RSS
 

Notki z tagiem ‘przemyślenia’

Sprawozdanie

16 sie

Witam w nowym roku!
Jeszcze nigdy nie używałam tego zwrotu w połowie sierpnia. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Czy przy okazji powinnam już złożyć życzenia na zbliżające się Boże Narodzenie?

Od ostatniego wpisu minęło prawie osiem miesięcy. Dużo się w tym czasie wydarzyło, o czym, w ramach powrotu do bardziej regularnego pisania (Boże, daj mi tę wytrwałość!), trochę wspomnę.

M., która już wkrótce będzie obchodzić pierwszą rocznicę ślubu zostanie mamą. Niby normalna kolej rzeczy, prawda? Jednak ja, jak zwykle, nie omieszkałam ulec krótkiemu szokowi. Bo to dziwne uczucie, kiedy najbliższa koleżanka, z którą przecież jeszcze nie tak dawno spędzało się dzieciństwo, nosi pod swym sercem zaczątek nowego pokolenia. Dziś cieszę się razem z nią i jej lubym.
Zastanawiam się tylko po cichu która z nas, w chwilach największej słabości, byłaby w stanie bardziej zazdrościć tej drugiej. Ja jej – całkowitej życiowej stabilności i tego, że jej życie jest już poukładane, że ma prawie stuprocentową pewność obok kogo obudzi się za dziesięć lat przed odprowadzeniem dziecka (dzieci?) do przedszkola? Czy ona mnie – tej swobody z jaką mogę żyć choćby wyruszając na wakacje gdziekolwiek zapragnę, będąc niezależną od nikogo, nie myśląc o tym, że w domu siedzi facet czekający aż wrócę i wstawię pralkę z jego ciuchami?

K. aż trzy razy zmienił pracę. Dziś twierdzi, że znalazł sposób na swoje życie. Złożył papiery na studia i ma nadzieję, że uda mu się pogodzić pracę z nauką. Kupił auto, co jest jego pierwszym większym sukcesem, z którego ogromnie jest dumny.

A., z którą mocno zakolegowałam się w połowie drugiego roku studiów osiągnęła coś, o czym od dawna marzyła. W związku z tym, perfekcyjnie udając jej menadżera, towarzyszyłam jej w studiu regionalnej telewizji, wysyłając zza kamer pozytywne emocje zmniejszające jej stres podczas nagrania na żywo. A. walczy dalej o swoje marzenia stawiając dalsze kroki w dziedzinie, w której osiągnęła sukces.

A co u mnie? Jakieś gromy z jasnego nieba? Niespodzianki?
Jedynym sukcesem jest fakt, że ponad miesiąc temu moje wykształcenie wskoczyło na poziom: wyższe, a od października zacznę starać się o tytuł magistra. Póki co korzystam z wakacji i zamierzam solidnie wypocząć, choć pogoda jest obecnie nie najlepsza.

Może to i dobrze? Może dzięki temu uda mi się odezwać tu jeszcze w tym roku?

Komety – Bezsenne noce

 

Nowe Jutro

31 gru

O nie! Niech się wali, niech się pali, ale muszę napisać jeszcze krótką notkę na zakończenie roku!

Nie odzywałam się długo, ale póki nie zawidnieje tu oficjalna informacja, że kończę z blogiem, nadal będę dodawać jakieś posty. Z częstotliwością raz na pół roku, ale zawsze! To tak, gdyby znaleźli się jacyś zainteresowani i zaglądający tu.

Pytanie standardowe: jakiś przełom w życiu? Coś, czym musiałabym się podzielić z całym światem?
Odpowiedź standardowa: nie.

We wrześniu byłam na pierwszym weselu osoby z grona moich znajomych. M., o której bardzo dawno temu tu słowem wspomniałam, wyszła za tego jedynego i jest najszczęśliwszą osobą pod słońcem (a przynajmniej tak mówi). Mogę więc stwierdzić, że weszliśmy już w etap, kiedy znajomi nie biorą ślubu dlatego, że „wpadli”, lecz  dlatego, iż zwyczajnie się kochają.
Jako osobę towarzyszącą na weselu wybrałam K. Przewrotny los sprawił, że brat K. miał również ślub i… również tego samego dnia. Mieliśmy udać się na obie uroczystości razem, a w ostateczności poszliśmy na nie bez partnerów. Ale i tak stwierdziliśmy, że najlepiej bawiliśmy się wspólnie na poltrze u M., gdzie co chwilę musieliśmy tłumaczyć rozanielonym gościom, że nie jesteśmy parą, choć „tak ładnie razem wyglądamy”.

We wrześniu wzięłam się za siebie i, korzystając z uroku jeszcze ciepłych dni i wolnego czasu, postanowiłam trochę się rozruszać. Wspólnie z K. co drugi dzień albo jeździliśmy na rowerach, albo chodziliśmy na basen, by porządnie przepłynąć niemałe odległości lub by zwyczajnie posiedzieć w jacuzzi i zaplanować następną rowerową przejażdżkę.

W październiku wróciłam na uczelnię, oficjalnie rozpoczynając piąty semestr. W listopadzie pozwoliłam sobie na krótkie wakacje i wybrałam się nad wietrzne i deszczowe wtedy morze. Po powrocie zakręciłam się jak słoik w wirze nauki, pracy i ogólnego zamieszania… Kolokwia, zbliżająca się wielkimi krokami sesja, a jeszcze większymi – zbliżający się licencjat. Zaczęłam udzielać korepetycji z dojazdem do uczniów, co też zabiera sporo czasu. I w całym tym ferworze nie zdołała mnie nawet złapać jesienna czy zimowa chandra, bo zwyczajnie nie mam na nią czasu ani tym bardziej ochoty; choć pewnie wspaniała pogoda i słoneczne dni też robią swoje.

Teraz trochę odpoczywam i prowadzę nocny tryb życia, zresztą jak zwykle w okresie świąteczno – noworocznym. Podziwiam naszą choinkę – po raz pierwszy w moim życiu jest ona żywa, pachnąca i wysoka aż po sam sufit. Wygląda zjawiskowo.

Jest dobrze, nie narzekam. Staram się dostrzegać we wszystkim tylko i wyłącznie same pozytywy, bo tak jest zdecydowanie łatwiej i przyjemniej.
Czego również i Wam życzę w nadchodzącym Nowym Roku!

LemON – Jutro

 

Czas jak rzeka

11 lip

Przytachałam ze strychu ogromny karton z podręcznikami i zeszytami z czasów gimnazjum oraz podstawówki. Co roku zachowywałam stare książki, by później, w razie wątpliwości czy ewentualnych powtórek, mieć do czego zajrzeć. Łudziłam się też, że kiedy nie będą mi już potrzebne, podręczniki sprzedam znajomym dzieciakom za parę groszy. Niestety, ministertwo edukacji zdążyło zmienić podstawę programową, robiąc mi na złość. Postanowiłam wszystko posegregować (podręczniki i zeszyty na makulaturę, kartkówki i sprawdziany na pamiątkę – „Kochane dzieci, spójrzcie jak kiedyś mama się ładnie uczyła”).

Przeglądając zeszyty sprzed ośmiu czy nawet dziesięciu lat znalazłam kartki z różnymi notatkami i rysunkami, które rysowałyśmy wspólnie z koleżankami. To aż dziwne, ale pamiętałam w jakich sytuacjach i z kim tworzyłam dane arcydzieło; dokładnie tak, jakby to było wczoraj. Coś chwyciło mnie za serducho.

Dziś jestem po drugim roku studiów, za rok o tej samej porze będę miała już licencjat. Powoli zaczynam zastanawiać się czy w ogóle iść na magisterkę, a jeśli tak, to na jaką. A może  w ogóle rozpocząć nowe studia? Mając na karku wiekowe „oczko”, nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Jednak żywię nadzieję, że wkrótce stanę się wspaniałomyślną i znajdę jakieś porządne rozwiązanie.

A moje koleżanki od wspomnianych bazgrołów w zeszycie? Część zaręczona, część już dawno po ślubie z dzieckiem (lub nawet dwoma!) na głowie. Jedna zaczęła studia, druga szuka pracy, bo od ukończenia technikum nie może nic znaleźć… Z większością straciłyśmy kontakt.

Myśląc o tym wszystkim czuję się staro!
To pewnie głupie, zwłaszcza dla starszych ode mnie. Ale mając świadomość, że rozpoczęłam już trzecią dekadę swego życia czuję się dziwnie, a może i nawet niekomfortowo. Zwłaszcza, że bez planu na dalsze lata.

______________________________________________________________________________________________________

Długo mnie tu nie było. Rzeczywiście, moje studia dają ostro w kość. Chciałam napisać kilka słów zaglądającym tu (jesteście tu jeszcze?) i podziękować za troskę czy zaniepokojenie w komentarzach, ale na nowy post nie znalazłam czasu, nawet przy największych chęciach.
Dziś jestem w trakcie praktyk w Mieście Kamienic. Jakimś cudem zaliczyłam sesję i mam wakacje do samego października! – tu pochwalę się, że jestem jedną z nielicznych osób na roku, którym to się udało. Od starszych roczników wiedzieliśmy, że sesja po czwartym semestrze jest najgorszą w trakcie tych studiów, więc od razu nastawiałam się na wrzesień, a nawet na warunek ciągnący się przez cały kolejny semestr. A tu taka miła niespodzianka!

Chociaż z czegoś jestem zadowolona.

 

Dynamicznie, ale stabilnie

25 gru

Po kilkumiesięcznej nieobecności powinnam rozpocząć nową notkę opisując jakieś spektakularne zdarzenie, sytuację czy osobę, które zmieniły przez ten czas mnie i mój świat o 180 stopni i dzięki którym nie miałam chwili, by tu zajrzeć. Dlatego powinno być coś o miłości czy przyjaźni, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba lub o innym przyjemnym zdarzeniu, które miało na mnie diametralny, a przede wszystkim pozytywny wpływ.

Nic z tych rzeczy.

Mówili, że z upływem lat czas biegnie coraz szybciej. Przenajświętsza prawda. Boję się tylko, co będzie dalej skoro życie już nabrało niezłego tempa. Tak oto, mimo szczerych chęci, nie odzywałam się, bo… bo za dużo tego wszystkiego naraz.

Dlatego wspomnę troszkę, co działo się u mnie przez te ostatnie miesiące.

Nie powinnam narzekać na wakacje, mimo że w sumie nigdzie nie wyjechałam, by odpocząć tak, jakbym tego chciała. Góry za daleko, by ktokolwiek był chętny zabarać się ze mną do pięknego Zakopanego. Morze zbyt banalne, by tracić na nie pieniądze, których i tak nie mam… Dlatego ciągle podróżowałam między swoją miejscowością a miastem, w którym studiuję.
W tym wolnym czasie miałam okazję poznać miejsca, na których zwiedzenie czy nawet zapoznanie nie było czasu w trakcie roku akademickiego. Spędziłam bardzo udany tydzień z S., z którą przejeżdżałyśmy na rowerach Miasto Kamienic z północy na południe i z zachodu na wschód kilka razy. Byłam na dwóch castingach (żeby móc opowiadać wnukom), gdzie z jednego wyłonili mnie do zagrania w filmie, który wejdzie na ekrany kin po Nowym Roku (tylko nie pytajcie o tytuł). Zwykłe statystowanie – całkiem możliwe, że nawet nie załapałam się w kadrze. Jednak uważam to za świetne przeżycie i wiem już jak wygląda praca na planie – cholernie trudno i wyczerpująco.
Byłam też na koncertach dwóch skrajnych muzycznie i światopoglądowo zespołów, gdzie nawet udało mi się poznać wokalistę jednego z nich i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Później namiętnie(!) oglądałam jeden z kiczowatych programów telewizyjnych, w którym ów pan brał udział. Nawet byłam bliska wysłania na niego SMSa przez sympatię jaką zaczęłam do niego żywić po krótkiej rozmowie, ale resztkami rozumu zdołałam się opamiętać.
Co jeszcze działo się w wakacje – nie pamiętam. Chyba już nic nadzwyczajnego, co nie zostało w mej pamięci.
Poza tym – tęsknie za latem. Dziś uszczęśliwia mnie tylko fakt, że przyszła zima (która na szczęście wygląda jak nie-zima) i dni będą teraz coraz dłuższe. Zejdzie ze mną chandra wywołana szybką szarugą i ciemnością za oknami.

Nowy rok akademicki.
Na pierwszym roku mówili nam: wybraliście sobie najtrudniejszy kierunek jaki istnieje. Trudniejszy nawet od medycyny (?). Słysząc te słowa – płakaliśmy ze śmiechu. Na drugim roku również płaczemy, ale tym razem z braku czasu, nadmiaru pracy i bezsilności, bo materiału do nauczenia jest w pip i jeszcze trochę. Profesorowie rok temu mieli rację i jeszcze próbowali nas nawrócić. Niestety, w stałym, pierwszorocznym składzie, wspólnie przechodzimy przez męki i katusze drugiego roku.
Jednak mogę dodać, że uwielbiam biochemię i wcale nie jest to sarkazm (ci, co mieli z nią styczność wiedzą, co mam na myśli). Genialnie jest znać cały proces biochemiczny oddychania komórkowego wraz ze wszystkimi biorącymi w nim udział enzymami oraz pozostałe szlaki: pentozofosforanowe, glikolityczne, liposyntetyczne i takie tam… W sumie nie wiem na dzień dzisiejszy jaki jest cel mojej znajomości owego materiału, ale szczerze cieszę się, że to umiem i nawet, trochę po cichu, jestem z siebie dumna. Humanistka z cyklem kwasu cytrynowego w małym paluszku. Fajna jestem, no!
Oczywiście przechodziłam kryzysy. Do połowy listopada myślałam (wraz z większą ekipią), że może trzeba rzucić to wszystko w cholerę. Ale to była kwestia przyzwyczajenia i wdrożenia się w nowy rytm dobowy: uczelnia – nauka – sen i nic więcej, z dość częstą eliminacją snu w ciągu dnia. Przykre jednak stało się mechaniczne życie: byle do piątku, byle do świąt, byle do sesji… Dziś jest wszystko w porządku i czas myśleć o nieubłaganie zbliżających się egzaminach.

K. pięknie zdał maturę, dostał się na wymarzone studia, zrezygnował ze studiów, załapał się do jakiejś pracy, po Nowym Roku wybiera się do nowej i jest zadowolony. Trochę go podziwiam – był zdeterminowany i pewien tego kierunku, jednak po dość krótkiej chwili potrafił podjąć odważną decyzję: nie, to nie to. Ja chyba bym się trochę bała… Ale niech wiedzie mu się najlepiej!

Hm… to chyba tyle u mnie. Jak widać – nic nowego poza faktem, że nie mam czasu praktycznie na nic. Chociaż teraz, w te dni mogę trochę usiąść i się odmóżdżyć. Mam pod sobą dzieci i robię za etatową ciocię. Nie mam pojęcia jak sprawdzam się w tej roli, jednak włączają mi się pewne instynkty i obawiam się, że szybko się ich nie wyzbędę. No, ale to chyba dobrze. 

Życzę Wam wszystkiego dobrego z okazji świąt i nadchodzącego 2015 roku. I, jak to często mówi mój znajomy, keep smiling!

Etatowa ciocia,
S. Dziewczyna

 

W lustrze

12 sie

Przeglądam się w lustrze.

Jestem opalona. Tak niesamowicie i intensywnie, aż nie mogę uwierzyć, że to moje odbicie. Moje ciało tworzy piękny kontrast z białą bielizną tak, że postanawiam nosić do końca wakacji tylko jasne ubrania. Spoglądam na siebie od stóp do głów. Włosy krótkie, ścięte w czerwcu na Natalie Portman w „Leonie Zawodowcu”, zaraz dosięgną karku. Ramiona i uda całkiem zgrabne od okolicznościowego pływania. Talia mogłaby być bardziej wcięta, ale nie jest źle. Piersi małe, co w sumie lubię tylko latem, kiedy paraduję w samej koszulce, a przez resztę roku przykrywam push-up’em – takie tam małe oszustwo. I cholernie zgrabne nogi. Te, które przez jedenaście miesięcy w ciągu roku chowam pod spodniami, bo spódniczki/sukienki toleruję tylko w towarzystwie szpilek, obcasów, koturnów czy innych „podwyższeń”, których obługiwać na ogół nie potrafię.

W zasadzie… fajna ze mnie dziewczyna.

Moje metr pięćdziesiąt osiem utwierdza mnie ciągle, że w oczach innych wyglądam jak dziecko. Nic bardziej mylnego. W kieszeni trzymam dowód, kiedy wybieram się z moim K. na piwo lub kupuję spirytus do nalewki domowej roboty. Jak się za każdym razem okazuje – niepotrzebnie go ze sobą dźwigam. Kompletny szok przeżyłam kilka dni temu, kiedy dwie obce, wyższe ode mnie dziewczyny z pogranicza gimnazjum i liceum mówiły do mnie per pani. Może to tylko zwykła uprzejmość, jednak zrobiło mi się strasznie… dziwnie, żeby nie powiedzieć przykro.
Starzeję się?
Z drugiej strony zauważam sekretne spojrzenia mężczyzn. Patrzą kątem oka tu i tam i myślą, że tego nie widzę. Zawsze mnie to bawi. Nawet jeśli tego nie widać, to my kobiety i tak to wyczujemy! Taka mała wskazówka dla panów. Sytuacja całkiem przyjemna, choć i tak traktuję ją z przymrużeniem oka. Jak, przypuszczam, większość kobiet.

Znów spędziłam dłuższy czas w swym akademickim mieście, w Mieście Kamienic. Odwiedziłam moje Dobre Słowo, z którym stęskniliśmy się za sobą niemiłosiernie. I zrobiło mi się głupio, bo teraz to ode mnie wymagane było dobre słowo, rada, wskazówka. Nie było mnie stać na nic innego jak na „wszystko będzie dobrze”, które mało kiedy pomaga. Ale, jak to się już utarło, „jesteśmy w kontakcie” i mamy nadzieję, że nasze problemy czy zmartwienia wkrótce się rozpłyną i przy następnej kawie będziemy się z tego wszystkiego głośno śmiać.
Dużo czasu spędziłam z S., która również się przede mną mocno otworzyła oraz posłużyła ramieniem, gdy to ja zaczęłąm ubolewać. „Fajna z ciebie dziewczyna, mądra i dobra” – usłyszałam wraz z życzeniami szczęścia.

Skoro jestem jaka jestem – dobra i przypieczona słońcem – a przede wszystkim w miarę znośna, dlaczego jeszcze nie trafiłam na miłość, której bardzo mi brakuje? Cholernie źle mi samej ze sobą.

Przeglądam się w lustrze i drapię się po głowie.

 

Skaczemy!

11 lip

Pierwsze dni wakacji zrujnowały wszystkim plany, a mnie dodatkowo utwierdziły w przekonaniu, że świat jest beznadziejny, a ja wraz z nim. Szare chmury wisiały nad głowami, deszcz niemiłosiernie zalewał wszystkim piwnice, a Smutna Dziewczyna leżała całymi dniami pod kocem, przytłoczona nadmiarem niepotrzebnych myśli i śmiała się gorzko, że jest w całkiem niezłej komitywie z naturą, która płacze jej do wtóru.

Przyszły upały.
Tak być nie będzie! – zagroziłam sobie palcem i zwlekłam się z łóżka.
Ogarnęłam dość szybko rower po minionej zimie (szybko, bo nie pod koniec sierpnia, jak to mam w zwyczaju) i ruszyłam na jednośladowe wycieczki. Niezbyt daleko, bo kondycja jeszcze nie ta, ale za to w miłym towarzystwie – nie ma jak mama!

Wsiadłam też w pociąg i poznałam nowe miejsca w mym akademickim mieście, na co nie miałam nigdy czasu od nadmiaru nauki. Umówiłam się z dobrą S. z roku, z którą mam teraz najlepszy kontakt i poszłyśmy na wieeelkie lody. To nic, że po drodze się rozpadało i wyglądałyśmy jak przemoknięte kury. S., najbardziej szalona dziewczyna jaką znam, wciągnęła mnie w ogromne kałuże i zaczęła w nich skakać, nad czym ubolewałam ja, moje sandałki obklejone jeszcze (!) cekinkami, a przede wszystkim białe, kwieciste spodnie, teraz umorusane błotem przed pierwszym jeszcze praniem… Wróciłam do domu.

Czytam książkę. Jakieś babskie czytadło. Oczywiście, akcja znana od początku do końca, typowa dla wszystkich współczesnych historyjek romantycznych w polskim wydaniu: kobieta porzucona przez mężczyznę, który zdradzał ją od lat, spotyka nowego faceta (lub dawną wielką miłość z liceum) i odkrywa, że to jest to, że muszą być razem, że teraz już będzie pięknie. Oklepane, jak ciasto na pierogi.
Wiem, że po wielu przejściach (jestem w połowie) będzie happy end. Książka jak książka – łatwo przewidywalna. Historia znana na pamięć niczym „Nigdy w życiu” Grocholi, z moją ukochaną Stenką w roli głównej, w wersji kinowej.
Jednak czytając takie głupoty stwierdzam, że moje życie jest cholernie nudne, nic się nie dzieje. Z drugiej zaś strony latam jak motyl z nadzieją, że moja przyszłość będzie również na tyle piękna, bym mogła stać się główną bohaterką jakiegoś babskiego bestselleru, we własnej świadomości – dla siebie samej. Oczywiście, odrzucając wizję rozstań, zdrad czy innych życiowych katastrof. Tak więc (wiem, tak nie zaczynamy zdania…) fruwam pod sufitem z nadzieją, że będę szczęśliwa.

Jakoś tak mi lepiej.
Nie ma co się poddawać, nawet w obliczu największych rozterek.
Oby ten czas utrzymał się jak najdłużej!

Coma – Skaczemy

 

…przede mną siódme niebo

25 maj

W zeszłym tygodniu stuknęła mi dwudziestka. Już nie jestem nastolatką: w rubryce „wiek” jedynka z przodu dokądś uciekła, ustępując miejsca dwójce.

Urodziny wyprawiłyśmy razem z mamą w dzień jej święta, a na kilka dni przed moim. Zjechała się cała najbliższa rodzina. Było zabawnie, ale i męcząco, ponieważ jako ciotka i matka chrzestna musiałam mieć oko na dzieciaczki, co chyba nie wychodzi mi najlepiej. Urodzinowy wieczór spędziłam z domownikami oraz z K. nad kawałkiem pizzy i przy kieliszku wina, które mama ostatnio przywiozła prosto z Włoch. Przesiedzieliśmy z K. do późnej nocy rozmawiając o wszystkim, co dla nas istotne, bo języki same się rozplątały od nadmiaru wina. Dziwi mnie spokój mojego K. Młodszy o półtora roku, jest w trakcie matur i całą tę sytuację przyjmuje ze spokojem na klatę. Co prawda, K. jest bardzo dobrym uczniem i w zasadzie nie powinien się niczym martwić, ale ja jednak rok temu, będąc na jego miejscu, denerwowałam się do samego końca. Ale postawa K. jest bardzo dobra – stres jest zbędny! A chłopakowi niech wiedzie się jak najlepiej!

 - Dwadzieścia, dwadzieścia… – cedził K. przez zęby, wgapiając się we mnie swymi rozognionymi oczami. – Jak to poważnie brzmi! – uśmiechnął się, chcąc mi żartobliwie dogryźć.
- Masz rację – stwierdziłam i zapadła swego rodzaju nostalgiczna cisza.

Przez następnych dziesięć lat powinnam skończyć studia, znaleźć odpowiednią dla siebie pracę, poznać wspaniałego męża, urodzić mu pierwsze dziecko i spełnić wszystkie te marzenia, na które będę miała ochotę. Wtedy być może dostanę skrzydeł i będę jedną z najszczęśliwszych osób na świecie.
Niby tak niewiele, a jednak wątpie, by dziesięć lat starczyło na te wszystkie cele.

Wstałam rano i, spoglądając w lustro przed myciem zębów, po raz pierwszy w życiu nie mogłam siebie poznać. Twarz napuchnięta, oczy czerwone – ledwo otwarte, skóra szara, włosy w nieładzie… To był dzień moich urodzin. „A więc teraz już tak będzie?” – pomyślałam, bezradnie uśmiechając się do swego dwudziestoletniego odbicia.
Ostatnio miałam dużo pracy; mój dzień trwał prawie dwadzieścia godzin, chodziłam zmęczona i trochę już nie ogarniałam, co działo się wokół mnie. Pewnie dlatego tak wyglądałam tamtego ranka – w końcu znów miałam za sobą zarwaną noc. Teraz mogę pozwolić sobie na chwilę odpoczynku – wyglądam o wiele lepiej niż wtedy. Chyba…

Dzień urodzin był tylko chwilą nostalgii i snucia planów. Teraz dwudziestka żyje obok mnie, jakby jej nie było. W końcu to nic spektakularnego – kolejny rok do przodu. Zaczął się w miarę dobrze, a nawet obiecująco: w jednej z książek wydrukowali kilka moich wierszy.
Jednak nadal nie wiem, co będzie jutro i nie mogę się do końca zdecydować: czy cieszyć się z tej niewiedzy czy może niekoniecznie…

Dwudziestolatki

 
 

  • RSS