RSS
 

Notki z tagiem ‘egzamin’

Sprawozdanie

16 sie

Witam w nowym roku!
Jeszcze nigdy nie używałam tego zwrotu w połowie sierpnia. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Czy przy okazji powinnam już złożyć życzenia na zbliżające się Boże Narodzenie?

Od ostatniego wpisu minęło prawie osiem miesięcy. Dużo się w tym czasie wydarzyło, o czym, w ramach powrotu do bardziej regularnego pisania (Boże, daj mi tę wytrwałość!), trochę wspomnę.

M., która już wkrótce będzie obchodzić pierwszą rocznicę ślubu zostanie mamą. Niby normalna kolej rzeczy, prawda? Jednak ja, jak zwykle, nie omieszkałam ulec krótkiemu szokowi. Bo to dziwne uczucie, kiedy najbliższa koleżanka, z którą przecież jeszcze nie tak dawno spędzało się dzieciństwo, nosi pod swym sercem zaczątek nowego pokolenia. Dziś cieszę się razem z nią i jej lubym.
Zastanawiam się tylko po cichu która z nas, w chwilach największej słabości, byłaby w stanie bardziej zazdrościć tej drugiej. Ja jej – całkowitej życiowej stabilności i tego, że jej życie jest już poukładane, że ma prawie stuprocentową pewność obok kogo obudzi się za dziesięć lat przed odprowadzeniem dziecka (dzieci?) do przedszkola? Czy ona mnie – tej swobody z jaką mogę żyć choćby wyruszając na wakacje gdziekolwiek zapragnę, będąc niezależną od nikogo, nie myśląc o tym, że w domu siedzi facet czekający aż wrócę i wstawię pralkę z jego ciuchami?

K. aż trzy razy zmienił pracę. Dziś twierdzi, że znalazł sposób na swoje życie. Złożył papiery na studia i ma nadzieję, że uda mu się pogodzić pracę z nauką. Kupił auto, co jest jego pierwszym większym sukcesem, z którego ogromnie jest dumny.

A., z którą mocno zakolegowałam się w połowie drugiego roku studiów osiągnęła coś, o czym od dawna marzyła. W związku z tym, perfekcyjnie udając jej menadżera, towarzyszyłam jej w studiu regionalnej telewizji, wysyłając zza kamer pozytywne emocje zmniejszające jej stres podczas nagrania na żywo. A. walczy dalej o swoje marzenia stawiając dalsze kroki w dziedzinie, w której osiągnęła sukces.

A co u mnie? Jakieś gromy z jasnego nieba? Niespodzianki?
Jedynym sukcesem jest fakt, że ponad miesiąc temu moje wykształcenie wskoczyło na poziom: wyższe, a od października zacznę starać się o tytuł magistra. Póki co korzystam z wakacji i zamierzam solidnie wypocząć, choć pogoda jest obecnie nie najlepsza.

Może to i dobrze? Może dzięki temu uda mi się odezwać tu jeszcze w tym roku?

Komety – Bezsenne noce

 

Wszystko jest kwestią czasu

31 sty

Nie ma rzeczy niemożliwych!
Tak miałam zatytuować tę notkę, ale to przecież zbyt oczywiste. Bo wszystko jest możliwe – trzeba tylko dać sobie czas i porządnie uzbroić się w cierpliwość.
Często nasi znajomi dzielą się swoimi przemyśleniami, mówiąc jakie mają marzenia. Nierzadko wydają się one wygórowane lub po prostu nierealne. W myślach pukamy się w czoło – bujasz w obłokach, stary; za jakie pieniądze?; nie w tym życiu… Ale siedzimy cicho i uśmiechamy się tylko życzliwie, bo głupio jest tak odebrać komuś nadzieję. W końcu marzenia nic nie kosztują i są zawsze obecne w człowieku, choćby w jego najgorszych życiowych momentach.

To, że dostałam trójkę z egzaminu (choć bardzo marzyłam co najmniej o czwórce) idealnie pokazuje jak ważną rolę w naszym życiu odgrywa czas. Wszystkie semestralne zaliczenia czy kolokwia nałożyły się na jedną chwilę razem z egzaminem, więc nie było czasu, by porządnie się do niego przygotować. Jednak też wiem, że czas, który przeznaczyłam na naukę, wykorzystałam nie do końca tak, jak powinnam była. Mam również świadomość, że gdybym mogła go pisać później – zdałabym go i na pięć, a moje marzenie zwyczajnie by się spełniło.
Oczywiście, to tylko przykład. Trójka dla studenta to często dar niebios w trakcie sesji.

Tę sytuację można odnieść do wielu dziedzin życia. Chcesz zdobyć Mount Everest? Wyjechać do Paryża? Mieć świetną pracę? Cudowną rodzinę? Skoczyć ze spadochronem? Nic prostszego – daj sobie czas i rób wszystko, by to osiągnąć!

Dużo daje też wiara w to, o czym marzymy. Nie należy z czasem tracić nadziei czy zwyczajnie sobie odpuszczać, bo z takim nastawieniem nie osiągniemy niczego!

Ponownie zadam pytanie: czy stało się w moim życiu coś, co skłoniło mnie do takiego pozytywnego podejścia? Standardowo odpowiem: nie. Ale widzę i wiem, że można osiągnąć dosłownie wszystko – trzeba tylko chcieć i czekać, czynnie czekać!
Dzisiaj porządnie zastanowiłabym się nad stwierdzeniem, że jestem humanistką. Już w liceum mój umysł zaczął pracować inaczej, a myśli podążały trochę w innym kierunku niż zazwyczaj. Dziś myślę analitycznie, matematycznie, prawie że wzorami. I tak, choć to nie było moim marzeniem, stałam się ścisłowcem! Wszystko to przez czas i praktykę. A jeszcze całkiem niedawno mówiłam: „ja ścisłowcem? Nie, to niemożliwe…”.

Mam marzenie.
Do tej pory myślałam o nim jak o czymś nierealnym. Teraz wiem, że jest ono na wyciągnięcie ręki. Muszę tylko mocno chcieć, iść w jego kierunku i, przede wszystkim, uzbroić się w cierpliwość.

To tylko kwestia czasu. Wkrótce mi się uda!

 

Jesteśmy w kontakcie

30 cze

Starzeję się.
Z dnia na dzień.

Od kilku dni mam wakacje. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam takiej obojętności wobec obiecanej ilości wolnego czasu, beztroski i odpoczynku. Nie dociera do mnie, że przez najbliższe trzy miesiące mogę robić wszystko, na co mam ochotę bez konsekwencji straty czasu, który poświęciłabym na zrobienie jakiegoś bezsensownego projektu na wczoraj. Mogę wsiąść na rower, w samochód i zdobywać nieznane mi miejsca, tworzyć nowe historie, przeżywać wakacyjne przygody i być po prostu szczęśliwą…
Zero euforii.

Ogarnęła mnie niemożność. Wielka, głęboka niemożność, która przeszkadza mi cholernie, a której nie potrafię się wyzbyć. Zaczęło się jeszcze przed sesją. Teraz nie byłam tak zestresowana jak przed pierwszą, kilka miesięcy temu. Wiedziałam już na czym stoję, jak wszystko wygląda i uświadomiłam sobie w końcu, że poprawki nie są niczym złym. Ludzie podchodzą do pięciu poprawek i jakoś im się udaje dotrwać do następnego semestru. Postanowiłam, że nic na siłę. Zaliczę – dobrze. Nie zaliczę – poprawię. Uczyłam się z całych sił, ale to nie było do końca to, co mogłam z siebie wykrzesać. Trzy egzaminy odhaczone, czwarty jeszcze pod znakiem zapytania. Pod wielkim znakiem zapytania, bo statystyka – chińszczyzna i kicz. Choć chcesz – nie pojmiesz. Wizja poprawki nie przeraża mnie kompletnie. Szczerze mówiąc, chyba by mnie nawet ucieszyła. Ale póki co – mam cichą nadzieję chociaż na trójkę.

Taka ot sobie niemożność.

Żałuję, że na świecie jest tak mało wartościowych ludzi.
Inaczej.
Żałuję, że wokół mnie jest tak mało wartościowych ludzi. Kiedy już do kogoś się przywiążę, zawsze spadnie jakiś grom, który wszystko zepsuje, przeinaczy i zostawi mnie z pustką w głowie albo mętlikiem – sama już nie wiem.

Żyło obok mnie Dobre Słowo, o którym nigdy tu nie wspominałam. Dobre Słowo, bo potrafiło doradzić, pocieszyć, pomóc w rozterkach czy w podejmowaniu ważnych decyzji. Było normalne, aż zaskakująco proste w swej normalności, czego nie potrafię zrozumieć do dzisiaj. Pomagaliśmy sobie, dzwoniliśmy do siebie o każdej porze dnia i nocy, tkwiliśmy w przyjaźni, o której w zasadzie nigdy nie mówiliśmy na głos. Dobre Słowo, starsze ode mnie o kilkanaście ładnych lat, uczyło mnie swym doświadczeniem i swymi radami jak żyć i podchodzić do pewnych sytuacji.
Sprawy zawodowe wymusiły przeprowadzkę. Dobre Słowo spakowało całe swoje serce w kartony oraz walizki i rzekło: wyjeżdżam. Ze łzami w oczach rzuciliśmy się sobie mocno i długo w ramiona.
- Musisz mnie jak najszybciej odwiedzić – poczułam ciepły szept na swym uchu.
- Odwiedzę – powiedziałam cichym, łamiącym się głosem i zostałam sama.
Nie ma co płakać. Moje Dobre Słowo zamieszkało w mieście, gdzie studiuję. Od czasu do czasu będziemy się spotykać na kawie, wspólnej pogawędce czy wsparciu duchowym. Jednak to już nie to samo. Nie będę wiecznie tam studiować, a kontakt i tak z czasem się urwie. Jestem załamana, skopana jak pies i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Od kilku dni odbijam się od ścian jak piłka i szukam sensownego zajęcia. O pracy też nie ma mowy, bo nigdzie nikogo nie szukają. Zostałam sama.
Teraz pozostała mi tylko stara dobra Coma, która na bieżąco dokładnie wie, co u mnie i dokoła mnie.

„Zapomniałem, że od kilku lat
wszyscy giną jakby nigdy ich nie miało być.
W stu tysiącach jednakowych miast
giną jak psy...”

„Jesteśmy w kontakcie”
Tymi słowami żegnałam się z ludźmi na studiach przed wakacjami. Również tymi słowami pożegnaliśmy się z moim Dobrym Słowem. Powtarzaliśmy je jak mantrę do ostatniej chwili. W związku z tym wszystko ma być w porządku, okej i żyje się dalej…

Nie wyobrażam sobie teraz trzech miesięcy beztroskich myśli i wolnego czasu. Na dzień dzisiejszy czuję się fatalnie.
Jak będzie dalej?

The Cuts – Martwy kwiat

 

Rok przełomu

01 sty

Nigdy nie robiłam rocznych podsumowań. Sama nie wiem, dlaczego. Może z lenistwa, z braku ochoty czy w ogóle nie miałam takiej potrzeby. W tym roku wydarzyło się jednak zbyt dużo, by miało to jedynie odbić się echem we wspomnieniach. To rok przełomu, nie szczęśliwy, nie smutny… Taki – jakiś, a jednak znaczący.

Zdałam maturę.
To, co wydawało mi się wcześniej osiągalne, ale jednak porównywalne z nadprzyrodzonymi cudami, mam za sobą. To największy sukces całego tego roku. W końcu od wielu lat myślałam o tym strasznym egzaminie, sama się nakręcając niemożliwie. Teraz, z biegiem czasu zauważam, że to nieodzowny element życia człowieka wykształconego co najmniej średnio. I nie było tam nic strasznego. Nikt nie gryzł, nikt nie torturował, nikt nie śmiał się z ewentualnego podknięcia. Nawet mogłabym stwierdzić, że maturę wspominam miło…

Choroba i śmierć Dziadka.
To najgorsza rzecz, jaka spotkała mnie w tym roku, która niweluje wszystkie sukcesy i radości. Nie będę się rozpisywać w tym temacie. Mogę jedynie stwierdzić, że w tym roku brałam udział w większej ilości pogrzebów niż dotychczas w całym swoim krótkim życiu. Smutne.

To tyle z rzeczy namacalnych, powiedzmy – fizycznych. Prawdziwe zmiany zaszły we mnie.

Długie wakacje, a w tym wspomniane odejście jednej z najukochańszych osób i skupienie bliskiej rodziny utwierdziło mnie w jednym. Nie ma rzeczy ważniejszej niż rodzina, a co za tym idzie – uczucia. Bliskość, szczerość, czyjaś pomoc czy sama obecność to bardzo wiele. Przekonałam się o tym wystarczająco.

Stałam się otwarta na ludzi. Do teraz dziwię się, jakim cudem mogło to nastąpić. Ja, posępna, Smutna Dziewczyna, trzymająca ludzi na dystans nagle zaczęłam ich lubić?  Tak! To już przechodzi ludzkie, moje małe, rozumkowe pojęcie.
Jestem szczera, mówię o tym, co leży mi na sercu. Wzmogła się asertywność. Potrafię powiedzieć „nie” bez żadnych problemów. Zaczęłam patrzeć ludziom prosto w oczy. Nawet nie wiem, dlaczego nie potrafiłam tego wcześniej – w końcu nie mam niczego do ukrycia ani czego się wstydzić. Zauważyłam jednak, że takie notoryczne patrzenie w oczy krępuje moich rozmówców. W związku z tym stałam się silniejsza, odważniejsza w relacjach międzyludzkich, zdecydowanie pewniejsza i bardzo mi z tym dobrze. Walczę o swoje, już nie jestem oportunistą, jak było to zazwyczaj. Momentami mogłabym określić siebie jako osobę bezwzględną… Jednak, co dziwne, nikogo to nie zraża; grono znajomych poszerza się w niesamowitym tempie!

Stwierdziłam, że rzeczywiście nie ma rzeczy niemożliwych. Nie wynika to z autopsji, ale z własnych przekonań i odpowiedniego myślenia. Skróciłam drabinę działania o jeden szczebel. Ten o nazwie „muszę to zrobić/mieć za wszelką cenę” porąbałam siekierką. Przecież nic na siłę, nie do ostatniej kropli krwi… To niezdrowe, stresujące i kradnące czas. Obecnie najwyższy szczebelek nosi nazwę „spróbuję”. W końcu to nic nie kosztuje, a daje wiele możliwości, budzi nadzieje, którymi ostatnio jestem przepełniona i zapewnia choć odrobinę wolnego czasu. Stałam się spokojniejsza…

Bardzo poprzestawiało się w mojej głowie.
Niepewnie mogę przyznać się, że z pesymistki stałam się pełną nadziei realistką, a moje życiowe motto obróciło się znacząco…

Najpierw miłość (rodzina), a dopiero potem cała reszta.

Kayah & Bregovic – Tabakiera

 

Próba ognia

01 lut

O 8:45 wsiedliśmy do wyziębionej eLki. Wsteczny i na miasto.

Z czasem okazało się, że idzie mi coraz gorzej. Nie ma się co dziwić, w końcu przez ostatnie dwa miesiące nie prowadziłam auta. Ale Koksu zamiast mi pomóc, obrał taktykę koksowo-wrześniową, czyli powtórka z początku naszej znajomości. Nie mam pojęcia w jakim celu. Pewne jest tylko to, że znów były krzyki, ochrzany, głupie pytania w stylu: „i po co to?”, a nawet przekleństwa. Siedziałam cicho, choć miałam ochotę mu pięknie odwarknąć. Nosz kurczę, ile masz lat? - wróciło mi na myśl pytanie z września, ale nie wdawałam się w jakiekolwiek dyskusje. Zaraz egzamin; ty tu jesteś tylko dodatkiem, choć byłoby miło, gdybyś powiedział, co robię nie tak - pomyślałam. Kiedy na pół godziny przed egzaminem pocisnął mi po hamulcach, bo „coś tam, coś tam…”, stwierdziłam, że jego zdaniem powinnam sobie odpuścić. Dajesz mi, facet, naprawdę przeogromne wsparcie.

9:50 – podjeżdżamy pod WORD. „Powodzenia!” – krzyczy. „Tia…” - mamroczę pod nosem ze złości i zatrzaskuję za sobą drzwi.
Po zameldowaniu odpowiednim twarzom, że jestem, poszłam do toalety poprawić makijaż („Powinnaś się częściej malować” – rzekła mama pomagając w przygotowaniach na studniówkę). Nawet jak robisz coś źle, musisz przy tym dobrze wyglądać… Przeciągając tuszem po rzęsach przypomniały mi się pewne, zasłyszane niedawno historie.

M. podczas swojego pierwszego egzaminu oblała, bo nie potrafiła w nowym samochodzie wyczuć sprzęgła i tych innych technicznych spraw. Za drugim oblała, bo do końca nie opuściła ręcznego na wzniesieniu. „Wykup sobie 15 minut jazdy próbnej, żeby się rozeznać w sprzęcie” – radziła. Radę zbagatelizowałam. Teraz zaczęłąm żałować. Poza tym, znajomi są już poumawiani na piąte egzaminy, bo poprzednimi razy się nie udało. A egzaminatorzy? Wielkie państwo lubiące udupiać na byle czym.
Przeciągając usta błyszczykiem doszłam ostatecznie do wniosku, że przyszłam tu z ciekawości. Skoro ludzie mają tak wielkie trudności, żeby to zdać, a ja nie mam szczęścia do niczego (choćby do teorii), to popatrzę chociaż, jak taki egzamin wygląda, żeby móc przygotować się na następny raz. Teraz to tylko taka próba, dla picu.

9:58 – weszłam do poczekalni. Masa przestraszonych oczu spojrzała na mnie łaskawie. „Dzień dobry” – warknęłam pod nosem z uczuciem skumulowanej złości na Koksa i świadomością swej beznadziejności. Usiadłam obok jakiegoś chłopaczka, który był bardziej wystraszony od wszystkich czekających razem wziętych i zaczęłam rozpinać płaszcz.
A więc to tu. Rozglądałam się dokoła. To tu spędzę niemałą ilość czasu czekając na swoją kolej. M. opowiadała, jak była umówiona na 12:00, a zaczynała egzamin po 13:30. Dobrze, przynajmniej będzie czas, żeby pomedytować jeszcze nad ułożeniem odpowiednich zbiorników pod maską i włączaniem świateł. Jeszcze nie rozpięłam ostatniego guzika, kiedy z głośnika uleciało stanowcze: „Smutna Dziewczyna proszona do strefy rozpoczęcia egzaminu”. Już? Ale… dokąd mam iść? Przestraszony chłopaczek wskazał drzwi na zewnątrz. Wyszłam.

Stojąc zaledwie pół minuty na mrozie, zapinając z powrotem płaszcz, stwierdziłam, że trzeba byłoby się trochę zestresować. W końcu co to za egzamin bez stresu, nerwów i spoconych dłoni, nawet jeśli z góry wiadome jest, iż się go obleje?
Nie zdążyłam się zestresować. Młody pan Egzaminator stał już za moimi plecami. „Zapraszam do auta” – rzekł, wskazując na czerwone Clio nr 5. To już – próba ognia, która zamiast być tylko próbą, stała się prawdziwym ogniem.

Jakiś czas temu stwierdziłam, że jeśli uda mi się wyjechać na miasto – będzie to CUD. Ze światłami ani sprzętem pod maską nie było problemu. Fajkę miałam w małym paluszku (o dziwo, zgodnie ze słowami Koksa). Naprawdę zabawnie wyglądał Egzaminator, który latał wokół auta jak kot z pęcherzem! Problem stanowiło zaś wzniesienie, którego nigdy nie robiłam na placu tylko zawsze na mieście, gdzie kompletnie mi to nie wychodziło. Podjeżdżam pod górkę, ukosem do kierunku jazdy, bo… bo tak wyszło, zatrzymuję się, dłoń spoczęła na ręcznym i do przodu! Chyba wyszło, bo po chwili kazano mi wyjechać na miasto.

- Kiedy będzie pani gotowa, proszę ruszyć.
Przypomniał mi się filmik, który oglądałam minionego wieczoru na temat przebiegu egzaminu praktycznego z radami dotyczącymi stresu (który nawet nie próbował mnie ogarnąć). „Zanim wyruszysz na miasto, weź głęboki oddech, policz do dziesięciu i spokojnie rusz” – powiedziano. Przyznaję, rozbawiło mnie to zdanie do rozpuku! Jednak, kiedy sama znalazłam się w takiej sytuacji, z poważną miną wykonałam ową czynność. Egzaminator dał do zrozumienia, że już się niecierpliwi, więc skończyłam medytacje.

No, to ruszamy!

Trzydzieści pięć minut. Egzaminator znudzony jak ja podczas oglądania ambitnego filmu „Ludzie Boga”, wzdycha, mamrocze coś pod nosem, przewraca oczami, nieprzychylnie komentuje i czeka na moją reakcję. A ja? Spływa to po mnie jak po kaczce. Z poirytowaną miną robię swoje, wcale się nie odzywam i spokojnie wykonuję dalsze polecenia. Wzbiera we mnie złość, że jestem nieprzygotowana, że marnuję tyle pieniędzy na cały ten kurs, jazdy doszkalające i kolejne egzaminy, które przede mną; że marnuję tyle czasu…
Wracamy do WORDu.

Silnik wyłączony. Z miną obojętną czekam na wygłoszenie jakiegoś kazania. W końcu naliczyłam się tylu skamleń, jęków, narzekań, komentarzy pod nosem czy westchnień. W głowie układam plan jak skombinować pieniądze na następny egzamin. „Kurczę, nie wyrobię się w pół roku” – myślę, obawiając się zdawania w czerwcu nowej teorii.
- Ludzie bardzo inteligentni nie powinni posiadać dokumentu prawa jazdy, bo za dużo myślą za kierownicą – słyszę i niebardzo wiem, o co chodzi. Nie owijaj w bawełnę; mów, że zapraszasz na następny raz, bo nie zdążę na najbliższy autobus do domu.Jednak nie zrobiła pani żadnego błędu, więc… – westchnął, po czym słodko się uśmiechnął – wynik pozytywny. Gratuluję!

A ja?
Z miną obojętną, a nawet nadal poirytowaną mruczę pod nosem bardzo długie „mhmm” i wychodzę z auta. Jedyną emocją jaka się we mnie pojawiła było zdziwienie z odrobiną zażenowania: i o taki banał tyle zamieszania? Bezstresowe pstryknięcie palcami i masz, co chcesz...
Zadowolenie przyszło dopiero na kilka dni po wszystkim, kiedy w szkole zaczęli podziwiać i gratulować zdania za pierwszym. Apogeum szczęścia nastąpiło dziś. Po tygodniu… Najwidoczniej, do pozytywnych emocji też trzeba dojrzeć.
I po raz kolejny staropolskie przysłowie: „miej wyje*ane, a będzie ci dane” okazało się w moim przypadku prawdą. Nie ukrywam, bardzo miła niespodzianka…

M. zdała za trzecim razem, trzy dni po mnie.

 

PS. Uwaga! To, że zdałam prawko wcale nie oznacza, iż umiem parkować. Bo za Chiny Ludowe nie umiem .
A swoją drogą ciągle zachodzę w głowę, o co chodziło Egzaminatorowi z tekstem o „ludziach bardzo inteligentnych”. Chyba jestem na to za głupia…

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii O mnie

 

Zima z radiem

22 sty

To pierwszy raz i mam nadzieję, że jednocześnie - ostatni. Ze znajomymi nie cieszyliśmy się wcale na ferie. W końcu co to za wolne, kiedy musisz się uczyć do matury? Plany były ambitne: ogarnąć całą cytologię, biochemię i botanikę oraz przeliczyć z chemii wszystko, co jest możliwe do przeliczenia, napisać pracę na ustny polski i jednocześnie przy tym wszystkim odpocząć.
Skończyłam „Granicę”, przeliczyłam efekty energetyczne reakcji chemiczych, a biologii nawet nie powąchałam. Pięknie, w sobotę olimpiada biologiczna. Nie szkodzi, nie zależy mi na niej. Rok temu brałam w niej udział i wiem, że potrzebnego poziomu wiedzy na ową olimpiadę nie osiągnę nigdy. Zrobię sobie chociaż przejażdżkę i wstanę wcześniej, by tam dojechać.

Bo przesypiam całe ferie!
Zauważyłam, że z roku na rok w wolnym od szkoły czasie chodzę coraz później spać. W tym roku czwarta nad ranem to norma. Pobudka o 13:30, chociaż dzisiaj nawet o 14:00… Chodzę z kalkulatorem - „będę liczyć!”, „czas się pouczyć!” – mówię sobie i… idę sprzątać.
Tak, ferie to jedyny czas, kiedy sprzątam sama z siebie, bez przymusu. W domu zrobiło się piękniej, czyściej, przytulniej; w końcu ostatnią taką operację przeprowadziłam rok temu…

Zepsuł się telewizor w kuchni. Jego obecność tam to ciekawa sprawa, wiem; ale owy sprzęt w tym pomieszczeniu mnie nie dziwi, bo stoi tam odkąd pamiętam. Pewnie, gdyby było inaczej, na żaden telewizor w kuchni bym się nie zgodziła. Nawet za milion dolarów. Przerzuciłam się więc na radio, bo w domu nie może panować cisza. Włączamy telewzior tylko po to, żeby ten kradł prąd. W tym samym czasie czytamy książki, rozmawiamy, pracujemy, włączamy komputer, robimy zupełnie co innego… Żyjemy sobie po swojemu, na tle hałasującego pudła (czyt. telewizora).
Cała rodzina zmuszona jest teraz do słuchania Merkurego (polecam!). Jest nawet przyjemniej. Ciekawe audycje, regionalne wiadomości, zmysłowe głosy (wpadł mi ktoś w ucho) i muzyka dla każdego. Pudło jest już naprawione, ale zdaje się, że wszyscy domownicy o nim zapomnieli. Zdrowiej.

Nigdzie nie chciałam jechać, bo miałam się uczyć. Nigdzie nie pojechałam, uczyć – też się nie uczyłam, ale tak to już z moimi planami jest. Ze znajomymi się nie spotykam, bo powyjeżdżali, pochorowali, porozkochiwali się… Pod koniec tygodnia jadę do miasta pogadać z doradcą zawodowym (uwielbiam swoją szkołę za chęć pomocy maturzystom!) i na jazdy. Zbliża się egzamin. Koksu wspiera jak może, choć to bez sensu, ponieważ i tak nie zdam. To taka jazda próbna, bo za pierwszym razem nie zdałam… teorii. Skoro nie potrafiłam zdać testu, do którego miałam odpowiedzi i byłam perfekcyjnie (!) przygotowana, to co z tą maturą, pytam? Eee tam… Do dziś się z tego chichram pod nosem!
Swoją drogą, teraz po wprowadzeniu nowych zasad – prawie nikt nie zdaje teorii za pierwszym razem. Nie jest źle.

Siedzę rozleniwniona w kuchni, sączę gorącą kawę, czytam „Sublokatorkę” H. Krall, pies goni swój ogon, w tle gra radio… Do zamknięcia tej pięknej kompozycji brakuje tylko papierosa między palcami, wielkiech, włochatych, puchatych skarpetek, które w końcu by mnie ogrzały i wyostrzenia barw w urojonym fotoszopie.

Mietek Szcześniak – Spoza nas – nutka prosto z radia. Rozpływająca się po ciele bossa nova i piękne słowa księdza Twardowskiego. I w sumie mogłoby pozostać tak już na zawsze, ale siedzi we mnie coś, co popycha do przodu… Bezczelne.

 

Nie jesteś szczęśliwa?

15 sty

Z czasem okazało się, że z Koksem łączy mnie więcej niż dzieli, czego nie spodziewałabym się nigdy, przypominając sobie nasze pierwsze spotkania. Kiedy ujawniłam mu zaufanie, którym go darzę – silny, przystojny, inteligentny i dojrzały facet w zaciszu granatowej eLki okazał się być jeszcze większym pesymistą ode mnie, balansującym gdzieś między marzeniami a realiami, uginającym się pod niemałą ilością problemów. Zaczęłam rozumieć jego cyznim, sceptycyzm i podejście do mojej osoby na początku wspólnych zajęć. Przecież jestem kropla w kroplę taka sama! Przecież postępuję identycznie!

W listopadzie, szykując się do pierwszego egzaminu, jeździliśmy sobie po mieście i rozmawialiśmy o zbliżającym się końcu świata, o tym, że nic nam się nie podoba, że biegniemy do celu, którego i tak nie osiągniemy, że idzie zima, że ciemno, że drogo i ogółem, że pięknie nie jest. Po chwili zaczął zdradzać mi jakieś swoje tajemnice, które faktycznie okazały się być sprawami wagi ciężkiej. Uśmiechnęłam się – lubiłam go coraz bardziej.

Nastało milczenie. W radio jakieś komercyjne kawałki. Stoimy w korku. Pukam palcami po kierownicy, on pstryka długopisem. Zaczęło kropić…
- Zuzka… – zaczął niepewnie, wręcz niezręcznie, znów używając imienia innego niż powinien. Poczułam, że nasza rozmowa przejdzie na jeszcze poważniejsze tory.
- Hm…? – mruknęłam, niby od niechcenia.
- Nie jesteś szczęśliwa?

Zatkało mnie. Pewnie zaraz zaczniemy filozofować. Piękne pytanie. Pytanie, na które od czapy nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Więc szybko je przeinaczyłam.
- Czy mam szczęście? – uśmiechnęłam się do siebie i swego przedziwnego cwaniactwa. – Nie mam szczęścia, ani trochę. Za cokolwiek się nie wezmę – wszystko wypada z rąk, rozpada się, kończy przed czasem albo długo po czasie. Moje marzenia są realne, ale Fortuna bawi się ze mną w kotka i myszkę. W sferze marzeń nie daje, bezczelna, za wygraną…
- Doskonale cię rozumiem… – rzekł, kiedy ruszyliśmy z miejsca. – Mam dokładnie to samo.
Znów uśmiechnęłam się do siebie. W sumie nie mam pojęcia z jakiego powodu. Może odrobinę bez sensu.
- A czego ci brakuje do szczęścia?
– ciągnął temat.
Rzuciłam na niego szybkie spojrzenie. Wpatrzony we mnie niecierpliwie czekał na odpowiedź. Cholera, grząski teren! Szybko zaczęłam kombinować, jakby przeinaczyć kolejne pytanie Koksa, ale to już nie było takie łatwe. Tym bardziej, że była to moja pierwsza jazda po zmroku i wjeżdżaliśmy na najgorsze rondo w mieście, na którym nigdy nie wiem, o co chodzi. I jeszcze ten deszcz! Muszę być uważna na drodze! Nie w głowie mi życiowe rozkminy…  Ale w końcu musiałam mu coś powiedzieć.
- Nie wiem – wykrztusiłam i zakończyłam temat.

 

Od tamtego czasu pytanie Hardcorowego często wraca mi na myśl. Nie jestem szczęśliwa?
Powinnam być szczęśliwa: mam obie ręce, obie nogi, potrafię sama funkcjonować, do czasu większość moich marzeń spełniała się, uczę się dobrze, łatwo nawiązuję znajomości, mam kochającą rodzinę, dach nad głową, materialnie niczego mi nie brakuje. Czego chcieć więcej?
Z drugiej jednak strony: dobra passa, która dość długo mi towarzyszyła, odeszła gdzieś daleko zostawiając mnie zupełnie samą. Wyznaczone cele – zamiast być coraz bliżej, stoją w miejscu lub, o zgrozo! oddalają się niemiłosiernie. Przed wykonaniem jakiegokolwiek czynu pojawia się masa wątpliwości. Często podejmowane decyzje kończą się kleską. Najgorsza jest niepewność. Nie mam pojęcia co czeka mnie jutro, za pół roku czy za rok. Nie ma nikogo, kto tak naprawdę mógłby mnie wesprzeć, dodać otuchy, powiedzieć prawdziwie i życzliwie: „wszystko będzie dobrze”… Jestem tu sama?

Nie pytałam Koksa czy jest szczęśliwy. Każdy ma swoje problemy, to oczywiste, ale on miał wszystko, czego dziś pragnę ja: kochającą rodzinę, pracę, bagaż doświadczeń, które pokazały mu jak żyć. Już nic go nie zaskoczy, świat nie przewróci się do góry nogami. On wie, że za rok będzie w tym samym miejscu – że będzie zwiedzał znane mu na pamięć szare budynki naszego nieciekawego miasta… Jest pewien jutra.

Czego brakuje mi do szczęścia?
Zbyt mało przeżyłam, by wiedzieć, co tak naprawdę jest esencją szczęścia. Może faktycznie bliskość drugiej osoby i wsparcie z jej strony? Tak, kiedy żyła moja Babcia, zdecydowanie czułam się lepiej stąpając po tym świecie. Ale teraz? Teraz może powinnam znaleźć bratnią duszę, z którą byłoby mi najlepiej pod słońcem? Może nawet powinnam się zakochać opływając w komplementach, czułych słówkach, rodząc motyle w swoim własnym i jego brzuchu? Ale nic na siłę. Przecież to nie takie proste. Nie mam czasu dla siebie, jak więc mogłabym znaleźć czas dla kogoś innego? Już to przerabiałam…
Jestem cząstką neutrino i nie jest mi dobrze.

Niech mi ktoś powie… Jak to z tym szczęściem jest?
Rammstein – Mein Herz brennt

 
 

  • RSS