RSS
 

Notki z tagiem ‘praca’

Sprawozdanie

16 sie

Witam w nowym roku!
Jeszcze nigdy nie używałam tego zwrotu w połowie sierpnia. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Czy przy okazji powinnam już złożyć życzenia na zbliżające się Boże Narodzenie?

Od ostatniego wpisu minęło prawie osiem miesięcy. Dużo się w tym czasie wydarzyło, o czym, w ramach powrotu do bardziej regularnego pisania (Boże, daj mi tę wytrwałość!), trochę wspomnę.

M., która już wkrótce będzie obchodzić pierwszą rocznicę ślubu zostanie mamą. Niby normalna kolej rzeczy, prawda? Jednak ja, jak zwykle, nie omieszkałam ulec krótkiemu szokowi. Bo to dziwne uczucie, kiedy najbliższa koleżanka, z którą przecież jeszcze nie tak dawno spędzało się dzieciństwo, nosi pod swym sercem zaczątek nowego pokolenia. Dziś cieszę się razem z nią i jej lubym.
Zastanawiam się tylko po cichu która z nas, w chwilach największej słabości, byłaby w stanie bardziej zazdrościć tej drugiej. Ja jej – całkowitej życiowej stabilności i tego, że jej życie jest już poukładane, że ma prawie stuprocentową pewność obok kogo obudzi się za dziesięć lat przed odprowadzeniem dziecka (dzieci?) do przedszkola? Czy ona mnie – tej swobody z jaką mogę żyć choćby wyruszając na wakacje gdziekolwiek zapragnę, będąc niezależną od nikogo, nie myśląc o tym, że w domu siedzi facet czekający aż wrócę i wstawię pralkę z jego ciuchami?

K. aż trzy razy zmienił pracę. Dziś twierdzi, że znalazł sposób na swoje życie. Złożył papiery na studia i ma nadzieję, że uda mu się pogodzić pracę z nauką. Kupił auto, co jest jego pierwszym większym sukcesem, z którego ogromnie jest dumny.

A., z którą mocno zakolegowałam się w połowie drugiego roku studiów osiągnęła coś, o czym od dawna marzyła. W związku z tym, perfekcyjnie udając jej menadżera, towarzyszyłam jej w studiu regionalnej telewizji, wysyłając zza kamer pozytywne emocje zmniejszające jej stres podczas nagrania na żywo. A. walczy dalej o swoje marzenia stawiając dalsze kroki w dziedzinie, w której osiągnęła sukces.

A co u mnie? Jakieś gromy z jasnego nieba? Niespodzianki?
Jedynym sukcesem jest fakt, że ponad miesiąc temu moje wykształcenie wskoczyło na poziom: wyższe, a od października zacznę starać się o tytuł magistra. Póki co korzystam z wakacji i zamierzam solidnie wypocząć, choć pogoda jest obecnie nie najlepsza.

Może to i dobrze? Może dzięki temu uda mi się odezwać tu jeszcze w tym roku?

Komety – Bezsenne noce

 

Dynamicznie, ale stabilnie

25 gru

Po kilkumiesięcznej nieobecności powinnam rozpocząć nową notkę opisując jakieś spektakularne zdarzenie, sytuację czy osobę, które zmieniły przez ten czas mnie i mój świat o 180 stopni i dzięki którym nie miałam chwili, by tu zajrzeć. Dlatego powinno być coś o miłości czy przyjaźni, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba lub o innym przyjemnym zdarzeniu, które miało na mnie diametralny, a przede wszystkim pozytywny wpływ.

Nic z tych rzeczy.

Mówili, że z upływem lat czas biegnie coraz szybciej. Przenajświętsza prawda. Boję się tylko, co będzie dalej skoro życie już nabrało niezłego tempa. Tak oto, mimo szczerych chęci, nie odzywałam się, bo… bo za dużo tego wszystkiego naraz.

Dlatego wspomnę troszkę, co działo się u mnie przez te ostatnie miesiące.

Nie powinnam narzekać na wakacje, mimo że w sumie nigdzie nie wyjechałam, by odpocząć tak, jakbym tego chciała. Góry za daleko, by ktokolwiek był chętny zabarać się ze mną do pięknego Zakopanego. Morze zbyt banalne, by tracić na nie pieniądze, których i tak nie mam… Dlatego ciągle podróżowałam między swoją miejscowością a miastem, w którym studiuję.
W tym wolnym czasie miałam okazję poznać miejsca, na których zwiedzenie czy nawet zapoznanie nie było czasu w trakcie roku akademickiego. Spędziłam bardzo udany tydzień z S., z którą przejeżdżałyśmy na rowerach Miasto Kamienic z północy na południe i z zachodu na wschód kilka razy. Byłam na dwóch castingach (żeby móc opowiadać wnukom), gdzie z jednego wyłonili mnie do zagrania w filmie, który wejdzie na ekrany kin po Nowym Roku (tylko nie pytajcie o tytuł). Zwykłe statystowanie – całkiem możliwe, że nawet nie załapałam się w kadrze. Jednak uważam to za świetne przeżycie i wiem już jak wygląda praca na planie – cholernie trudno i wyczerpująco.
Byłam też na koncertach dwóch skrajnych muzycznie i światopoglądowo zespołów, gdzie nawet udało mi się poznać wokalistę jednego z nich i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Później namiętnie(!) oglądałam jeden z kiczowatych programów telewizyjnych, w którym ów pan brał udział. Nawet byłam bliska wysłania na niego SMSa przez sympatię jaką zaczęłam do niego żywić po krótkiej rozmowie, ale resztkami rozumu zdołałam się opamiętać.
Co jeszcze działo się w wakacje – nie pamiętam. Chyba już nic nadzwyczajnego, co nie zostało w mej pamięci.
Poza tym – tęsknie za latem. Dziś uszczęśliwia mnie tylko fakt, że przyszła zima (która na szczęście wygląda jak nie-zima) i dni będą teraz coraz dłuższe. Zejdzie ze mną chandra wywołana szybką szarugą i ciemnością za oknami.

Nowy rok akademicki.
Na pierwszym roku mówili nam: wybraliście sobie najtrudniejszy kierunek jaki istnieje. Trudniejszy nawet od medycyny (?). Słysząc te słowa – płakaliśmy ze śmiechu. Na drugim roku również płaczemy, ale tym razem z braku czasu, nadmiaru pracy i bezsilności, bo materiału do nauczenia jest w pip i jeszcze trochę. Profesorowie rok temu mieli rację i jeszcze próbowali nas nawrócić. Niestety, w stałym, pierwszorocznym składzie, wspólnie przechodzimy przez męki i katusze drugiego roku.
Jednak mogę dodać, że uwielbiam biochemię i wcale nie jest to sarkazm (ci, co mieli z nią styczność wiedzą, co mam na myśli). Genialnie jest znać cały proces biochemiczny oddychania komórkowego wraz ze wszystkimi biorącymi w nim udział enzymami oraz pozostałe szlaki: pentozofosforanowe, glikolityczne, liposyntetyczne i takie tam… W sumie nie wiem na dzień dzisiejszy jaki jest cel mojej znajomości owego materiału, ale szczerze cieszę się, że to umiem i nawet, trochę po cichu, jestem z siebie dumna. Humanistka z cyklem kwasu cytrynowego w małym paluszku. Fajna jestem, no!
Oczywiście przechodziłam kryzysy. Do połowy listopada myślałam (wraz z większą ekipią), że może trzeba rzucić to wszystko w cholerę. Ale to była kwestia przyzwyczajenia i wdrożenia się w nowy rytm dobowy: uczelnia – nauka – sen i nic więcej, z dość częstą eliminacją snu w ciągu dnia. Przykre jednak stało się mechaniczne życie: byle do piątku, byle do świąt, byle do sesji… Dziś jest wszystko w porządku i czas myśleć o nieubłaganie zbliżających się egzaminach.

K. pięknie zdał maturę, dostał się na wymarzone studia, zrezygnował ze studiów, załapał się do jakiejś pracy, po Nowym Roku wybiera się do nowej i jest zadowolony. Trochę go podziwiam – był zdeterminowany i pewien tego kierunku, jednak po dość krótkiej chwili potrafił podjąć odważną decyzję: nie, to nie to. Ja chyba bym się trochę bała… Ale niech wiedzie mu się najlepiej!

Hm… to chyba tyle u mnie. Jak widać – nic nowego poza faktem, że nie mam czasu praktycznie na nic. Chociaż teraz, w te dni mogę trochę usiąść i się odmóżdżyć. Mam pod sobą dzieci i robię za etatową ciocię. Nie mam pojęcia jak sprawdzam się w tej roli, jednak włączają mi się pewne instynkty i obawiam się, że szybko się ich nie wyzbędę. No, ale to chyba dobrze. 

Życzę Wam wszystkiego dobrego z okazji świąt i nadchodzącego 2015 roku. I, jak to często mówi mój znajomy, keep smiling!

Etatowa ciocia,
S. Dziewczyna

 

Jesteśmy w kontakcie

30 cze

Starzeję się.
Z dnia na dzień.

Od kilku dni mam wakacje. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam takiej obojętności wobec obiecanej ilości wolnego czasu, beztroski i odpoczynku. Nie dociera do mnie, że przez najbliższe trzy miesiące mogę robić wszystko, na co mam ochotę bez konsekwencji straty czasu, który poświęciłabym na zrobienie jakiegoś bezsensownego projektu na wczoraj. Mogę wsiąść na rower, w samochód i zdobywać nieznane mi miejsca, tworzyć nowe historie, przeżywać wakacyjne przygody i być po prostu szczęśliwą…
Zero euforii.

Ogarnęła mnie niemożność. Wielka, głęboka niemożność, która przeszkadza mi cholernie, a której nie potrafię się wyzbyć. Zaczęło się jeszcze przed sesją. Teraz nie byłam tak zestresowana jak przed pierwszą, kilka miesięcy temu. Wiedziałam już na czym stoję, jak wszystko wygląda i uświadomiłam sobie w końcu, że poprawki nie są niczym złym. Ludzie podchodzą do pięciu poprawek i jakoś im się udaje dotrwać do następnego semestru. Postanowiłam, że nic na siłę. Zaliczę – dobrze. Nie zaliczę – poprawię. Uczyłam się z całych sił, ale to nie było do końca to, co mogłam z siebie wykrzesać. Trzy egzaminy odhaczone, czwarty jeszcze pod znakiem zapytania. Pod wielkim znakiem zapytania, bo statystyka – chińszczyzna i kicz. Choć chcesz – nie pojmiesz. Wizja poprawki nie przeraża mnie kompletnie. Szczerze mówiąc, chyba by mnie nawet ucieszyła. Ale póki co – mam cichą nadzieję chociaż na trójkę.

Taka ot sobie niemożność.

Żałuję, że na świecie jest tak mało wartościowych ludzi.
Inaczej.
Żałuję, że wokół mnie jest tak mało wartościowych ludzi. Kiedy już do kogoś się przywiążę, zawsze spadnie jakiś grom, który wszystko zepsuje, przeinaczy i zostawi mnie z pustką w głowie albo mętlikiem – sama już nie wiem.

Żyło obok mnie Dobre Słowo, o którym nigdy tu nie wspominałam. Dobre Słowo, bo potrafiło doradzić, pocieszyć, pomóc w rozterkach czy w podejmowaniu ważnych decyzji. Było normalne, aż zaskakująco proste w swej normalności, czego nie potrafię zrozumieć do dzisiaj. Pomagaliśmy sobie, dzwoniliśmy do siebie o każdej porze dnia i nocy, tkwiliśmy w przyjaźni, o której w zasadzie nigdy nie mówiliśmy na głos. Dobre Słowo, starsze ode mnie o kilkanaście ładnych lat, uczyło mnie swym doświadczeniem i swymi radami jak żyć i podchodzić do pewnych sytuacji.
Sprawy zawodowe wymusiły przeprowadzkę. Dobre Słowo spakowało całe swoje serce w kartony oraz walizki i rzekło: wyjeżdżam. Ze łzami w oczach rzuciliśmy się sobie mocno i długo w ramiona.
- Musisz mnie jak najszybciej odwiedzić – poczułam ciepły szept na swym uchu.
- Odwiedzę – powiedziałam cichym, łamiącym się głosem i zostałam sama.
Nie ma co płakać. Moje Dobre Słowo zamieszkało w mieście, gdzie studiuję. Od czasu do czasu będziemy się spotykać na kawie, wspólnej pogawędce czy wsparciu duchowym. Jednak to już nie to samo. Nie będę wiecznie tam studiować, a kontakt i tak z czasem się urwie. Jestem załamana, skopana jak pies i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Od kilku dni odbijam się od ścian jak piłka i szukam sensownego zajęcia. O pracy też nie ma mowy, bo nigdzie nikogo nie szukają. Zostałam sama.
Teraz pozostała mi tylko stara dobra Coma, która na bieżąco dokładnie wie, co u mnie i dokoła mnie.

„Zapomniałem, że od kilku lat
wszyscy giną jakby nigdy ich nie miało być.
W stu tysiącach jednakowych miast
giną jak psy...”

„Jesteśmy w kontakcie”
Tymi słowami żegnałam się z ludźmi na studiach przed wakacjami. Również tymi słowami pożegnaliśmy się z moim Dobrym Słowem. Powtarzaliśmy je jak mantrę do ostatniej chwili. W związku z tym wszystko ma być w porządku, okej i żyje się dalej…

Nie wyobrażam sobie teraz trzech miesięcy beztroskich myśli i wolnego czasu. Na dzień dzisiejszy czuję się fatalnie.
Jak będzie dalej?

The Cuts – Martwy kwiat

 

…przede mną siódme niebo

25 maj

W zeszłym tygodniu stuknęła mi dwudziestka. Już nie jestem nastolatką: w rubryce „wiek” jedynka z przodu dokądś uciekła, ustępując miejsca dwójce.

Urodziny wyprawiłyśmy razem z mamą w dzień jej święta, a na kilka dni przed moim. Zjechała się cała najbliższa rodzina. Było zabawnie, ale i męcząco, ponieważ jako ciotka i matka chrzestna musiałam mieć oko na dzieciaczki, co chyba nie wychodzi mi najlepiej. Urodzinowy wieczór spędziłam z domownikami oraz z K. nad kawałkiem pizzy i przy kieliszku wina, które mama ostatnio przywiozła prosto z Włoch. Przesiedzieliśmy z K. do późnej nocy rozmawiając o wszystkim, co dla nas istotne, bo języki same się rozplątały od nadmiaru wina. Dziwi mnie spokój mojego K. Młodszy o półtora roku, jest w trakcie matur i całą tę sytuację przyjmuje ze spokojem na klatę. Co prawda, K. jest bardzo dobrym uczniem i w zasadzie nie powinien się niczym martwić, ale ja jednak rok temu, będąc na jego miejscu, denerwowałam się do samego końca. Ale postawa K. jest bardzo dobra – stres jest zbędny! A chłopakowi niech wiedzie się jak najlepiej!

 - Dwadzieścia, dwadzieścia… – cedził K. przez zęby, wgapiając się we mnie swymi rozognionymi oczami. – Jak to poważnie brzmi! – uśmiechnął się, chcąc mi żartobliwie dogryźć.
- Masz rację – stwierdziłam i zapadła swego rodzaju nostalgiczna cisza.

Przez następnych dziesięć lat powinnam skończyć studia, znaleźć odpowiednią dla siebie pracę, poznać wspaniałego męża, urodzić mu pierwsze dziecko i spełnić wszystkie te marzenia, na które będę miała ochotę. Wtedy być może dostanę skrzydeł i będę jedną z najszczęśliwszych osób na świecie.
Niby tak niewiele, a jednak wątpie, by dziesięć lat starczyło na te wszystkie cele.

Wstałam rano i, spoglądając w lustro przed myciem zębów, po raz pierwszy w życiu nie mogłam siebie poznać. Twarz napuchnięta, oczy czerwone – ledwo otwarte, skóra szara, włosy w nieładzie… To był dzień moich urodzin. „A więc teraz już tak będzie?” – pomyślałam, bezradnie uśmiechając się do swego dwudziestoletniego odbicia.
Ostatnio miałam dużo pracy; mój dzień trwał prawie dwadzieścia godzin, chodziłam zmęczona i trochę już nie ogarniałam, co działo się wokół mnie. Pewnie dlatego tak wyglądałam tamtego ranka – w końcu znów miałam za sobą zarwaną noc. Teraz mogę pozwolić sobie na chwilę odpoczynku – wyglądam o wiele lepiej niż wtedy. Chyba…

Dzień urodzin był tylko chwilą nostalgii i snucia planów. Teraz dwudziestka żyje obok mnie, jakby jej nie było. W końcu to nic spektakularnego – kolejny rok do przodu. Zaczął się w miarę dobrze, a nawet obiecująco: w jednej z książek wydrukowali kilka moich wierszy.
Jednak nadal nie wiem, co będzie jutro i nie mogę się do końca zdecydować: czy cieszyć się z tej niewiedzy czy może niekoniecznie…

Dwudziestolatki

 

Rok przełomu

01 sty

Nigdy nie robiłam rocznych podsumowań. Sama nie wiem, dlaczego. Może z lenistwa, z braku ochoty czy w ogóle nie miałam takiej potrzeby. W tym roku wydarzyło się jednak zbyt dużo, by miało to jedynie odbić się echem we wspomnieniach. To rok przełomu, nie szczęśliwy, nie smutny… Taki – jakiś, a jednak znaczący.

Zdałam maturę.
To, co wydawało mi się wcześniej osiągalne, ale jednak porównywalne z nadprzyrodzonymi cudami, mam za sobą. To największy sukces całego tego roku. W końcu od wielu lat myślałam o tym strasznym egzaminie, sama się nakręcając niemożliwie. Teraz, z biegiem czasu zauważam, że to nieodzowny element życia człowieka wykształconego co najmniej średnio. I nie było tam nic strasznego. Nikt nie gryzł, nikt nie torturował, nikt nie śmiał się z ewentualnego podknięcia. Nawet mogłabym stwierdzić, że maturę wspominam miło…

Choroba i śmierć Dziadka.
To najgorsza rzecz, jaka spotkała mnie w tym roku, która niweluje wszystkie sukcesy i radości. Nie będę się rozpisywać w tym temacie. Mogę jedynie stwierdzić, że w tym roku brałam udział w większej ilości pogrzebów niż dotychczas w całym swoim krótkim życiu. Smutne.

To tyle z rzeczy namacalnych, powiedzmy – fizycznych. Prawdziwe zmiany zaszły we mnie.

Długie wakacje, a w tym wspomniane odejście jednej z najukochańszych osób i skupienie bliskiej rodziny utwierdziło mnie w jednym. Nie ma rzeczy ważniejszej niż rodzina, a co za tym idzie – uczucia. Bliskość, szczerość, czyjaś pomoc czy sama obecność to bardzo wiele. Przekonałam się o tym wystarczająco.

Stałam się otwarta na ludzi. Do teraz dziwię się, jakim cudem mogło to nastąpić. Ja, posępna, Smutna Dziewczyna, trzymająca ludzi na dystans nagle zaczęłam ich lubić?  Tak! To już przechodzi ludzkie, moje małe, rozumkowe pojęcie.
Jestem szczera, mówię o tym, co leży mi na sercu. Wzmogła się asertywność. Potrafię powiedzieć „nie” bez żadnych problemów. Zaczęłam patrzeć ludziom prosto w oczy. Nawet nie wiem, dlaczego nie potrafiłam tego wcześniej – w końcu nie mam niczego do ukrycia ani czego się wstydzić. Zauważyłam jednak, że takie notoryczne patrzenie w oczy krępuje moich rozmówców. W związku z tym stałam się silniejsza, odważniejsza w relacjach międzyludzkich, zdecydowanie pewniejsza i bardzo mi z tym dobrze. Walczę o swoje, już nie jestem oportunistą, jak było to zazwyczaj. Momentami mogłabym określić siebie jako osobę bezwzględną… Jednak, co dziwne, nikogo to nie zraża; grono znajomych poszerza się w niesamowitym tempie!

Stwierdziłam, że rzeczywiście nie ma rzeczy niemożliwych. Nie wynika to z autopsji, ale z własnych przekonań i odpowiedniego myślenia. Skróciłam drabinę działania o jeden szczebel. Ten o nazwie „muszę to zrobić/mieć za wszelką cenę” porąbałam siekierką. Przecież nic na siłę, nie do ostatniej kropli krwi… To niezdrowe, stresujące i kradnące czas. Obecnie najwyższy szczebelek nosi nazwę „spróbuję”. W końcu to nic nie kosztuje, a daje wiele możliwości, budzi nadzieje, którymi ostatnio jestem przepełniona i zapewnia choć odrobinę wolnego czasu. Stałam się spokojniejsza…

Bardzo poprzestawiało się w mojej głowie.
Niepewnie mogę przyznać się, że z pesymistki stałam się pełną nadziei realistką, a moje życiowe motto obróciło się znacząco…

Najpierw miłość (rodzina), a dopiero potem cała reszta.

Kayah & Bregovic – Tabakiera

 

Między ludźmi – kiedyś i dziś

14 lip

Kiedyś było zupełnie inaczej, pod każdym prawie względem. Widzę to, biorąc na przykład choćby nasze najbliższe otoczenie, jakim jest sąsiedztwo. Oczywiście, bywa w takiej rodzinie różnie, rodem z historii o Kargulach i Pawlakach, gdzie można się kłócić, zabijać słowem lub czynem albo po prostu kochać się wzajemnie, licząc na wszelką pomoc i wsparcie z drugiej strony.

Mieszkając na jednej z najstarszych ulic w swojej miejscowości zdążyłam zapoznać się z różnymi opowiastkami o życiu w tym miejscu odległy czas temu. Sąsiedztwo było jak rodzina. Pierwsze domy powstawały przy wzajemnej pomocy – sąsiad sąsiadowi pomagał, pożyczał materiały budowlane, a niekiedy nawet, ze względu na trudne czasy, materiały te ofiarowywał, nie oczekując żadnej zapłaty ani niczego w zamian. Potem była wspólna praca w polu, następnie w nowo powstałych instytucjach. Rodziły się piękne, szczere więzi. Wieczorami chodzono w odwiedziny do drugich – na winko, papierosa, grę w karty czy po prostu na pogaduchy. Nie było kłótni, waśni czy sporów (z pewnymi śmiesznymi wyjątkami). Wszystkie ewentualne konflikty czy niedopowiedzenia rozmywały się gdzieś przy szampańskiej zabawie u któregoś z sąsiadów i wszyscy o wszystkim zapominali. Między rodzącymi się dziećmi zawiązywały się przyjaźnie. Wszystkie dzieci chodziły do jednej szkoły, bawiły się na podwórkach lub ulicach: chopcy grali w piłkę, a dziewczynki pchały wózki z lalkami lub wzajemnie plotły sobie warkocze. Domy były otwarte – bez pukania można było wejść do sąsiada i czuć się jak u siebie w domu.

Na kogo tu liczyć? - spytałabym w trudnej dla mnie sytuacji.
- Na sąsiadów! – odpowiedzieliby moi dziadkowie jeszcze jakieś dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Wzajemna opieka nad dziećmi lub chorymi, pomoc w pracy albo w gospodarstwie; wspólne załatwianie niektórych spraw czy chociażby wyjazdów do miasta… To była norma. A dziś?
„Umiesz liczyć, licz na siebie” – usłyszałabym. Minęło tyle lat, a wraz z nimi tamte piękne, i wydaje mi się, dobre chwile.
Wieś się rozrosła, ulica stała się główną i najruchliwszą, więc aż strach dziecko z domu wypuścić… Gospodarstwa zostały polikwidowane na rzecz pracy w mieście – pracy od rana do nocy. Starsi pracują, goniąc za pieniądzem, nie mając czasu na utrzymywanie znajomości czy pomoc sąsiadom. Dzieci nie bawią się już razem; młodzież udaje, że się nie zna i nawet nie mówi sobie „cześć” (o tym wiem bardzo dobrze).

Sąsiad stał się symbolem wzajemnej złości.
Mój ma do mnie pretensje o to, że mój psiak lata u niego po ogrodzie i to jeszcze bez kagańca! Pan zapomina wówczas, że to jego płot jest wiecznie dziurawy, więc psisko do niego ucieka. I to moja wina, bo mu na to pozwalam. Oczywiście, poszła nawet groźba, że jeśli to się powtórzy to „uśpię ci tego psa!”. Miło…
Inni sąsiedzi pokłócili się o coś lata temu. Nikt nie pamieta jaki był powód, pewnie nawet oni sami… Ale rozmawiać ze sobą – nie rozmawiają.
Jedna z rodzin kupiła sobie nowy samochód. Zamiast życzliwie na to spojrzeć, pogratulować, zewsząd słyszę podejrzenia – skąd oni na to pieniądze mają?! No skąd? Wiadomo, kradną!
Domy są zamknięte, już nikt się nie odwiedza…

Przypomina mi się rozmowa z sąsiadką zza kilku domów, jednocześnie matką Pięknego, kiedy miałam (nie)przyjemność wracać z nią z przystanku do domu.
- … i widzisz, Smutna Dziewczyno? Tak blisko siebie mieszkamy, a nic o sobie nie wiemy – rzekła, kiedy powiedziałam jej co słychać u mnie, a ona w odpowiedzi zrelacjonowała co u nich w domu i, oczywiście, u jej syna. Zdecydowanie, między zdaniami wyczułam zarzut: „Widzisz? Kiedyś mogliście z moim synem wspólnie konie kraść, a dziś zapomnieliście nawet o swoim istnieniu”. Poczułam się niezręcznie, chciałam szybko odbiec od tematu Pięknego, zaczęłam więc:
- Wie pani… Kiedyś było inaczej. Ludzie mieli czas na wszystko, odzwiedzali się, wzajemnie pomagali sobie… To były inne czasy - powiedziałam ja, stara, doświadczona, styrana życiem kobieta – Teraz ludzie gonią za pieniądzem. Nastała era najwyższych technologii. Każdy woli siedzieć w wolnym czasie przed telewizorem czy komputerem poznając ludzi gdzieś z drugiego końca świata, zapominając o pielęgnowaniu relacji z najbliższymi; o sąsiadach już nie wspominając – westchnęłam, bo zaczynałam wierzyć w te swoje bzdury. – Kiedyś było lepiej…
Spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym zdziwienie, później nawet zadowolenie (?) i przyznała mi rację, uśmiechając się przy tym nieznacznie.

Teraz śmieję się democznie wniebogłosy… Jakaś część prawdy w tym, co zmyślałam wtedy na poczekaniu musi być. Ten moment jest dobrym tego przykładem. Ja, Smutna Dziewczyna, siedzę przed komputerem i wypisuję obcym ludziom jakieś bzdury po internetach, a on, Piękny…? No właśnie…

Cholera go wie.

 

Runkutunkutum!

14 lut

Mam dziwne przeczucie, że będzie to dobry rok.

Co prawda, mamy dopiero środek lutego, a mądre słowa brzmią: „nie chwal dnia przed zachodem słońca”, jednak przepełniona jestem większą ilością pozytywnych emocji. No, może nie do końca pozytywnych, co neutralnych, ale humor dopisuje mi wyjątkowo. Kończy się trzeci szkolny tydzień po feriach. Czuję się dobrze, wspaniale! Wiem, to brzmi dość głupio, ale lubię szkołę i mówię o tym zawsze po powrocie z ferii czy z wakacji. Muszę mieć ustalony grafik, plan zajęć narzucony odgórnie. Sama w sobie jestem niezdyscyplinowana i rozmemłana. Muszę mieć kata nad głową!
Od pierwszego stycznia los mi sprzyja. Wychodzę z głupich sytuacji obronną ręką, podejmuje dobre decyzje i mam trochę więcej szczęścia niż zwykle. Przez to wszystko zaczęłam się uśmiechać do ludzi. No i normalnie szlag by mnie trafił, że stałam się dobrotliwą duszą, zwaną tymczasowo Zadowoloną Dziewczyną, ale to takie przyjemne, kiedy ktoś odwzajemnia twój uśmiech i stara się być w stosunku do ciebie miły! Okej, byleby mi to nie przeszło do maja!

Tak oto wróciłam do szarej codzienności, która mieni się od czasu do czasu kolorem w przedzierających się przez gęste chmury promykach zimowego jeszcze słońca. Noce skróciły się z pięciu godzin do czterech, ilość książek rośnie wraz ze zbliżającą się maturą, powróciły podróże po Polsce w celu przygotowania do owego egzaminu, wróciła praca, ale też i zmęczenie. Nie narzekam. Sama się sobie dziwię… Jakaś nieświadoma metamorfoza? Nie wiem, lecz też nie wnikam. Jest dobrze. A na przyszłość – pracoholizm wyczuwam…
To, czego nie powtórzyłam w ferie, mimo ambitnych planów, mam już w małym paluszku. Nie ma to jak „kobyła” z biologii przesycona cytologią, podziałami komórkowymi, a zwłaszcza biochemią – najgorszym złem tego świata, bez którego mechanizmów jednak nie bylibyśmy zdolni do życia… „Kobyłę” pisaliśmy dziś, w Walentynki, więc w przyjemnej, romantycznej, ociekającej wręcz miłością do biologii atmosferze.

Ostatnio zaczęłam zastanawiać się, dlaczego tak bardzo się zmieniłam – stałam się pesymistką, przestałam wierzyć w siebie (choć wcześniej i tak nie było z tym lepiej), stworzyłam z siebie aroganckiego cynika do potęgi entej i ofiarę losu, na szczęście tylko w swoim mniemaniu… W sumie nie mam pojęcia, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Natomiast wiem, kiedy to wszystko nastąpiło.
Nastąpiło, gdy zaczęłam swoją relację z Pięknym, a właściwie… gdy ją zakończyłam. Czasami mam wyrzuty sumienia, że los potoczył się tak, a nie inaczej, ale z drugiej strony - muszę mieć swoje zdanie, a przede wszystkim prawo do wolności. Podejrzewam, że ta sytuacja miała na mnie tak ogromny wpływ, ponieważ był to mój pierwszy raz, kiedy poważnie zaczęłam myśleć o jakimś chłopaku i działać w tym kierunku… Teraz sobie miło to wspominam, jednak coś kłuje leciutko w serducho, gdy przypadkiem (co prawda, rzadko) widzimy się lub mijamy i nie potrafimy powiedzieć sobie chociażby głupiego „cześć”. No ale nic… Człowiek uczy się przez całe życie, a zwłaszcza w tym wieku. Nabywam jakiegoś doświadczenia i wiem co robić, by nie popełniać już tych samych błędów.

Próbne matury, powtórki, różne ćwiczenia i biologiczno – chemiczne autorozkminy przy herbacie (ograniczam kawę) dają mi do zrozumienia, że wcale nie jest ze mną aż tak źle, jak myślałam. Żeby coś osiągnąć – przede mną jeszcze dużo, dużo pracy. Ale w końcu… nie ma rzeczy niemożliwych, prawda?

Pozdrawiam ciepluchno!
Zadowolona Dziewczyna


Emiliana Torrini – Jungle Drum

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii O mnie

 
 

  • RSS