RSS
 

Notki z tagiem ‘pewność’

Sprawozdanie

16 sie

Witam w nowym roku!
Jeszcze nigdy nie używałam tego zwrotu w połowie sierpnia. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Czy przy okazji powinnam już złożyć życzenia na zbliżające się Boże Narodzenie?

Od ostatniego wpisu minęło prawie osiem miesięcy. Dużo się w tym czasie wydarzyło, o czym, w ramach powrotu do bardziej regularnego pisania (Boże, daj mi tę wytrwałość!), trochę wspomnę.

M., która już wkrótce będzie obchodzić pierwszą rocznicę ślubu zostanie mamą. Niby normalna kolej rzeczy, prawda? Jednak ja, jak zwykle, nie omieszkałam ulec krótkiemu szokowi. Bo to dziwne uczucie, kiedy najbliższa koleżanka, z którą przecież jeszcze nie tak dawno spędzało się dzieciństwo, nosi pod swym sercem zaczątek nowego pokolenia. Dziś cieszę się razem z nią i jej lubym.
Zastanawiam się tylko po cichu która z nas, w chwilach największej słabości, byłaby w stanie bardziej zazdrościć tej drugiej. Ja jej – całkowitej życiowej stabilności i tego, że jej życie jest już poukładane, że ma prawie stuprocentową pewność obok kogo obudzi się za dziesięć lat przed odprowadzeniem dziecka (dzieci?) do przedszkola? Czy ona mnie – tej swobody z jaką mogę żyć choćby wyruszając na wakacje gdziekolwiek zapragnę, będąc niezależną od nikogo, nie myśląc o tym, że w domu siedzi facet czekający aż wrócę i wstawię pralkę z jego ciuchami?

K. aż trzy razy zmienił pracę. Dziś twierdzi, że znalazł sposób na swoje życie. Złożył papiery na studia i ma nadzieję, że uda mu się pogodzić pracę z nauką. Kupił auto, co jest jego pierwszym większym sukcesem, z którego ogromnie jest dumny.

A., z którą mocno zakolegowałam się w połowie drugiego roku studiów osiągnęła coś, o czym od dawna marzyła. W związku z tym, perfekcyjnie udając jej menadżera, towarzyszyłam jej w studiu regionalnej telewizji, wysyłając zza kamer pozytywne emocje zmniejszające jej stres podczas nagrania na żywo. A. walczy dalej o swoje marzenia stawiając dalsze kroki w dziedzinie, w której osiągnęła sukces.

A co u mnie? Jakieś gromy z jasnego nieba? Niespodzianki?
Jedynym sukcesem jest fakt, że ponad miesiąc temu moje wykształcenie wskoczyło na poziom: wyższe, a od października zacznę starać się o tytuł magistra. Póki co korzystam z wakacji i zamierzam solidnie wypocząć, choć pogoda jest obecnie nie najlepsza.

Może to i dobrze? Może dzięki temu uda mi się odezwać tu jeszcze w tym roku?

Komety – Bezsenne noce

 

Rok przełomu

01 sty

Nigdy nie robiłam rocznych podsumowań. Sama nie wiem, dlaczego. Może z lenistwa, z braku ochoty czy w ogóle nie miałam takiej potrzeby. W tym roku wydarzyło się jednak zbyt dużo, by miało to jedynie odbić się echem we wspomnieniach. To rok przełomu, nie szczęśliwy, nie smutny… Taki – jakiś, a jednak znaczący.

Zdałam maturę.
To, co wydawało mi się wcześniej osiągalne, ale jednak porównywalne z nadprzyrodzonymi cudami, mam za sobą. To największy sukces całego tego roku. W końcu od wielu lat myślałam o tym strasznym egzaminie, sama się nakręcając niemożliwie. Teraz, z biegiem czasu zauważam, że to nieodzowny element życia człowieka wykształconego co najmniej średnio. I nie było tam nic strasznego. Nikt nie gryzł, nikt nie torturował, nikt nie śmiał się z ewentualnego podknięcia. Nawet mogłabym stwierdzić, że maturę wspominam miło…

Choroba i śmierć Dziadka.
To najgorsza rzecz, jaka spotkała mnie w tym roku, która niweluje wszystkie sukcesy i radości. Nie będę się rozpisywać w tym temacie. Mogę jedynie stwierdzić, że w tym roku brałam udział w większej ilości pogrzebów niż dotychczas w całym swoim krótkim życiu. Smutne.

To tyle z rzeczy namacalnych, powiedzmy – fizycznych. Prawdziwe zmiany zaszły we mnie.

Długie wakacje, a w tym wspomniane odejście jednej z najukochańszych osób i skupienie bliskiej rodziny utwierdziło mnie w jednym. Nie ma rzeczy ważniejszej niż rodzina, a co za tym idzie – uczucia. Bliskość, szczerość, czyjaś pomoc czy sama obecność to bardzo wiele. Przekonałam się o tym wystarczająco.

Stałam się otwarta na ludzi. Do teraz dziwię się, jakim cudem mogło to nastąpić. Ja, posępna, Smutna Dziewczyna, trzymająca ludzi na dystans nagle zaczęłam ich lubić?  Tak! To już przechodzi ludzkie, moje małe, rozumkowe pojęcie.
Jestem szczera, mówię o tym, co leży mi na sercu. Wzmogła się asertywność. Potrafię powiedzieć „nie” bez żadnych problemów. Zaczęłam patrzeć ludziom prosto w oczy. Nawet nie wiem, dlaczego nie potrafiłam tego wcześniej – w końcu nie mam niczego do ukrycia ani czego się wstydzić. Zauważyłam jednak, że takie notoryczne patrzenie w oczy krępuje moich rozmówców. W związku z tym stałam się silniejsza, odważniejsza w relacjach międzyludzkich, zdecydowanie pewniejsza i bardzo mi z tym dobrze. Walczę o swoje, już nie jestem oportunistą, jak było to zazwyczaj. Momentami mogłabym określić siebie jako osobę bezwzględną… Jednak, co dziwne, nikogo to nie zraża; grono znajomych poszerza się w niesamowitym tempie!

Stwierdziłam, że rzeczywiście nie ma rzeczy niemożliwych. Nie wynika to z autopsji, ale z własnych przekonań i odpowiedniego myślenia. Skróciłam drabinę działania o jeden szczebel. Ten o nazwie „muszę to zrobić/mieć za wszelką cenę” porąbałam siekierką. Przecież nic na siłę, nie do ostatniej kropli krwi… To niezdrowe, stresujące i kradnące czas. Obecnie najwyższy szczebelek nosi nazwę „spróbuję”. W końcu to nic nie kosztuje, a daje wiele możliwości, budzi nadzieje, którymi ostatnio jestem przepełniona i zapewnia choć odrobinę wolnego czasu. Stałam się spokojniejsza…

Bardzo poprzestawiało się w mojej głowie.
Niepewnie mogę przyznać się, że z pesymistki stałam się pełną nadziei realistką, a moje życiowe motto obróciło się znacząco…

Najpierw miłość (rodzina), a dopiero potem cała reszta.

Kayah & Bregovic – Tabakiera

 

Moje ciężary

03 wrz

Miałem pleciony kosz,
Chciałem weń włożyć owoce,
By je przechować na zimę,
A może miał to być chleb.

W nocy ktoś włożył mi w kosz kamienie,
Ciężkie i twarde,
Które nie miały posłużyć nikomu,
Tylko obarczyć mi grzbiet.

Lecz wezmę ten kosz na plecy,
Poniosę te kamienie,
Poniosę je do końca,
Aż tam.

                                                                                                                                                                                              „Ciężar”, L. Staff

Postanowiłam w końcu gdzieś wyjechać, odpocząć, nabrać sił i przestać myśleć o tym, co niewygodne i niezasługujące na jakiekolwiek przemyślenia. Rzeczywiście, wróciłam z werwą, z chęcią do wielkich zmian, których w sumie i tak nie dokonam, bo nie jestem na tyle odważna. Jedyne z czego się cieszę to moja wzmożona aktywność sprzątająco – domowa. W domu coraz większe pustki. W związku z tym chyba zaczynam czuć prawdziwą i głęboką odpowiedzialność za mój dach na głową i za tych, którzy pod nim jeszcze mieszkają.

Podróż powrotna dała mi wiele do myślenia. Ostatni raz tą samą trasą jechałam dwa tygodnie przed maturą. Wtedy siedziałam strwożona – przede mną zakończenie roku, miesiąc stawiający moje najbliższe życie pod znakiem zapytania, moment próby i, wtenczas jeszcze, zdrowia Dziadka. Słońce tak przyjemnie grzało w twarz, aż ogarniała mnie złość – świat się rodzi do życia, trawa zielenieje, a we mnie tyle strachu.
Teraz, podziwiając te same krajobrazy za oknem co wtedy i to samo słońce, które już zapowiadało nadejście jesieni, uświadomiłam sobie pewną rzecz. To, czego się bałam najbardziej jest już za mną. Nie będzie już takiego samego ciężaru na sercu, żołądku czy umyśle. Poprzednim razem zadawałam sobie pytanie – co będzie dalej? Teraz już wiem, jak będą wyglądały najbliższe dni.

Ciężar, który zawadzał mi przez ostatnie trzy lata, a zwłaszcza przez ostatni rok stał się lekki jak piórko i uleciał gdzieś w powietrze. I dopiero teraz, w drodze do domu poczułam, że jestem wolna, że mogę wszystko i że, do cholery, to odpowiedni moment, by poczuć się w końcu szczęśliwą.

Niestety, przez tych kilka miesięcy wydarzyło się tak wiele, tak smutno i tak przytłaczająco, że nie mogę uznać siebie za osobę spełnioną. Choć w zasadzie te najgorsze troski odeszły; ci, co cierpieli już są szczęśliwi, a ja jestem bardziej pewna przyszłości niż wtedy. Chyba, że wyolbrzymiam, zbyt wiele oczekując od ludzi, od życia, od siebie… Albo naprawdę jestem skazana na wieczne dźwiganie jakiegoś cholerstwa; czegoś, co jest mi potrzebne jak koszula w czterech literach.

Jamie Foxx – Extravaganza

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii O mnie

 

Rozdarcie zespojone obojętnością

27 kwi

Dobrze. Do czerwca temat nie miał być poruszany, ale dzieje się tak wiele rzeczy, że nie mam ochoty o nich się rozpisywać, przede wszystkim ze względu na brak czasu, więc napiszę o tym, co teraz, czyli o szkole i zbliżającej się maturze.

Zauważyłam, że im mniej ma się czasu na cokolwiek i jest się w ciągłym pędzie, zabieganiu i urywaniu głowy, człowieka ogarnia znieczulica. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Odkąd poszłam do liceum i naprawdę zaczęłam wykorzystywać czas albo odwrotnie… kiedy to czas zaczął wykorzystywać mnie, wszystko wokół stało się nieważne. Nasiliło się to w drugiej klasie, kiedy to prócz ośmiu godzin lekcji dziennie dochodziły po dwie godziny fakultetów; plus dojazd do domu, w związku z czym zero czasu, choćby nawet na pogłaskanie psa. Ale jest w tym jeden pozytyw: nie ma głupiego zastanawiania się nad daną sytuacją: co powiedzieć, co zrobić, jak wyglądać. Dzięki temu stałam się odważniejsza, bo i bardziej szczera, a zdanie innych na mój temat przestało mnie całkowicie obchodzić.
Nie myślałam jednak, że owa znieczulica przesiąknęła mnie aż tak głęboko. Wczoraj zakończenie roku szkolnego, zakończenie szkoły… Ze względu na swój dotychczasowy sentyment do wszystkiego rokrocznie pojawiało się lekkie ukłucie w sercu, że to koniec podstawówki, gimnazjum, że czeka mnie coś nowego. A wczoraj? Zakończyłam 12 lat swej pięknej edukacji. Zero uczuć, zero łez, zero uśmiechu (w końcu cały czas myślałam, że będzie to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu). Takie sobie nic nie znaczące trzy godziny zakończenia… Może to dlatego, że jeszcze przez kilka dni w maju spotkam się z tymi ludźmi, z tą szkołą i zawalczę w niej o swoją przyszłość. Albo po prostu, robię się coraz bardziej gburowata…
Pasek jest, średnia powyżej 5,0 też. Czuję się spełniona? Nie. Czekam na koniec czerwca, kiedy odbiorę wyniki matur. Wtedy pogadamy o spełnieniu…
Znieczulica dotyka też matury. Nie, nie powiem, że mam ją gdzieś, bo jest zupełnie inaczej. Nie czuję jednak żadnego obowiązku nauki, przygotowań, liczę na łut szczęścia, żywię nadzieję na pytania, które okażą się proste tylko dla mnie (tak, ja w centrum wszystkiego). Od miesiąca nie mogę doczytać książki na ustny polski, choć dawno powinnam mieć już napisaną pracę. Wychowawczyni mówiła, że to dobrze, iż zima trwa tak długo, ponieważ wciąż myślimy, że to styczeń, a do matury daleko. To było zbyt dobre słowo. Gorący czas już za półtora tygodnia, a ja mam wrażenie jakby to rzeczywiście był styczeń.
Moim zdaniem matura to sprawa śmieszna, aż boki zrywać! Tworzy się wokół niej grubą otoczkę patosu, wymyśla regulaminy, dokumenty, stwarza aurę czysto urzędową. Aż chce się… wymiotować. A tak naprawdę nie różni się ona niczym od głupich testów po podstawówce czy egzaminów gimnazjalnych. No, może nazwą. Wzniosła, dojrzała matura! Choć to, że faktycznie może od niej zależeć cały los przystępującego do egzaminu biedaka to już inna sprawa, nie wspominając już o napsutej krwi i schorowanej wątrobie po różnych środkach odpornościowych, antystresujących czy wspomagających koncentrację.

Studia?
Chciałabym w głowie mieć mętlik. Mam pustkę.

I nie wiem już nic. Zdam to cholerstwo najlepiej jak tylko będę mogła i zobaczę, gdzie dostanę się z takimi wynikami. Oddaję się losowi. Co będzie, to będzie. Nienawidzę tej obojętności, choć tak dobrze się w niej czuję.

Po trzech latach wspólnego życia w klasie, kiedy wzajemnie obrabialiśmy sobie tyłki, teraz nastąpiła jedna wielka integracja. Były jakieś klasowe wypady z wychowawczynią do baru, na grille (kolejne w planach), karaoke, itp. Czy będzie mi ich wszystkich brakować? Nie. Jakoś nie dałam się wtopić w tę grupę i być jak ona – pewna siebie, mądra, mająca wszystko na wyciągnięcie ręki. To dziwne, jak ludzie potrafią być ze sobą na ostatnią chwilę. Tylko po to, żeby za moment mijając się na ulicy udawać, że się nie widzi i nie powiedzieć „cześć”.

Ciekawa jestem naszego jutra.
Jak potoczy się nasze życie? Gdzie będziemy za kilka miesięcy? Czy w ogóle – będziemy?

Dręczy mnie ta niepewność. Nienawidzę jej.

 

 

Nie jesteś szczęśliwa?

15 sty

Z czasem okazało się, że z Koksem łączy mnie więcej niż dzieli, czego nie spodziewałabym się nigdy, przypominając sobie nasze pierwsze spotkania. Kiedy ujawniłam mu zaufanie, którym go darzę – silny, przystojny, inteligentny i dojrzały facet w zaciszu granatowej eLki okazał się być jeszcze większym pesymistą ode mnie, balansującym gdzieś między marzeniami a realiami, uginającym się pod niemałą ilością problemów. Zaczęłam rozumieć jego cyznim, sceptycyzm i podejście do mojej osoby na początku wspólnych zajęć. Przecież jestem kropla w kroplę taka sama! Przecież postępuję identycznie!

W listopadzie, szykując się do pierwszego egzaminu, jeździliśmy sobie po mieście i rozmawialiśmy o zbliżającym się końcu świata, o tym, że nic nam się nie podoba, że biegniemy do celu, którego i tak nie osiągniemy, że idzie zima, że ciemno, że drogo i ogółem, że pięknie nie jest. Po chwili zaczął zdradzać mi jakieś swoje tajemnice, które faktycznie okazały się być sprawami wagi ciężkiej. Uśmiechnęłam się – lubiłam go coraz bardziej.

Nastało milczenie. W radio jakieś komercyjne kawałki. Stoimy w korku. Pukam palcami po kierownicy, on pstryka długopisem. Zaczęło kropić…
- Zuzka… – zaczął niepewnie, wręcz niezręcznie, znów używając imienia innego niż powinien. Poczułam, że nasza rozmowa przejdzie na jeszcze poważniejsze tory.
- Hm…? – mruknęłam, niby od niechcenia.
- Nie jesteś szczęśliwa?

Zatkało mnie. Pewnie zaraz zaczniemy filozofować. Piękne pytanie. Pytanie, na które od czapy nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Więc szybko je przeinaczyłam.
- Czy mam szczęście? – uśmiechnęłam się do siebie i swego przedziwnego cwaniactwa. – Nie mam szczęścia, ani trochę. Za cokolwiek się nie wezmę – wszystko wypada z rąk, rozpada się, kończy przed czasem albo długo po czasie. Moje marzenia są realne, ale Fortuna bawi się ze mną w kotka i myszkę. W sferze marzeń nie daje, bezczelna, za wygraną…
- Doskonale cię rozumiem… – rzekł, kiedy ruszyliśmy z miejsca. – Mam dokładnie to samo.
Znów uśmiechnęłam się do siebie. W sumie nie mam pojęcia z jakiego powodu. Może odrobinę bez sensu.
- A czego ci brakuje do szczęścia?
– ciągnął temat.
Rzuciłam na niego szybkie spojrzenie. Wpatrzony we mnie niecierpliwie czekał na odpowiedź. Cholera, grząski teren! Szybko zaczęłam kombinować, jakby przeinaczyć kolejne pytanie Koksa, ale to już nie było takie łatwe. Tym bardziej, że była to moja pierwsza jazda po zmroku i wjeżdżaliśmy na najgorsze rondo w mieście, na którym nigdy nie wiem, o co chodzi. I jeszcze ten deszcz! Muszę być uważna na drodze! Nie w głowie mi życiowe rozkminy…  Ale w końcu musiałam mu coś powiedzieć.
- Nie wiem – wykrztusiłam i zakończyłam temat.

 

Od tamtego czasu pytanie Hardcorowego często wraca mi na myśl. Nie jestem szczęśliwa?
Powinnam być szczęśliwa: mam obie ręce, obie nogi, potrafię sama funkcjonować, do czasu większość moich marzeń spełniała się, uczę się dobrze, łatwo nawiązuję znajomości, mam kochającą rodzinę, dach nad głową, materialnie niczego mi nie brakuje. Czego chcieć więcej?
Z drugiej jednak strony: dobra passa, która dość długo mi towarzyszyła, odeszła gdzieś daleko zostawiając mnie zupełnie samą. Wyznaczone cele – zamiast być coraz bliżej, stoją w miejscu lub, o zgrozo! oddalają się niemiłosiernie. Przed wykonaniem jakiegokolwiek czynu pojawia się masa wątpliwości. Często podejmowane decyzje kończą się kleską. Najgorsza jest niepewność. Nie mam pojęcia co czeka mnie jutro, za pół roku czy za rok. Nie ma nikogo, kto tak naprawdę mógłby mnie wesprzeć, dodać otuchy, powiedzieć prawdziwie i życzliwie: „wszystko będzie dobrze”… Jestem tu sama?

Nie pytałam Koksa czy jest szczęśliwy. Każdy ma swoje problemy, to oczywiste, ale on miał wszystko, czego dziś pragnę ja: kochającą rodzinę, pracę, bagaż doświadczeń, które pokazały mu jak żyć. Już nic go nie zaskoczy, świat nie przewróci się do góry nogami. On wie, że za rok będzie w tym samym miejscu – że będzie zwiedzał znane mu na pamięć szare budynki naszego nieciekawego miasta… Jest pewien jutra.

Czego brakuje mi do szczęścia?
Zbyt mało przeżyłam, by wiedzieć, co tak naprawdę jest esencją szczęścia. Może faktycznie bliskość drugiej osoby i wsparcie z jej strony? Tak, kiedy żyła moja Babcia, zdecydowanie czułam się lepiej stąpając po tym świecie. Ale teraz? Teraz może powinnam znaleźć bratnią duszę, z którą byłoby mi najlepiej pod słońcem? Może nawet powinnam się zakochać opływając w komplementach, czułych słówkach, rodząc motyle w swoim własnym i jego brzuchu? Ale nic na siłę. Przecież to nie takie proste. Nie mam czasu dla siebie, jak więc mogłabym znaleźć czas dla kogoś innego? Już to przerabiałam…
Jestem cząstką neutrino i nie jest mi dobrze.

Niech mi ktoś powie… Jak to z tym szczęściem jest?
Rammstein – Mein Herz brennt

 
 

  • RSS