RSS
 

Notki z tagiem ‘praca’

O pieniądzach, których brak

05 gru

Mówią, że Polska upada. Po całej linii. Gospodarczo, ekonomicznie, politycznie i w każdy inny sposób, w jaki tylko może. Ach, co za wspaniały uniwersalizm! Nie zamierzam zagłębiać się w jakieś wzniosłe spostrzeżenia czy wnioski, bo niezbyt orientuję się w temacie. Podzielę się tylko tym, co sama widzę w swoim otoczeniu, przede wszystkim w szkole.

Niby kryzys kryzysem, ale czy aby na pewno?

Sytuacja nr 1.
Siedzimy rano pod klasą, czekamy na lekcje. Ludzie powoli się schodzą. Jest chłodno, ciemno, rozespanie… Nagle atmosferę rozkręca kumpel, który zaczyna się chwalić minionym popołudniem.
Poprzedniego dnia siedział w domu i mozolnie uczył się biologii. Była z nim mama, która zmęczona po swej ciężkiej pracy (wcale nie jakiejś dobrej) opiekowała się swą dwuletnią córką. Do domu wpadł ojciec i poprosił, by wszyscy pilnie wyszli na zewnątrz. W trybie natychmiastowym. Co się dzieje? Kolega wymienił tylko pytające spojrzenia z matką, wziął siostrę pod pachę i wyszli na podwórko.
Na podwórku stał nowy samochód. Nie wiem jaka marka – nie znam się… Kto by je wszystkie spamiętał? Autko całkiem fajne, z różnymi gadżetami, nowinkami i innymi bajerami, które zakręcą facetowi – automaniakowi w głowie. „Ojciec, co to za bryka?” - spytał pierworodny. Okazało się, że tatuś zrobił mamusi prezent i kupił jej samochód. Kwiaty są zbyt banalne. Wspomnę tylko, że ojciec ma swoją furę, matka też już jakąś miała, kumpel – oczywiście też. W zeszłym roku w ogrodzie wymurowali sobie basen.
- Łee, nieźle. Przyjedź nim jutro do szkoły!
- Dobra.
Przyjechał. Nie zagłębiałam się w temat. Pamiętam tylko, że ludzie chodzili przez cały dzień jak nakręceni widząc owe auto i ustalali kolejkę, kogo by kumpel miał odwieźć do domu.

Sytaucja nr 2.
W połowie listopada inny kumpel zdał prawko. Z racji tej, że starszy brat dostał od rodziców samochód – młodszy również został obdarowany. Od szkoły mieszka daleko, jakieś 30 km.
- Hm… pewnie dużo kasy wydajesz na benzynkę, co? – pytam.
- Ja? – zaśmiał się. – Rodzice wszystko fundują.
Fundują wszystko. Utrzymanie jednego samochodu, drugiego, swego własnego (kto wie, czy tylko jednego?) oraz utrzymują pierworodnego, który studiuje gdzieś na drugim końcu Polski.

Sytuacja nr 3.
– Mam wolną chatę! Zapraszam na imprezę!
- Stary, co się stało?
- Rodzice polecieli na Bahamy.
- O, to jak długo możemy balować?
- Całe dwa tygodnie!

Sytuacja nr 4.
Nauczyciele są taaacy biedni! Spędzają tak dużo czasu w szkole, użerają się z niewychowaną młodzieżą. Pracują najgorzej pod słońcem oraz najgorzej zarabiają. Tiaa… Po pierwsze – który inny zawód zapewni dwumiesięczny urlop?  Po drugie - a korepetycje? O, tu się można ładnie dorobić.
Godzinka typowych korków z chemii, na które chodzi połowa mojej klasy wynosi 50 zł. Ale tylko pod warunkiem, że dokoptujesz sobie kogoś do pary. Indywidualnie pewnie 100 zł. Ale jakby nie patrzeć, jedna para zapewnia stówkę w godzinę. Załóżmy, że taki oto typowy nauczyciel – korepetytor ma 10 takich par w tygodniu. Dodatkowe 1000 zł w przeciągu tygodnia, 4000 zł miesięcznie + stałe wynagrodzenie. Dwa miesiące wakacji. Nie! Nauczyciele są biedni jak myszy kościelne,  o tak! Z całą pewnością.

Okiem ucznia.
Słucham tych lamentów w szkole. „Wyobrażasz sobie? Chemia, angielski, matematyka, fizyka… Ile na to idzie kasy?”. Tak, pieniędzy idzie od cholery, ale z drugiej strony porównując działania pozaszkolne typu: kupienie kosmetyków, ciuchów przez Internet (+ koszt przesyłki), alkoholu i papierosów (uwielbiam cię, Młodzieży Uzależniona!), najnowszych gadżetów - bo trzeba je koniecznie mieć! - okazuje się, że płacą niewiele mniej niż za te wszystkie korki, repetytoria czy inne pomoce przedmaturalne.

Jaki kryzys? Gdzie kryzys? W którym miejscu?!

Gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Ja mam wyrzuty sumienia, że ciągnę kasę od rodziców. W szkole co chwilę coś – ubezpieczenia, teatry, lekcje w kinie, składki na klasowe, na hodowlę rybek, na ryzy papieru, na wycieczki… Nowe ciuchy nie są potrzebne, kosmetyków używam niewiele (krem antytrądzikowy – mam ogromne wymagania), uzależnieniem jest jedynie kawa, bez której jednak nadal potrafię żyć i to wszystko. Samochodu nie mam i mieć nie chcę. Nowości techniki też nie chcę – nawet nie potrafię posługiwać się dotykowym telefonem czy chociażby rozróżnić te wszystkie ajpody, ajpady, trele – morele…

Ale pieniędze i tak uciekają. Wszędzie dojeżdżam, ostatnio podróżuję coraz dalej i częściej; kurs prawa jazdy też nie najtańszy, nie wspominając o milionach egzaminów, bo to byłoby zbyt piękne, żeby zdać za pierwszym razem (+ jazdy doszkalające)… Zupełnym fenomenem jest studniówka! Płacimy za wszystko – za rezerwację sali, za wynajem sali, za rezerwację zespołu muzycznego i za jego grę, za jedzenie, za fotografa, za kamerzystę, za osobę towrzyszącą. W dodatku my, dziewczyny, musimy kupić sukienkę, którą i tak założymy raz w życiu (przynajmniej ja i to jeszcze z wielką niechęcią), buty, jakąś biżuterię… „Przydałby się jeszcze fryzjer, kosmetyczka i wizyta w solarium. W końcu jak ja się pokażę w środku stycznia cała blada?” – słucham tych problemów i załamuję ręce. Dodatkowo trzeba wliczyć koszty podróży do miast oddalonych ponad 200 km od naszego. Dlaczego? „Sukienka nie może pochodzić z naszego miasta, bo jak spotkam jakąś dziewczynę na studniówce w takiej samej kiecce, to chyba zapadnę się pod ziemię!”. No, ewentualnie zostaje kupno przez internet.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby oczywiście zostanie z tyłkiem w domu. Zastanawiam się nad tym bardzo intensywnie…

Spotkaj się ze starymi znajomymi! Idź na kawę, na ciacho, do kina, kup to, co Ci się spodoba albo to, czego będziesz pilnie potrzebować. Idź na koncert ulubionego zespołu, który gra w Twojej okolicy raz na trzy lata.  Miej 18 lat, nie zarabiaj - miej pieniądze na wszystko!

Kasa leci. Za chwilę trzeba będzie wpłacić wpisowe na uczelnie, a potem utrzymać się na tych cholernych studiach w obcym mieście. Bez pracy, bez zarabiania pieniędzy, bo kiedy na to czas (oczywiście, myślę o st. dziennych)?
Łapię się za głowę…

————————————————————————————————————————————————-

Notka chaotyczna, z której można wywnioskować, że nie zdałam prawka. Chciałam jeszcze napisać, co u mnie, ale nie chcę zanudzać. Jeszcze opłakałabym i obsmarkała klawiaturę, bo jest ciężko, źle, okropnie, ohydnie i… brakuje mi już sił.

 

„Zastrzeliłem się październikiem w łeb…”

06 paź

Jeśli faktycznie kiedykolwiek nastąpi koniec świata – będzie to w październiku.

Nie lubię października. Można by powiedzieć, że przecież to uroczy miesiąc – piękna, złota polska jesień… Dla mnie jest to czas pogranicza. Gdzieś daleko ucieka wakacyjne, ostatnie letnie szczęście ustępując miejsca codziennej szarudze pełnej monotonii, prawie że smutku. Pogoda się psuje – deszcz pada i skazuje na wyrzuty typu: dlaczego, do cholery, nie wzięłam parasolki?! Słońce wędruje nad ziemią coraz niżej. Słupek rtęci w termometrze opada. Obwiązuję się szalikiem, coraz częściej myślę o rękawiczkach, coraz poważniej – o czapce. Jestem strasznym zmarzluchem i już 5 stopni przyprawia mnie o dreszcze…

Październik to też czas nostalgii i melancholii. Dwa lata temu o tej porze umierała moja Babcia, a wraz z nią jakaś cząstka mnie. Ogromna cząstka mnie. Zrobiło się trudno i ciężko. Były to smutne dni, których nieprzyjemna aura towarzyszy mi od tygodnia. Czuję się tak, jak wtedy. Coś we mnie siedzi, coś wisi w powietrzu. Przeczuwam coś złego. Wewnątrz mnie siedzi kopiące dziecko, które porusza się niemiłosiernie i nie daje mi spokojnie trwać oraz karmi się moimi obawami, dyskomfortem i złym przeczuciem. Rośnie i wymaga coraz więcej pożywki. Czuję się okropnie…

Fizycznie też nie jest lepiej. Przeziębienie od dwóch tygodni nie daje mi spokoju, łamie w kościach, nie pozwala szybko iść, szybko działać… A może to znak, żeby nieco przystopować? Ale jak, skoro w szkole nie mogę nawet złapać oddechu? Skoro w weekendy przesypiam każdy wolny skrawek czasu zamiast poświęcić go na coś owocnego, na naukę, na nadrobienie zaległości? A w moim przypadku równanie: sen = odpoczynek jest równaniem sprzecznym. Spotykam ludzi, z którymi nawet nie mam ochoty minąć się niezauważalnie na ulicy. Dwa spotkania z Pięknym w ciągu jednego tygodnia – apogeum nieszczęścia. Wydaje się śmieszne, skoro w innych okolicznościach nie widzimy się przez cztery miesięce albo i dłużej… Czekam na mojego Koksa – przyjeżdża pan Heniek. Po miesięcznej przerwie znów nie potrafimy się dogadać - masa nieporozumień. Jest jeszcze wielu innych ludzi, na których nawet nie mam ochoty spojrzeć, a muszę z nimi współpracować, działać, udawać, że wszystko gra…

No i mam ten swój piękny kryzys, za którym tęskniłam pod koniec sierpnia. Natłok zdarzeń i nadmiar pracy powodują, że staję się nieczuła, obojętna, zimna, bez serca. Przez najbliższy czas nic mnie nie zdziwi, nic mną nie poruszy. Nicość mnie pochłonie…

Coma – System

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii O mnie

 

Gazu, Zuza! Gazu! cz.2

30 wrz

Wieczorem usiadłam z kubkiem gorącej kawy i przemyślałam parę spraw. Może to nie z nim jest problem, tylko ze mną? Postanowiłam zmienić nastwienie i dać gościowi drugą szansę…
Przeprowadziłam małe, tajne śledztwo. Faktycznie, część ludzi bardzo się skarżyła na mojego Hardcorowego, ale też z drugiej strony niemała grupa była zadowolona ze współpracy. Przypomniała mi się nawet koleżanka, która polecała mi tę autoszkołę, bo jeździła z Koksem i „było świetnie, więc zdałam za pierwszym razem! I moje koleżanki, wychodząc spod jego ręki, też!”.
Skoro inni są zadowoleni – ja też mogę być.

Może ja do tego wszystkiego źle podchodzę? Może powinnam być bardziej na luzie? Chilloucik? Jak to ważna, życiowa maksyma mówi: miej wyje*ane, a będzie ci dane? Jestem zbyt sceptyczna. Facecik jedzie mi tu z głupim tekstem – powinnam odwdzięczyć mu się tym samym: zażartować, uśmiechnąć się i w sumie mieć gdzieś fakt, że to godzi w moje wrażliwe, odrobinkę kobiece uczucia.
Postanowiłam śmiać się z każdego jego słowa. Śmieszka – chichotka, głupia dziewczynka, nawijająca cały czas o nieistotnych i nieżyciowych głupotach. Denerwowało mnie jedynie to, że będę musiała udawać kogoś innego, wcielić się w rolę i bawić się w szczęśliwą nawet w dzień życiowego buntu i smutku, kiedy wkurza mnie choćby tykanie zegarka.

Wsiadłam do auta. Miałam o tyle dużo szczęścia, że akurat był mój dobry dzień. A w takich chwilach wpadam w niezły trans, w przejściowe szczęścio-wariactwo, mówię o wszystkim – nieskładnie, nie po polsku, jąkając się, rozkojarzając… Krótko podsumowując – jakbym była po zażyciu jakiegoś wspaniałego opium.
 - Zmieniam nastawienie – mówię, szczerząc się od ucha do ucha jak głupia do sera, patrząc się na Koksa, szukając u niego zrozumienia i jego oczu spod przeciwsłonecznych okularów (co z tego, że było pochmurno?). Nie zrozumiał, dopytuje się o szczegóły.
Wyjaśniam. Z początku tajemniczo, z czasem się rozkręcam. Przedstawiam swój poglad na świat: pesymizm, dekadentyzm, ogólne obawy, brak wiary w świat, beznadzieję każdego czynu. Dodaję kilka wątków filozoficznych, troszkę wszystko wyolbrzymiam, jąkam się… „Trzeba to zmienić” – kończę moją przemowę z szerokim uśmiechem, zastanawiając się – po co ja ci to w ogóle mówię? Patrzę na Koksa. Zrozumiał. Dało mu to do myślenia. Ściągnął okulary. Ruszyliśmy.
Swoją drogą przypadek mojej egzystencji i życiowych poglądów musi być faktycznie beznadziejny, skoro tak potrafi chwycić za serce obcego faceta.

Bo Koksa chwyciło.
Pomagał, opowiadał, radził, w razie potrzeby rozrysowywał. Spuszczał powoli z tonu. Oczywiście, przy pojawiających się błędach nadal ochrzaniał, ale zauważyłam, że taki ma już sposób bycia i nauczania. Wskazówki, jakie mi dawał bardzo mi pomagały. Fajka – bezbłędna. Manewry na ulicy – piękne. Jego wyrywkowe pytania z teorii – moje poprawne odpowiedzi… Rozkręcaliśmy się powoli. Rozmawialiśmy. W pewnym momencie Hardcorowy zaczął nawet sypać dowcipami, co mnie bardzo zadziwiło. Tym bardziej, że jego dowcipy były zabawne i naprawdę smaczne. Sam z siebie przedłużył mi też jazdę z dwóch do trzech godzin, bo „tak dobrze mi się z tobą jeździ”.

Następnym razem troszkę się zdenerwowałam. Nie miałam humoru, więc i ochoty na udawanie pokręconej nastolatki też nie. Na szczęście nie musiałam się w nią wcielać. Byłam sobą, Koksu był sobą. Było dobrze, jeździło się fantastycznie.

Za każdym razem potrafię go nieźle zdziwić. Diametralnie zmienił do mnie stosunek, kiedy dowiedział sie, że aspiruję na medycynę. Gdy podzieliłam się z nim moim tematem na ustny polski również zmarszczył czoło w akcie wielkiego zdziwienia. Ocenił: ambitnie. Nie wiem dlaczego, mój temat  jest banalny; ale w porównaniu do pracy jego syna może być faktycznie czymś godnym podziwu…

Wjeżdżamy na rondo, z którym zawsze mam problem. Zatrzymuję się, choć mogłabym jechać. „Gazu, Zuza! Gazu!” – woła Hardcorowy. Ale że kto? Że co? Że ja? Przecież ja nie Zuza! Stoimy więc dalej…
Ale mów do ręki. Mam dziwne imię. Za długie. Nawet nie da się go normalnie wypowiedzieć… Tak twierdzi Koksu. Nie wiem, w czym problem. Moje imię jest tradycyjne, starodawne, jednak rzadko spotykane wśród osiemnastoletnich i młodszych dziewcząt. Szanowna wyszukiwarka Google nie wynajduje żadnej znanej kobiety w Polsce o tym imieniu… Ale za to jego męski odpowiednik jest znany wszystkim, choćby pod postacią najlepszego polskiego aktora czy ważnej osobistości muzycznej… No ale nic. Ochrzczono mnie „Zuzą”. Możecie mi tak mówić.
A Koksu wygląda jak Koksu, bo za swych pięknych młodych lat należał do policji, więc musiał odstraszać posturą złodziejaszków i innych takich…

Przewieźliśmy pół miasta – do pracy, do domu, do sklepu… CPN odwiedziliśmy jeszcze z milion razy „na siku”, ale przymrużyłam na to oko. Jest przyjemnie i miło. Polubiłam Koksa. Szkoda, że dopiero teraz, kiedy pozostały mi cztery godziny do końca kursu. A o egzaminie nawet nie myślę…

Pozdrawiam i życzę miłego tygodnia,
Zuza

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii O mnie

 

Teoria weekendowa

18 wrz

„Weekend powinien trwać conajmniej trzy dni albo w ogóle”. Teoria stworzona po ciężkim poniedziałku, kiedy to zazwyczaj pracuję w kopalni…

Coma – Zbyszek

 

Nie moje czasy

18 lip

Powinnam urodzić się 40 lat temu. A może i wcześniej. Źle czuję się w obecnym świecie. Jestem konserwatystką, sceptykiem, filozofem od siedmiu boleści – trudno przekonać mnie do nowości, wielkie rewolucje nie są dla mnie…

…notebook, palmtop, laptop…

…iPhone, iPod, iPad i inne „aje”…

…tablet, smartfon, PC, CD, DVD, PS, PS 2, PS 3… Mp2, Mp3, Mp4, Mp…

Co może wspominać na starość moje pokolenie? Siedzenie przed komputerem lub telewizorem, czy innymi powyższymi, dla mnie nic nie różniącymi się/znaczącymi rzeczami? Denerwuje mnie człowiek, który siedzi wieczorami przed komuterem zamiast z rodziną; który nie chodzi wspólnie z rodziną do kościoła ani na długie spacery; który nie poznaje świata, natury; który nie ma czasu na odpoczynek; który zatraca szacunek zarówno w sferze sacrum jak  i profanum; dla którego liczą się pieniądze, sukces, technologia, najnowsze gadżety (trzeba je mieć!), który… Mogę wyliczać w nieskończoność.

Chciałabym czekać na jakiś ważny list, na telefon raz na tydzień, na muzykę z płyt winylowych czy najprostszych kaset… Chciałabym nawet stać w skelpie kilka godzin w długiej kolejce ludzi, którzy trzymają  drogocenne kartki w ręku i czekają na upragniony towar… Chciałabym nosić ogromne fryzury i  kolorowe swetry z lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, posiedzieć z rodziną i wspólnie zagrać w karty lub scrable, słuchać „tamtej” muzyki w gronie znajomych, którzy są również jej fanami, grać w gry video, spalić papierosa raz, od wielkiego dzwonu ze strachem w oczach, by rodzic mnie nie przyłapał, wychodzić ze znajomymi, zacieśniać kontakty, bez grama alkoholu, bez tony wyuzdania, bez chorej konkurencji…

Gnamy do przodu. Za sławą, za pieniądzem. Wszyscy jesteśmy tacy sami, jak roboty. Choć garstka z nas sprzeciwia się temu choremu systemowi – nie możemy zrobić nic, jak wbić się w tłum w drogich garniturach czy w najlepszych obcasach od Armaniego czy innej cholery i gonić za wyimaginowanym szczęściem.  A póżniej? Później pozostanie nam wspomniać tę ciągłą pogoń i liczyć jej owoce na palcach jednej ręki… W innym przypadku, zachowując pewną autonomię,  wyginęlibyśmy jak dinozaury – szybko i na zawsze.

Im jestem strasza, tym szerzej otwierają mi się oczy.

Strachy na lachy – Chory na wszystko

 

 

Studiów wybór trudny…

04 lip

Siedzę w domu uziemiona… Pilnuję majstrów, którzy od dwóch bitych miesięcy remontują mi kuchnię i łazienkę. Skończyła się kawa, więc sączę kakao, przypominając sobie czasy beztroskiego dzieciństwa… Za oknem szaro i mokro, po nocnych nawałnicach, którze przechodzą nad moimi okolicami od ładnego już czasu. Muszę wymyślić jakiś ciekawy wyjazd i wyrwać się z tej nudy. Dopiero trzeci dzień wakacji, a ja… już mam ich dość (nie bijcie!). Czytam zaległe książki, skaczę po kanałach i blogach, słucham piosenek, które znam już na pamięć i mam ich dość, chodzę tu i tam, odbijam się jak piłka od ścian, czasem dla urozmaicenia – od sufitu…

Wczoraj odwiedziłam koleżankę, Melę, która (szczęściara!) zdała bardzo ładnie matury, co było dla mnie nie lada zdziwiniem, gdyż Mela uczennicą tylko przeciętną zawsze była. No, ale znając już prawie na pamięć tegoroczne arkusze z przedmiotów obowiązkowych, wcale się nie dziwię, że tak dobrze jej poszło. Znając też moje szczęście,  z pewnością trafią mi się arkusze o horrendalnym poziomie, któremu nie podołam… Ale nie o tym chcę pisać.

Jestem osobą niezdecydowaną, co jest najokropniejszą cechą, jaka może się człowiekowi przydarzyć. Dlatego wszystko, co mnie czeka, musi być solidnie, milion pięścet razy przemyślane z piętnastoletnim wyprzedzeniem…

STUDIA. Myślę o nich od dawna. Siedząc na biol-chemie (choć jestem humanistką) chcę iść na medycynę lub stomatologię. Ok, może nie od razu, że chcę, ale po cichu marzę. Znam swoje możliwości i wiem, że po przebytych kilku próbnych maturach z biologii i chemii o medycynie i stomie nie mam nawet na razie co śnić. No… ewentualnie   o techniku dentystycznym, ale tam trzeba mieć niezłe zdolności plastyczne, ktrórych u mnie brak… Ale nie o mnie tu mowa miała być. Wątpliwościami w sprawie mojego pójścia na studia jeszcze pewnie nie raz się tu podzielę…

Jest lipiec. Mela nie wie jaki kierunek wybrać. Jest po mat – geo. Cały czas mówiła coś o geografii czy nawet o gospodarce wodnej, po to, by w styczniu oznajmić mi, że idzie na logistykę. Spytałam, o co chodzi w logistyce, ale w odpowiedzi ujrzałam wzruszenie ramionami i zakłopotaną minę. Miesiąc temu wymyśliła pielęgniarstwo. Wczoraj bezpieczeństwo publiczne/narodowe. Zastanawiam się, co jeszcze wymyśli…

Czy tak naprawdę o to chodzi? Iść na studia tylko po to, by móc powiedzieć: jestem na studiach, będę miał wyższe wykształcenie, będę zarabiać kupę kasy, ale… tak nawiasem mówiąc… nie mam polotu do tej roboty, a nawet mam problem z jej znalezieniem! ? Chyba nie. Zastanawiam się nad studiami od czasów gimnazjum. Wiem, że to decyzja na całe życie, a nie takie tam hop siup, byleby być na studiach, które wcale mnie nie kręcą i nie zapewnią mi dogodnej przyszłości. Bezmyślny wybór studiów nic nie zapewnia. Jest wręcz przekleństwem! Coraz więcej jest ludzi pochopnie podejmujących decyzję… Potrafimy narzekać na społeczeństwo, że jest takie i owakie, lecz my sami, nawet nieświadomie, do tejże owakości się przyczyniamy!

Życzę Meli jak najlepiej! No, chyba, że zostanie nauczycielką…

Przepraszam, że w wakacje poruszam taki temat, ale szkoła i edukacja zawsze mi w głowie, a temat na czasie… Potrafię narzekać (wrodzone przekleństwo), a pewnie sama będę za rok ubolewać nad wyborem studiów… W ramach rekompensaty troszkę Depeszów, którzy dziś towarzyszą mi od rana… czyli od 12.00 w południe. :)

Depeche Mode – Never Let Me Down

 

Czas siać mak!

02 lip

I nadeszły długo oczekiwane wakacje. Reasumując miniony rok szkolny nie dochodzę do żadnych wniosków. Było nawet fajnie! Nic bym nie zmieniła. Miło będę wspominać kawę ze znajomymi na długich przerwach, a przede wszystkim całoroczną przygodę z… hm… Panem Obcojęzycznym. :)

Szukam pracy. Jeśli tego szybko nie zrobię, to bez żadnej motywacji nie wstanę przed 13.00 ani jednego dnia. Nie chcę przespać całych wakacji, jak robię to co roku. Powinnam nawet trochę usiąść do książek i przypomnieć sobie materiał z minionych lat. W końcu to ostatnie wakacje przed maturą! Aghr…

Dziś pierwszy dzień za mną. Leniuchuję, obijam się, sączę powoli kawę… Nie dzieje się nic. Mam ochotę napisać tu wszystko, co siedzi mi w głowie. Ale, tak nawiasem (pytając)… czy ktoś to w ogóle czyta?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii O mnie

 
 

  • RSS