ruszyć.
Przypomniał mi się filmik, który oglądałam minionego wieczoru na temat przebiegu egzaminu praktycznego z radami dotyczącymi stresu (który nawet nie próbował mnie ogarnąć). „Zanim wyruszysz na miasto, weź głęboki oddech, policz do dziesięciu i spokojnie rusz” – powiedziano. Przyznaję, rozbawiło mnie to zdanie do rozpuku! Jednak, kiedy sama znalazłam się w takiej sytuacji, z poważną miną wykonałam ową czynność. Egzaminator dał do zrozumienia, że już się niecierpliwi, więc skończyłam medytacje.

No, to ruszamy!

Trzydzieści pięć minut. Egzaminator znudzony jak ja podczas oglądania ambitnego filmu „Ludzie Boga”, wzdycha, mamrocze coś pod nosem, przewraca oczami, nieprzychylnie komentuje i czeka na moją reakcję. A ja? Spływa to po mnie jak po kaczce. Z poirytowaną miną robię swoje, wcale się nie odzywam i spokojnie wykonuję dalsze polecenia. Wzbiera we mnie złość, że jestem nieprzygotowana, że marnuję tyle pieniędzy na cały ten kurs, jazdy doszkalające i kolejne egzaminy, które przede mną; że marnuję tyle czasu…
Wracamy do WORDu.

Silnik wyłączony. Z miną obojętną czekam na wygłoszenie jakiegoś kazania. W końcu naliczyłam się tylu skamleń, jęków, narzekań, komentarzy pod nosem czy westchnień. W głowie układam plan jak skombinować pieniądze na następny egzamin. „Kurczę, nie wyrobię się w pół roku” – myślę, obawiając się zdawania w czerwcu nowej teorii.
- Ludzie bardzo inteligentni nie powinni posiadać dokumentu prawa jazdy, bo za dużo myślą za kierownicą – słyszę i niebardzo wiem, o co chodzi. Nie owijaj w bawełnę; mów, że zapraszasz na następny raz, bo nie zdążę na najbliższy autobus do domu.Jednak nie zrobiła pani żadnego błędu, więc… – westchnął, po czym słodko się uśmiechnął – wynik pozytywny. Gratuluję!

A ja?
Z miną obojętną, a nawet nadal poirytowaną mruczę pod nosem bardzo długie „mhmm” i wychodzę z auta. Jedyną emocją jaka się we mnie pojawiła było zdziwienie z odrobiną zażenowania: i o taki banał tyle zamieszania? Bezstresowe pstryknięcie palcami i masz, co chcesz...
Zadowolenie przyszło dopiero na kilka dni po wszystkim, kiedy w szkole zaczęli podziwiać i gratulować zdania za pierwszym. Apogeum szczęścia nastąpiło dziś. Po tygodniu… Najwidoczniej, do pozytywnych emocji też trzeba dojrzeć.
I po raz kolejny staropolskie przysłowie: „miej wyje*ane, a będzie ci dane” okazało się w moim przypadku prawdą. Nie ukrywam, bardzo miła niespodzianka…

M. zdała za trzecim razem, trzy dni po mnie.

 

PS. Uwaga! To, że zdałam prawko wcale nie oznacza, iż umiem parkować. Bo za Chiny Ludowe nie umiem .
A swoją drogą ciągle zachodzę w głowę, o co chodziło Egzaminatorowi z tekstem o „ludziach bardzo inteligentnych”. Chyba jestem na to za głupia…

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii O mnie

 

W pogoni za szczęściem

23 lis

Zginę, umrę, przepadnę…

Nie mam czasu na nic. Na nic, kompletnie. To, że dosiadłam do komputera to cud jednego jedynego w tygodniu wieczoru - piątkowego, kiedy nie ruszam palcem książek, zeszytów i nie patrzę w lustro (mogłabym się przestraszyć). Teraz jest więc czas.

Dziś zakończyłam maraton, maraton maturalny. 40 kilometrów w porównaniu do pięknego kończącego się tygodnia to pikuś. Wtorek – polski, środa – matma, czwartek – angielski, dziś – biologia i chemia z półgodzinną przerwą pomiędzy. Mózg roz…trzaskany na kawałki. Nie wiem jak się nazywam, ile mam lat i gdzie stoi słoik z kawą. Zastanawiam się, jak można być uczniem czwórkowo – piątkowym, a czasem nawet szóstkowym i tak strasznie zdawać wszystkie egzaminy… Od zawsze tak miałam – to, co ważne, wychodzi najgorzej. Ale takie już moje szczęście, a właściwie jego brak. Do maja zdążę umrzeć milion razy. Ani razu nie odrodzę się szczęśliwszą. Z medycyny zrezygnuję.
Chciałam iść na recytatorski, jutro. Dzięki za Wasze pomysły co do utworu. Niestety moje życiowe niezdecydowanie pozwoliło tylko na przeczytanie kilku naprawdę dobrych wierszy i… na tym się skończyło. Wena i chęć wzięły mnie ponownie w tym tygodniu, ale jak to wszystko ogarnąć w kilka dni przy intensywnym rozmóżdżeniu intelektualnym w trakcie próbnych matur? Nie da rady, a szkoda…
Na co potrzebna jest wolna chwila, odpoczynek skoro można zająć się czymś owocnym? Zapisałam się do internetowego radia działającego przy naszej szkole, całkiem nieźle prosperującego. Z początku będę bawić się w pisanie artykułów i nagrywanie ich na kilka dni przed programem; z czasem pójdę na audycję na żywo i będę współprowadzącą. Szkoda tylko, że program po 20.00 w mieście, z którego o tak późnej porze nie mam powrotu… Co drugi tydzień w piątki wsiadam w pociąg i wyjeżdżam milion milionów kilometrów w świat po to, by… pouczyć się do matury. Wracam w niedzielę wieczorem. Tak, teraz nawet jestem pozbawiona weekendu…
W końcu doczekałam się terminu na egzamin na prawo jazdy – w przyszłym tygodniu. Dziś pierwsza jazda od półtora miesiąca, pierwsze spotkanie z Koksem od prawie dwóch miesięcy. Ale się za sobą mocno stęskniliśmy, kurczę! I pomyśleć, że nasza znajomość tak przedziwnie się zaczęła… To bez znaczenia, że po tak długiej przerwie pcham się na egzamin. Ale bez spiny; wiem, że nie zdam tego za pierwszym razem. Pierwszy raz potraktuję na luzie jako „próbę generalną”. Zdam za drugim albo za siódmym. Szkoda tylko czasu, a przede wszystkim pieniędzy…

Biegnę, gonię, latam… Szkoły, szpitale, kursy, konkury, wyjazdy, delegacje, sprawdziany, matury, egzaminy, prawa jazdy, autobusy, pociągi, tramwaje; ciągły pośpiech, stres, niewyspanie, spóźnianie, zasypianie, umieranie…
Zauważyłam, że zrobiłam się szczuplejsza. Cyferki na wadze nic mi nie mówią – w końcu kto normalny wchodzi na wagę na chwilę przed snem w półtonowych dżinsach? Ale szczuplejsza? Pewnie mi się zdaje… Z czasem zaczęłam słyszeć: „Schudłaś?”, „Coś cię mniej”… Czyli jednak! Okej. Niby dobrze – zawsze chciałam troszeczkę z siebie zrzucić, ale świadomie! Z własnej woli! Stosując dietę, uprawiając sport, mieć nad tym kontrolę. Stres, pośpiech, zabieganie… Wszystko ładnie, pięknie, ale nie chciałabym osiągać szczęścia (do cholery, jakie szczęście?) kosztem zdrowia.

Jestem okropna.
Dlaczego?
Stwierdziłam, że gdyby faktycznie miał nastąpić koniec świata i bylibyśmy tego wszystkiego świadomi, to… cholera jasna… chyba byłabym zadowolona. Głupiam! Głupiam. Głupiam….

Przemysław Gintrowski – Tylko kołysanka
Ginę, umieram, przepadam…

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Blogowanie (nie) na ekranie

15 wrz

Cały tydzień kontempluję nad życiem, swoim środowiskiem, ludźmi, którzy coraz bardziej mnie dziwią i irytują, nad sytuacjami, w których się znajduję, podejściem do życia i innymi „amibtnościami”, którymi chcę podzielić się z Wami w najbliższy weekend. Przychodzi piątek, a wraz z nim totalne odmóżdżenie – o czym to ja chciałam pisać?

W szkole spokojnie, do przodu. Do dziennika wpadła pierwsza piątka i to, o dziwo, z angielskiego. Nikt nie jest zachwycony współpracą z nową nauczycielką, ale nic nie możemy zrobić. Nawet szczerze rozmawiając z nią o naszych obawach lub proponując inny sposób sprawdzania naszej wiedzy, nic nie możemy wskórać.

Z prawka mam wyjechane już 20 godzin. Złapał mnie kryzys. O prawku powinnam napisać osobną notkę, bo to, co się dzieje na jazdach przechodzi moje, powiedzmy: ludzkie pojęcie, dzięki czemu chodzę zasępiona, zła, złośliwa, cyniczna, arogancka i… mogłabym tak długo wymieniać. Ale zawsze włącza mi się takie zachowanie w połączeniu codzienności ze szkołą.

Wczoraj, po raz pierwszy od zerwania „bycia – niebycia” z Pięknym rozmawiałam z jego matką, przypadkiem. Była dla mnie życzliwa, miła i sympatyczna, zgadzała się z każdym moim zdaniem (nadawałam jak najęta; wizja niezręcznej ciszy, która mogłaby zapaść, zabijała mnie od środka), co monstrualnie mnie zdziwiło. Oczywiście, poruszyła temat swojego syna. „Zaczęło się” – pomyślałam. Ale mówiła niewiele. W końcu zrujnowałam mu życie, więc po co miałabym o nim cokolwiek się dowiedzieć? „Proszę pozdrowić wszystkich w domu!” – rzekłam na pożegnanie, bo kulturka i szacunek bez względu na wszystko musi być. Jestem ciekawa miny Pięknego na wieść: „Masz pozdrowienia od Smutnej Dziewczyny”. E tam, przejmuję się głupotami.

To tyle. Mało ambitnie, tak jak uprzedzałam. Pozostaje mi chyba tylko kupić zeszyt i pisać na bieżąco, w każdym miejscu, w każdym czasie i podzielić się z Wami ewentualnymi smaczkami.

Miłego tygodnia!

 

Myslovitz – Ukryte - rozklejam się…

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Ha ha ha-mulec!

22 sie

Wyjechaliśmy gdzieś za miasto, zarośnięte tereny przecięte asfaltem i fragmentarycznie kocimi łbami. Zatrzymaliśmy się w cieniu, bo upał niemiłosierny. Krótki instruktarz, co jest gdzie, do czego służy, jak złapać, jak popchnąć, jak nadusić, po co użyć. Do tego opis czystej mechaniki – silniki, ośki, złączenia i inne takie, czego już nie pamiętam.

Wsiadam za kierownicę. 158 centymetrów żywego narzekactwa, pesymizmu, strachu i zapoconych rąk każe przysunąć mi fotel jak najbliżej kierownicy. Lusterka: bawimy się – lewe, prawe, lewe, prawe… wewnętrzne. Potem zabawa (z) pedałami. Wciskam jeden, drugi, trzeci… Oficjalny rozmiar stopy 38 każe podnosić mi ją mocno przy zmianie z gazu na hamulec i odwrotnie, co przy normalnej wielkości stopy polega na ustawieniu nieruchomo pięty i kręceniu śródstopiem w prawo i w lewo. Pasy, światła, cokolwiek jeszcze innego i Pan Grześ prosi włączyć silnik.

Pan Grześ spóźnia się na jazdę 10 minut. „To znak” - myślę sobie. Serce zaczyna bić miarowo, dłonie powoli usychają. „Może nie przyjedzie?” - żywię nadzieję. Patrzę na zegarek. „W sumie po co mi prawko? I tak nie będę jeździć w najbliższym czasie autem. No, to ja już sobie pójdę…” – podnoszę się z krawężnika, na którym siedziałam przy czym jednocześnie zza rogu wyjeżdża granatowa eLka. Dobra, serce znów wariuje, dłonie mokre, nogi z waty. Za późno na ucieczkę. Wsiadam. Krótka rozmowa zapoznawcza. Pan Grześ miły facet, więc i ja byłam miła. Od razu zdradziłam swoje obawy (w całym swoim życiu kluczyk przkręcałam jedynie w celu włączenia radia), żeby mnie na ulicę zaraz nie wypychnął i opowiedziałam troszkę o sobie. Niech wie, że niezbyt kolorowe podejście do świata plus stres i dno totalne w kwestii prowadzenia auta może sprawić, że wylądujemy na pierwszym drzewie. No, przy dobrych wiatrach na drugim…

Siedzę za kierownicą. Czas ruszać. Przekręcam kluczyk. Silnik chodzi. Uśmiecham się szalenie, Nobla mi! Sprzęgło jest, wchodzi jedynka i ruszamy… hm… lecimy do przodu! „Matko!” – krzyczę. Spróbować jeszcze raz, powoli… Poszło. Niezbyt czysto, ale jedziemy. Drugi Nobel dla mnie! „Dwójka” – rzecze Pan Grześ. No to dwójka! Jedziemy spokojnie, powoli. Trochę środkiem, więc instruktor pomaga wyczuć kierownicę i przekręca troszkę w prawo. Jedziemy, prawą stroną. To nic, że obijamy się o cienkie gałązki odstających krzaków. Zajechaliśmy do zatoczki. „Tu zahamuj lekko, kierownica w lewo i zawracamy”. No, krzywy manewr, wręcz pijany, ale drzewa stoją całe. Jadę podekscytowana jak dziecko na nowym rowerku, uśmiech od ucha do ucha, ręce kurczowo na kierownicy i do przodu. Troszkę wyluzowałam, ale nie daję nic po sobie poznać, bo faktycznie zaraz będzie kazał wyjechać mi na ulicę.

 - Mogę o coś spytać? – upewniam się, czy będzie mnie słuchał, bo zapowiadało się na dłuższą pogawedkę.
 - Pytaj – rzekł, a ja zaczęłam swój nieskładny, niepolski, dziecinny monolog (w transie tak mam). 
 - Bo ja tak właściwie nie wiem… Siedzę i nie widzę końca samochodu. To znaczy… początku. W ogóle maski nie widzę… To normalne? Tak samo nie widzę prawego boku auta, więc dostaje pan krzakami po głowie przez otwarte okno, ale środkiem też nie mogę jechać. Może faktycznie za niska jestem albo nieprzystosowana do jazdy? A poza tym… Mądra Księga (którą w chwili obecnej jest „Podręcznik kierowcy”) mówi, że jak wyprzedza się rower to najlepiej nie wyjeżdżać na przeciwległy pas, a zachować bezpieczny odstęp od rowerzysty, mniej więcej metr. I jak ja to mam zrobić, jak ja tu nic nie widzę? Pan też nic nie widzi, jak siedzi za kierownicą czy rzeczywiście tylko ja jestem niewymiarowa?

Oczywiście, poruszone kwestie stanowiły dla mnie nie lada problem, ale charakter zadanych pytań był czysto retoryczny. Między wierszami mej Wielkiej Improwizacji (Mickiewicz się w grobie pewnie przewraca) Pan Grześ miał wyczytać pytanie: „Ma pan pojęcie, że jego życie spoczywa właśnie w moich rękach?”. Pan pojęcia takiego nie miał. Ze stoickim spokojem i uśmiechem na twarzy odpowiedział na powyższe pytania, co niezbyt mnie zadowoliło. To, czego nie widzę, widzieć nie będę. Pięknie.

 - Chciałem cię dzisiaj wziąć na ulicę – zatrzęsłam się. – Ale widzę, że nie chcesz, to następnym razem, hm? – i jeździliśmy raz w jedną, raz w drugą stronę, do przodu i do tyłu. Silnik czasem gasł, co komentowałam piękną wiązanką: „dupa, dupa, dupa”. Instruktor nie miał nic przeciwko. Sam zaraz zaczął… dupczyć. :)

 - Dzisiaj jeszcze ogarynasz powoli co i jak. Patrzysz tam, gdzie nie powinnaś. Ale koło piątej, szóstej godziny będziesz jeździć już równie dobrze jak ja – podnosił na duchu, bo ujawniłam mu swoje pesymistyczne nastawienie do wszystkiego.
- Jak pan? – zdziwiałam się.
- Jak rajdowiec – rzekł. Aż podskoczyłam ze szczęścia.
- Jak Kubica? - wycedziłam przez mocno zaciśnięte uśmiechem zęby. Faktycznie, zrobiło się zaraz optymistyczniej.
- No bez przesady… – zgasił. W akcie rozpaczy cicho westnęchłam = skuliłam się do 150 cm i nie widziałam, co dzieje się w wewnętrzym lusterku. Niewymiarowa jestem na te jazdy!

Reasumując: prawy bok niewidoczny, więc jazda na czuja. Wszystko ładnie, pięknie, a dziś już nic nie pamiętam. Dodatkowo: ustawienie lusterek – ważna sprawa – ani razu do nich nie zerknęłam. Aż tak źle ze mną? Wychodząc na ulicę mam kradratowe oczy ze zdziwienia i z podziwu, jak to innym kierwcom ładnie się jeździ i jakie muszą mieć już doświadczenie…

Na zajęcia teoretyczne nie mogłam narzekać. Teraz, kiedy mam jakąs praktykę za sobą, wykłady są najnudniejszą rzeczą pod słońcem. Ciągnie do auta, choć sunęłam tylko czterdziestką (dobra, po ciuchu i tak uważam to za sukces :P ). Co tu więcej mówić? Żyję – a to chyba dobrze.

 

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii O mnie

 
 

  • RSS