RSS
 

Notki z tagiem ‘radość’

Sprawozdanie

16 sie

Witam w nowym roku!
Jeszcze nigdy nie używałam tego zwrotu w połowie sierpnia. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Czy przy okazji powinnam już złożyć życzenia na zbliżające się Boże Narodzenie?

Od ostatniego wpisu minęło prawie osiem miesięcy. Dużo się w tym czasie wydarzyło, o czym, w ramach powrotu do bardziej regularnego pisania (Boże, daj mi tę wytrwałość!), trochę wspomnę.

M., która już wkrótce będzie obchodzić pierwszą rocznicę ślubu zostanie mamą. Niby normalna kolej rzeczy, prawda? Jednak ja, jak zwykle, nie omieszkałam ulec krótkiemu szokowi. Bo to dziwne uczucie, kiedy najbliższa koleżanka, z którą przecież jeszcze nie tak dawno spędzało się dzieciństwo, nosi pod swym sercem zaczątek nowego pokolenia. Dziś cieszę się razem z nią i jej lubym.
Zastanawiam się tylko po cichu która z nas, w chwilach największej słabości, byłaby w stanie bardziej zazdrościć tej drugiej. Ja jej – całkowitej życiowej stabilności i tego, że jej życie jest już poukładane, że ma prawie stuprocentową pewność obok kogo obudzi się za dziesięć lat przed odprowadzeniem dziecka (dzieci?) do przedszkola? Czy ona mnie – tej swobody z jaką mogę żyć choćby wyruszając na wakacje gdziekolwiek zapragnę, będąc niezależną od nikogo, nie myśląc o tym, że w domu siedzi facet czekający aż wrócę i wstawię pralkę z jego ciuchami?

K. aż trzy razy zmienił pracę. Dziś twierdzi, że znalazł sposób na swoje życie. Złożył papiery na studia i ma nadzieję, że uda mu się pogodzić pracę z nauką. Kupił auto, co jest jego pierwszym większym sukcesem, z którego ogromnie jest dumny.

A., z którą mocno zakolegowałam się w połowie drugiego roku studiów osiągnęła coś, o czym od dawna marzyła. W związku z tym, perfekcyjnie udając jej menadżera, towarzyszyłam jej w studiu regionalnej telewizji, wysyłając zza kamer pozytywne emocje zmniejszające jej stres podczas nagrania na żywo. A. walczy dalej o swoje marzenia stawiając dalsze kroki w dziedzinie, w której osiągnęła sukces.

A co u mnie? Jakieś gromy z jasnego nieba? Niespodzianki?
Jedynym sukcesem jest fakt, że ponad miesiąc temu moje wykształcenie wskoczyło na poziom: wyższe, a od października zacznę starać się o tytuł magistra. Póki co korzystam z wakacji i zamierzam solidnie wypocząć, choć pogoda jest obecnie nie najlepsza.

Może to i dobrze? Może dzięki temu uda mi się odezwać tu jeszcze w tym roku?

Komety – Bezsenne noce

 

Skaczemy!

11 lip

Pierwsze dni wakacji zrujnowały wszystkim plany, a mnie dodatkowo utwierdziły w przekonaniu, że świat jest beznadziejny, a ja wraz z nim. Szare chmury wisiały nad głowami, deszcz niemiłosiernie zalewał wszystkim piwnice, a Smutna Dziewczyna leżała całymi dniami pod kocem, przytłoczona nadmiarem niepotrzebnych myśli i śmiała się gorzko, że jest w całkiem niezłej komitywie z naturą, która płacze jej do wtóru.

Przyszły upały.
Tak być nie będzie! – zagroziłam sobie palcem i zwlekłam się z łóżka.
Ogarnęłam dość szybko rower po minionej zimie (szybko, bo nie pod koniec sierpnia, jak to mam w zwyczaju) i ruszyłam na jednośladowe wycieczki. Niezbyt daleko, bo kondycja jeszcze nie ta, ale za to w miłym towarzystwie – nie ma jak mama!

Wsiadłam też w pociąg i poznałam nowe miejsca w mym akademickim mieście, na co nie miałam nigdy czasu od nadmiaru nauki. Umówiłam się z dobrą S. z roku, z którą mam teraz najlepszy kontakt i poszłyśmy na wieeelkie lody. To nic, że po drodze się rozpadało i wyglądałyśmy jak przemoknięte kury. S., najbardziej szalona dziewczyna jaką znam, wciągnęła mnie w ogromne kałuże i zaczęła w nich skakać, nad czym ubolewałam ja, moje sandałki obklejone jeszcze (!) cekinkami, a przede wszystkim białe, kwieciste spodnie, teraz umorusane błotem przed pierwszym jeszcze praniem… Wróciłam do domu.

Czytam książkę. Jakieś babskie czytadło. Oczywiście, akcja znana od początku do końca, typowa dla wszystkich współczesnych historyjek romantycznych w polskim wydaniu: kobieta porzucona przez mężczyznę, który zdradzał ją od lat, spotyka nowego faceta (lub dawną wielką miłość z liceum) i odkrywa, że to jest to, że muszą być razem, że teraz już będzie pięknie. Oklepane, jak ciasto na pierogi.
Wiem, że po wielu przejściach (jestem w połowie) będzie happy end. Książka jak książka – łatwo przewidywalna. Historia znana na pamięć niczym „Nigdy w życiu” Grocholi, z moją ukochaną Stenką w roli głównej, w wersji kinowej.
Jednak czytając takie głupoty stwierdzam, że moje życie jest cholernie nudne, nic się nie dzieje. Z drugiej zaś strony latam jak motyl z nadzieją, że moja przyszłość będzie również na tyle piękna, bym mogła stać się główną bohaterką jakiegoś babskiego bestselleru, we własnej świadomości – dla siebie samej. Oczywiście, odrzucając wizję rozstań, zdrad czy innych życiowych katastrof. Tak więc (wiem, tak nie zaczynamy zdania…) fruwam pod sufitem z nadzieją, że będę szczęśliwa.

Jakoś tak mi lepiej.
Nie ma co się poddawać, nawet w obliczu największych rozterek.
Oby ten czas utrzymał się jak najdłużej!

Coma – Skaczemy

 

Pierwsze koty za płoty

14 lut

Do trzech razy sztuka!
Od ostatniego postu dwa razy zaczęłam coś tu skrobać na brudno. Dopiero dziś mogę na spokojnie usiąść i dać znak, że żyję.

Pierwsza sesja za mną! Zdana od ręki, za pierwszym razem. Bo, oczywiście, były wątpliwości co do matematyki. Jeszcze niedawno chwaliłam, że idzie mi z niej całkiem nieźle. Sytuacja zmieniła się, gdy pojawiły się pochodne i całki. Ale co tam – opanowałam je jakoś i zdałam, a to najważniejsze!
Pięć egzaminów, w tym dwa ustne (jeden ustny na życzenie, bo zerówka). Nie powiem, emocje sięgały zenitu, zwłaszcza przed wspomnianymi ustnymi, jednak poszło na tyle dobrze, że do teraz nie mogę uwierzyć.

W końcu zrozumiałam sens tych wszystkich memów o sesji, o niemocy nauki, o chęci sprzątania, gotowania czy o zaprzyjaźnianiu się z sufitem. Ale bez przesady, matura była zdecydowanie bardziej stresująca, w związku z czym porównanie, że sesja jest co-półrocznym egzaminem dojrzałości jest moim zdaniem niezbyt trafne. To, że ktoś się nie uczy regularnie i zarywa noce na kilka chwil przed egzaminem świadczy tylko o lenistwie, które niemożebnie ogarnia podczas studiów. I nie plotę tu żadnych kazań czy wielkich mądrości – sama plułam sobie w brodę, kiedy koło północy piłam piątą kawę, a o drugiej nad ranem jadłam kolację nad książkami. Mogłam robić to wszystko za dnia, ale jestem nocnym Markiem, co pogłębia się coraz bardziej.
Szczerze powiedziawszy, sesja jest czasem niezwykle miłym.

We wtorek, po ostatnim, zdanym na pięć, egzaminie ruszyliśmy z S. do domu pieszo, przez niemal pół miasta. Wzajemnie wczepieni sobie pod ramię poczuliśmy się cudownie – koniec dwóch tygodni rygorystycznej nauki i zarywanych nocy (chociaż to ostatnie akurat kontynuujemy nadal). I choć bolały nogi, choć z nieba spływała delikatna mżawka – poczuliśmy się najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem. Wśród śpiewu ptaków, wśród rozkwitającej wiosny, umówieni na wspólny wieczór zwieńczający zakończenie sesji. Pięknie!

Nie mam ferii. Od poniedziałku zaczynam nowy semestr. Zaczną się nowe przedmioty, których sama nazwa mrozi krew w żyłach. Ale nie ma się co przejmować: powoli, do przodu. W końcu nie ma rzeczy niemożliwych!

Chyba znalazłam przyjaciół. Piszę „chyba”, bo nie lubię tak poważnych deklaracji, których nigdy do końca nie jestem pewna. Jest S., o którym troszkę przed chwilą wspominałam, jest O., o której pewnie jeszcze nie raz wspomnę, są inni, mądrzy ludzie, z którymi można poważnie porozmawiać i bawić się do utraty tchu.

Jest pięknie!
Nie chcę stwierdzać, że piękniej już być nie może, bo z całą pewnością może!
Są jeszcze marzenia, do których spełnienia droga daleka. Jest słońce, którego będzie coraz więcej. Są ludzie, których można by bezwarunkowo kochać, ale są też wątpliwości czy odważyć się na tak duży, przełomowy krok.

Dziś z okazji Walentynek życzę Wam jak i sobie dużo miłości! Prawdziwej, czystej, wręcz dziecięcej. Życzę drugiej osoby, z którą można spędzić chwile te najlepsze i te najgorsze. Życzę wsparcia i słońca na każdy dzień!

Proszę państwa, powoli wkraczam w dorosłość…

Iyeoka – Simply Falling


 
Komentarze (23)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Rok przełomu

01 sty

Nigdy nie robiłam rocznych podsumowań. Sama nie wiem, dlaczego. Może z lenistwa, z braku ochoty czy w ogóle nie miałam takiej potrzeby. W tym roku wydarzyło się jednak zbyt dużo, by miało to jedynie odbić się echem we wspomnieniach. To rok przełomu, nie szczęśliwy, nie smutny… Taki – jakiś, a jednak znaczący.

Zdałam maturę.
To, co wydawało mi się wcześniej osiągalne, ale jednak porównywalne z nadprzyrodzonymi cudami, mam za sobą. To największy sukces całego tego roku. W końcu od wielu lat myślałam o tym strasznym egzaminie, sama się nakręcając niemożliwie. Teraz, z biegiem czasu zauważam, że to nieodzowny element życia człowieka wykształconego co najmniej średnio. I nie było tam nic strasznego. Nikt nie gryzł, nikt nie torturował, nikt nie śmiał się z ewentualnego podknięcia. Nawet mogłabym stwierdzić, że maturę wspominam miło…

Choroba i śmierć Dziadka.
To najgorsza rzecz, jaka spotkała mnie w tym roku, która niweluje wszystkie sukcesy i radości. Nie będę się rozpisywać w tym temacie. Mogę jedynie stwierdzić, że w tym roku brałam udział w większej ilości pogrzebów niż dotychczas w całym swoim krótkim życiu. Smutne.

To tyle z rzeczy namacalnych, powiedzmy – fizycznych. Prawdziwe zmiany zaszły we mnie.

Długie wakacje, a w tym wspomniane odejście jednej z najukochańszych osób i skupienie bliskiej rodziny utwierdziło mnie w jednym. Nie ma rzeczy ważniejszej niż rodzina, a co za tym idzie – uczucia. Bliskość, szczerość, czyjaś pomoc czy sama obecność to bardzo wiele. Przekonałam się o tym wystarczająco.

Stałam się otwarta na ludzi. Do teraz dziwię się, jakim cudem mogło to nastąpić. Ja, posępna, Smutna Dziewczyna, trzymająca ludzi na dystans nagle zaczęłam ich lubić?  Tak! To już przechodzi ludzkie, moje małe, rozumkowe pojęcie.
Jestem szczera, mówię o tym, co leży mi na sercu. Wzmogła się asertywność. Potrafię powiedzieć „nie” bez żadnych problemów. Zaczęłam patrzeć ludziom prosto w oczy. Nawet nie wiem, dlaczego nie potrafiłam tego wcześniej – w końcu nie mam niczego do ukrycia ani czego się wstydzić. Zauważyłam jednak, że takie notoryczne patrzenie w oczy krępuje moich rozmówców. W związku z tym stałam się silniejsza, odważniejsza w relacjach międzyludzkich, zdecydowanie pewniejsza i bardzo mi z tym dobrze. Walczę o swoje, już nie jestem oportunistą, jak było to zazwyczaj. Momentami mogłabym określić siebie jako osobę bezwzględną… Jednak, co dziwne, nikogo to nie zraża; grono znajomych poszerza się w niesamowitym tempie!

Stwierdziłam, że rzeczywiście nie ma rzeczy niemożliwych. Nie wynika to z autopsji, ale z własnych przekonań i odpowiedniego myślenia. Skróciłam drabinę działania o jeden szczebel. Ten o nazwie „muszę to zrobić/mieć za wszelką cenę” porąbałam siekierką. Przecież nic na siłę, nie do ostatniej kropli krwi… To niezdrowe, stresujące i kradnące czas. Obecnie najwyższy szczebelek nosi nazwę „spróbuję”. W końcu to nic nie kosztuje, a daje wiele możliwości, budzi nadzieje, którymi ostatnio jestem przepełniona i zapewnia choć odrobinę wolnego czasu. Stałam się spokojniejsza…

Bardzo poprzestawiało się w mojej głowie.
Niepewnie mogę przyznać się, że z pesymistki stałam się pełną nadziei realistką, a moje życiowe motto obróciło się znacząco…

Najpierw miłość (rodzina), a dopiero potem cała reszta.

Kayah & Bregovic – Tabakiera

 

W Mieście Kamienic

09 lis

Zaplanowałam wrócić do przedmaturalnej częstotliwości tworzenia postów na blogu, czyli raz na dwa tygodnie. Jednak, jak się okazało, to wcale nie jest takie łatwe. Odzywam się dziś, prawie po miesiącu nieobecności, choć siedzę cichutko w Waszych komentarzach co weekend, kiedy zjeżdżam do domu. Co u mnie? Podzielę się troszeczkę swoją codziennością, gdyby ktoś był choć odrobinę ciekaw.

Początek nowego okresu w życiu zaliczam do bardzo i to bardzo udanych. Już wpadły pierwsze piątki z zaliczeń i kolokwiów. Mimo ogromnej niepewności czy jako humanistka poradzę sobie na tym jakże ścisłym kierunku, kipię zadowoleniem na prawo i lewo, że jestem właśnie tu, gdzie jestem. Palec Boży kierował mną najwidoczniej, bo wybrałam chyba najlepiej jak to było możliwe. I nie wyobrażam sobie siebie na żadnym dziennikarstwie czy psychologii, o które ciągle pytają mnie nowi znajomi. Chyba mam wypisane na twarzy zamiłowania humanistyczne, bo sama o niczym im nie wspominałam.

Ludzie są piękni!
Otwarci, chętni do pomocy w odnajdywaniu się w nowym mieście czy w materiale, którego nie potrafię zrozumieć od razu. Mamy wiele wspólnych tematów do rozmów, wiele wspólnych planów, a nawet celów! Aż nie mogę przestać się dziwić, że znalazłam dziwaków podobnych do mnie. Nigdy wcześniej nie czułam się lepiej wśród ludzi jak teraz.
Autobusowe i tramwajowe podróże uprzyjemnia mi obecność dwóch chłopaków mieszkających w mojej dzielnicy. Po cichu i żartobliwie nazywam ich moimi osobistymi bodyguardami. Oboje są z mojego roku, jeden – z mojej grupy. Z początku przyczepiłam się do nich, żeby nie wracać sama po nocy z otrzęsin; w końcu to obce miasto. Teraz jesteśmy jedną, wielką, trzyosobową, kochającą się (!) rodziną.
Poza tym z chłopakami z całego roku mam bardzo dobry kontakt. Lepszy niż dziewczynami. W zasadzie nie jest to żadna nowość, bo było tak zawsze. Dziwi mnie tylko fakt, że dostałam w jednym tygodniu aż trzy propozycje randek. Hm, nie wiem, co z tym zrobić. Skusić się? Choćby na zwyczajną kawę?

Powoli poznaję miasto.
Znałam je już wcześniej, pobieżnie, kiedy przyjeżdżałam na wakacje czy w celu załatwienia jakichś ważnych spraw. W miarę ogarniam linie autobusowe, tramwajowe; wiem, gdzie co jest. I najważniejsze to pchać się do przodu, w przeciwnym razie staranują mnie choćby na głupim przejściu na zielonym (nie ma to, jak mieć odrobinę więcej niż półtora metra wzrostu).
Zauważyłam, że miasto pełne jest kamienic. Pięknych, wysokich, strzelistych. Z oknami okrągłymi, półokrągłymi, z witrażykami, kratkami i wszystkim innym, co nadaje im cudownego uroku. I nawet te różowe kamieniczki, które mogłyby wydawać się wręcz kiczowate przykuwają moją uwagę. Chyba to wizualnie podoba mi się najbardziej w całym tym mieście.

Przebywając wiele czasu w środkach komunikacji miejskiej zauważyłam, że to, co można w nich usłyszeć czy zaobserwować świetnie nadaje się do napisania książki. A jeśli nie książki, to chociażby kilku postów na blogu. To dobry pomysł?

Wrzuciłam na luz.
I jedyne, czego mogę w tym momencie żałować, to faktu, że zrobiłam to tak późno.

Raz Dwa Trzy – Nikt nikogo

 

Relacja prawie na żywo

12 paź

Szanowni państwo, drodzy rodacy!

Odzywam się! Zasługuje to na owacje na stojąco, a ja czekam na szczere gratulacje. Miałam odezwać się tydzień temu, ale weekendy teraz takie krótkie, przemijają jak z bicza strzelił: a to się wyspać, a to posprzątać, a to spotkać się z tymi dawno nie widzianymi… Jestem!

Jeśli kiedyś wspominałam coś o szczęściu, choćby o tym krótkotrwałym, to stwierdzam i chwalę się – jestem szczęśliwa. Nie wiem, jak długo jeszcze i czy nie przeceniam teraz swej codzienności, ale czuję się nadzwyczaj dobrze.

Wrócił normalny tryb życia. Wstaję rano (co w sumie jest największym minusem tego wszystkiego), latam, jeżdżę, załatwiam, kładę się wcześniej spać ze zmęczenia i czuję się z tym wspaniale. Co prawda, pewnie to się zmieni i popadnę w swego rodzaju rutynę; potem przyjdzie zima: chandra, deprecha, śmierć chodząca – coroczny standard. Dlatego cieszę się chwilą obecną, bo jest mi naprawdę dobrze.

Ludzie są świetni. Ale to pewnie dlatego, że nie znamy się na tyle, by wiedzieć, co kto ma za uszami. Jest przyjemnie, przyjaźnie, a mordki same się do siebie uśmiechają. Znalazłam swoich ludzi!

Plan całkiem porządny, choć nieco luzacki. Zajęcia rano, południe wolne i znów wieczór spędzony na wykładach. W trzech różnych miejscach – na szczęście położonych blisko mnie i siebie wzajemnie, więc nie narzekam.
Wykładowcy sympatyczni, więc jest dobrze. Na ćwiczeniach w porządku, choć zajęcia w laboratorium mrożą krew w żyłach. W-f wkurza, bo jest kompletną stratą czasu, zwłaszcza, że mi przypadła siłownia. Brak masy, więc co tu rzeźbić? Zresztą, sił też brak… To jedyna beznadzieja.

Jest pięknie. Póki co, nie powinnam chwalić dnia przed zachodem słońca, ale też nie narzekam. Czyli mamy progres. A w nadchodzącym tygodniu – otrzęsiny!

Studiuję biotechnologię medyczną i pięknie wyglądam w fartuchu!

Mój hicior ostatnich dni: Myslovitz – Peggy Brown

Buziaczki!

 

Przyjaźń

27 maj

Zastanawiam się nad przyjaźnią. Czym ona właściwie jest? Kiedy ktoś ze zwykłego znajomego staje się prawdziwym, jakże ważnym przyjacielem? Zastanawiam się, bo mimo prawie dzwudziestu lat na karku dociera do mnie fakt, że nigdy nie miałam prawdziwego przyjaciela i nie mam go także i dziś.

Mela. O niej pisałam jakoś w zeszłe wakacje roztkliwiając się nad tematem wyboru studiów (haa! dziś płaczę stojąc w tym samym miejscu, co ona wtedy). Od urodzenia jesteśmy sąsiadkami z naprzeciwka. Zawsze w sumie robiłyśmy wszystko razem i było miło. Miałyśmy wspólne tematy, których teraz z biegiem czasu gwałtownie braknie. Może to dlatego, że dla niej najważniejszy jest jej chłopak, który i tak trzyma ją w niezłej poniewierce. Cóż ja, grzeczna dziewczynka z nosem w książkach mogłabym jej ciekawego, nowego powiedzieć?

Kiedy kończyłam swoją dziwną relację z Pięknym wypowiedziałam te znane, sztampowe już słowa: „zostańmy przyjaciółmi”. Byłam jednak w tym naprawdę szczera, chciałam nadal utrzymywać kontakt. Nie tak silny, jak miało to dotychczas miejsce, ale od czasu do czasu… Tym bardziej, że Piękny to również sąsiad mieszkający za siedmioma górami domami… Kontakt siadł. Nawet nie pamiętam dlaczego. W zasadzie bardzo mało pamiętam z tamtego momentu, może to i lepiej… Dziś również nie mówimy sobie „cześć”.

Zawsze było mi szkoda ludzi, od których wszyscy się odwracali przez wzgląd na słabsze wyniki w nauce, na skromność albo strach przed innymi… Włącza mi się wtedy czerwona lampka „trzeba im pomóc” i niczym Superman biegnę poprawić im samopoczucie.
Tak w liceum poznałam K. Z początku stwierdziłam, że będzie to jedyna osoba, której dosłownie będę nienawidzić za to, że jest głośniejsza od koncertu Madonny na Stadionie Narodowym, że wszędzie jej pełno, że obgaduje i jest złem wcielonym. Przez to nikt za nią nie przepadał. Smutna Dziewczyna niczym wspomniany przed chwilą Superman przybiegł ze szczerą chęcią pogadania. Okazało się, że to jedyna osoba, z którą da się porozmawiać w całej klasie. Nikt jej nie lubi, bo K. obiektywnie ocenia różne sytuacje, obiektywnie mówi o ludziach. Jest szczera, przez co wkurzająca. Bardzo dobrze mi z nią, jednak nie czuję, żeby to było coś więcej niż zwykła znajomość.

Ciekawym przykładem jest K. Chłopak rok młodszy, jednak nad wyraz dojrzały. Mamy wspólne tematy, chichramy się z tego samego i ubolewamy nad tym samym. Przesadziłabym, że narzekamy na to z jakich domów pochodzimy… Narzekamy na to, jak nas wychowano. Od samego dzieciństwa kulturka na najwyższym poziomie, najlepsze oceny, chęć niesienia pomocy innym. Trzeba trzymać ramę, trzeba trzymać formę. A my? Potrzebujemy trochę odpoczynku, trochę luzu. Chcemy zrobić coś innego, szalonego. Ale nie możemy. Twarde zasady krążą po naszym organizmie razem z krwią. Jesteśmy nudziarzami w sztywnych, białych jak śnieg kołnierzykach. Wpojono nam coś, czego nie potrafimy się wyzbyć, bo chyba jesteśmy na to za starzy… Bardzo kochamy się z K. jednak oboje wiemy, że to za mało, by nazwać siebie przyjaciółmi.

Czy to wszyscy? Wiadomo, że nie. Było o innych, ale skasowałam. Co tam z nimi… Telefon równie dobrze mogłabym wyrzucić do śmieci. Nikt, prócz mamy i operatora się do mnie nie odzywa.

Kiedy zaczynałam jakiś nowy etap w swoim życiu – kiedy zaczynałam edukację w nowej szkole, zawsze zastanawiałam się: „a może teraz przytafi mi się jakaś przyjaźń? jakaś miłość?”. I teraz, gdy jedną nogą jestem na jakichś tam studiach już tak nie myślę. Czekam co prawda na grom z jasnego nieba, na jakiś przełom w swoim życiu, ale czy to będzie miało miejsce?

Dlatego zawsze narzekam na wakacje. Za dużo wolnego czasu, brak konkretnego zajęcia. A to dopiero początek… Ręce opadają. Nagle zwolniłam. Wielkie obroty, na których dotychczas żyłam spadły do wartości wręcz ujemnej. Brzydka pogoda – rower odpada. Pozostają znajomi. Zastanawiam się z kim mogłabym spędzić dzień. Każdy ma swoje życie. Nikt nie przyleci, by pocieszyć Smutną Dziewczynę, którą złapała chandra złopogodowa/nudowa/beztroska… Tak mi jakoś smutno.
Zastanawiam się, co jest ze mną nie tak. Narzekam, marmolę jak trzyletnie dziecko, szukam dziury w całym… Faktycznie, mieć tyle lat i żadnej bliższej osoby, której można się wyżalić, pochwalić, pogadać o czymś sensownym?

Może jestem aspołeczna?
Albo po prostu – skazana na samotność?

Tom Horn feat. Jacob A – The last day

 

 
 

  • RSS