RSS
 

Notki z tagiem ‘dziewczyna’

Pożegnanie

31 gru

Tyle razy obiecywałam sobie tu wrócić. Niejednokrotnie moje myśli wędrowały w to miejsce, ale czas i okoliczności nie pozwalały być skrupulatnym w co chwilę odnawianym postanowieniu. A kiedy już postanowiłam poprawę okazało się, że za miesiąc blog odejdzie w internetowe zapomnienie i cały mój tutejszy dobytek przepadnie z kretesem.

Zgodnie z tradycją powinnam napisać sprawozdanie z zeszłego roku, który obfity był w wiele wyjazdów, zwłaszcza wakacyjnych, i nieoczekiwanych przygód, które na długo zostaną w mej pamięci (drogi Pesymisto, przepraszam! Nie dałam rady do 15 lipca, ale jak widzisz zdążyłam nakreślić jeszcze parę słów w tym roku!). Dziś jest również idealny dzień na podsumowanie kończącego się roku. Na opowieści o moich znajomych: o A., której kariera cały czas się rozwija, o K., z którym już nie utrzymuję kontaktu i o M., której córka za kilka dni obchodzić będzie roczek. Jednak pozwolę zwolnić się z „obowiązku” opisywania ostatnich dwóch lat. Za chwilę i tak to wszystko przepadnie…

Blog ten prowadziłam przez ponad pięć lat, choć ostatnią moją aktywność trudno nazwać prowadzeniem. Pamiętam to czerwcowe popołudnie, kiedy w stojącym w kącie telewizorze puszczano transmisję rozpoczęcia Euro 2012, a ja w tym czasie bawiłam się w naukę bloga i pierwszą notkę. Dziś, po przeczytaniu kilku swoich pierwszych wpisów wiem, że nie umiałabym już pisać z takim polotem i fantazją jak kiedyś. Jednak, mimo wszystko, w planach mam założenie nowego bloga, w którym będę mogła się wygadać, w miarę możliwości czasowych. Jeśli ktoś tu jeszcze zagląda i jest ciekaw moich dalszych historii, proszę odezwać się na skrzynkę: smutna_dziewczyna@wp.pl W odpowiedzi podam link, o ile rzeczywiście nowy blog powstanie.

Dziś nie ma też już Smutnej Dziewczyny. Staram się twardo stąpać po ziemi, podchodząc do życia realistycznie. Staram się nie smucić. Wręcz przeciwnie – cieszyć się choćby najmniejszymi szczegółami, które dla innych są nieistotne lub nawet niezauważalne.

Przez te lata wydarzyło się wiele i wiem, że jeszcze wiele przede mną. W kilku ostatnich notkach wspominałam, że mam marzenie. Po długim czasie dążenia do jego realizacji, walki i modlitw w końcu się udało! I teraz mam tylko nadzieję, że podołam tym wszystkim obowiązkom, które spoczęły na moich barkach po jego spełnieniu. To mój nowy cel.

Dziś składam moim wszystkim Czytelnikom najszczersze życzenia, aby Nowy Rok był lepszy niż poprzedni, a przede wszystkim, by nasza dalsza życiowa droga była prosta, pełna sukcesów i słońca!

Do zobaczenia!

 

Dynamicznie, ale stabilnie

25 gru

Po kilkumiesięcznej nieobecności powinnam rozpocząć nową notkę opisując jakieś spektakularne zdarzenie, sytuację czy osobę, które zmieniły przez ten czas mnie i mój świat o 180 stopni i dzięki którym nie miałam chwili, by tu zajrzeć. Dlatego powinno być coś o miłości czy przyjaźni, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba lub o innym przyjemnym zdarzeniu, które miało na mnie diametralny, a przede wszystkim pozytywny wpływ.

Nic z tych rzeczy.

Mówili, że z upływem lat czas biegnie coraz szybciej. Przenajświętsza prawda. Boję się tylko, co będzie dalej skoro życie już nabrało niezłego tempa. Tak oto, mimo szczerych chęci, nie odzywałam się, bo… bo za dużo tego wszystkiego naraz.

Dlatego wspomnę troszkę, co działo się u mnie przez te ostatnie miesiące.

Nie powinnam narzekać na wakacje, mimo że w sumie nigdzie nie wyjechałam, by odpocząć tak, jakbym tego chciała. Góry za daleko, by ktokolwiek był chętny zabarać się ze mną do pięknego Zakopanego. Morze zbyt banalne, by tracić na nie pieniądze, których i tak nie mam… Dlatego ciągle podróżowałam między swoją miejscowością a miastem, w którym studiuję.
W tym wolnym czasie miałam okazję poznać miejsca, na których zwiedzenie czy nawet zapoznanie nie było czasu w trakcie roku akademickiego. Spędziłam bardzo udany tydzień z S., z którą przejeżdżałyśmy na rowerach Miasto Kamienic z północy na południe i z zachodu na wschód kilka razy. Byłam na dwóch castingach (żeby móc opowiadać wnukom), gdzie z jednego wyłonili mnie do zagrania w filmie, który wejdzie na ekrany kin po Nowym Roku (tylko nie pytajcie o tytuł). Zwykłe statystowanie – całkiem możliwe, że nawet nie załapałam się w kadrze. Jednak uważam to za świetne przeżycie i wiem już jak wygląda praca na planie – cholernie trudno i wyczerpująco.
Byłam też na koncertach dwóch skrajnych muzycznie i światopoglądowo zespołów, gdzie nawet udało mi się poznać wokalistę jednego z nich i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Później namiętnie(!) oglądałam jeden z kiczowatych programów telewizyjnych, w którym ów pan brał udział. Nawet byłam bliska wysłania na niego SMSa przez sympatię jaką zaczęłam do niego żywić po krótkiej rozmowie, ale resztkami rozumu zdołałam się opamiętać.
Co jeszcze działo się w wakacje – nie pamiętam. Chyba już nic nadzwyczajnego, co nie zostało w mej pamięci.
Poza tym – tęsknie za latem. Dziś uszczęśliwia mnie tylko fakt, że przyszła zima (która na szczęście wygląda jak nie-zima) i dni będą teraz coraz dłuższe. Zejdzie ze mną chandra wywołana szybką szarugą i ciemnością za oknami.

Nowy rok akademicki.
Na pierwszym roku mówili nam: wybraliście sobie najtrudniejszy kierunek jaki istnieje. Trudniejszy nawet od medycyny (?). Słysząc te słowa – płakaliśmy ze śmiechu. Na drugim roku również płaczemy, ale tym razem z braku czasu, nadmiaru pracy i bezsilności, bo materiału do nauczenia jest w pip i jeszcze trochę. Profesorowie rok temu mieli rację i jeszcze próbowali nas nawrócić. Niestety, w stałym, pierwszorocznym składzie, wspólnie przechodzimy przez męki i katusze drugiego roku.
Jednak mogę dodać, że uwielbiam biochemię i wcale nie jest to sarkazm (ci, co mieli z nią styczność wiedzą, co mam na myśli). Genialnie jest znać cały proces biochemiczny oddychania komórkowego wraz ze wszystkimi biorącymi w nim udział enzymami oraz pozostałe szlaki: pentozofosforanowe, glikolityczne, liposyntetyczne i takie tam… W sumie nie wiem na dzień dzisiejszy jaki jest cel mojej znajomości owego materiału, ale szczerze cieszę się, że to umiem i nawet, trochę po cichu, jestem z siebie dumna. Humanistka z cyklem kwasu cytrynowego w małym paluszku. Fajna jestem, no!
Oczywiście przechodziłam kryzysy. Do połowy listopada myślałam (wraz z większą ekipią), że może trzeba rzucić to wszystko w cholerę. Ale to była kwestia przyzwyczajenia i wdrożenia się w nowy rytm dobowy: uczelnia – nauka – sen i nic więcej, z dość częstą eliminacją snu w ciągu dnia. Przykre jednak stało się mechaniczne życie: byle do piątku, byle do świąt, byle do sesji… Dziś jest wszystko w porządku i czas myśleć o nieubłaganie zbliżających się egzaminach.

K. pięknie zdał maturę, dostał się na wymarzone studia, zrezygnował ze studiów, załapał się do jakiejś pracy, po Nowym Roku wybiera się do nowej i jest zadowolony. Trochę go podziwiam – był zdeterminowany i pewien tego kierunku, jednak po dość krótkiej chwili potrafił podjąć odważną decyzję: nie, to nie to. Ja chyba bym się trochę bała… Ale niech wiedzie mu się najlepiej!

Hm… to chyba tyle u mnie. Jak widać – nic nowego poza faktem, że nie mam czasu praktycznie na nic. Chociaż teraz, w te dni mogę trochę usiąść i się odmóżdżyć. Mam pod sobą dzieci i robię za etatową ciocię. Nie mam pojęcia jak sprawdzam się w tej roli, jednak włączają mi się pewne instynkty i obawiam się, że szybko się ich nie wyzbędę. No, ale to chyba dobrze. 

Życzę Wam wszystkiego dobrego z okazji świąt i nadchodzącego 2015 roku. I, jak to często mówi mój znajomy, keep smiling!

Etatowa ciocia,
S. Dziewczyna

 

W lustrze

12 sie

Przeglądam się w lustrze.

Jestem opalona. Tak niesamowicie i intensywnie, aż nie mogę uwierzyć, że to moje odbicie. Moje ciało tworzy piękny kontrast z białą bielizną tak, że postanawiam nosić do końca wakacji tylko jasne ubrania. Spoglądam na siebie od stóp do głów. Włosy krótkie, ścięte w czerwcu na Natalie Portman w „Leonie Zawodowcu”, zaraz dosięgną karku. Ramiona i uda całkiem zgrabne od okolicznościowego pływania. Talia mogłaby być bardziej wcięta, ale nie jest źle. Piersi małe, co w sumie lubię tylko latem, kiedy paraduję w samej koszulce, a przez resztę roku przykrywam push-up’em – takie tam małe oszustwo. I cholernie zgrabne nogi. Te, które przez jedenaście miesięcy w ciągu roku chowam pod spodniami, bo spódniczki/sukienki toleruję tylko w towarzystwie szpilek, obcasów, koturnów czy innych „podwyższeń”, których obługiwać na ogół nie potrafię.

W zasadzie… fajna ze mnie dziewczyna.

Moje metr pięćdziesiąt osiem utwierdza mnie ciągle, że w oczach innych wyglądam jak dziecko. Nic bardziej mylnego. W kieszeni trzymam dowód, kiedy wybieram się z moim K. na piwo lub kupuję spirytus do nalewki domowej roboty. Jak się za każdym razem okazuje – niepotrzebnie go ze sobą dźwigam. Kompletny szok przeżyłam kilka dni temu, kiedy dwie obce, wyższe ode mnie dziewczyny z pogranicza gimnazjum i liceum mówiły do mnie per pani. Może to tylko zwykła uprzejmość, jednak zrobiło mi się strasznie… dziwnie, żeby nie powiedzieć przykro.
Starzeję się?
Z drugiej strony zauważam sekretne spojrzenia mężczyzn. Patrzą kątem oka tu i tam i myślą, że tego nie widzę. Zawsze mnie to bawi. Nawet jeśli tego nie widać, to my kobiety i tak to wyczujemy! Taka mała wskazówka dla panów. Sytuacja całkiem przyjemna, choć i tak traktuję ją z przymrużeniem oka. Jak, przypuszczam, większość kobiet.

Znów spędziłam dłuższy czas w swym akademickim mieście, w Mieście Kamienic. Odwiedziłam moje Dobre Słowo, z którym stęskniliśmy się za sobą niemiłosiernie. I zrobiło mi się głupio, bo teraz to ode mnie wymagane było dobre słowo, rada, wskazówka. Nie było mnie stać na nic innego jak na „wszystko będzie dobrze”, które mało kiedy pomaga. Ale, jak to się już utarło, „jesteśmy w kontakcie” i mamy nadzieję, że nasze problemy czy zmartwienia wkrótce się rozpłyną i przy następnej kawie będziemy się z tego wszystkiego głośno śmiać.
Dużo czasu spędziłam z S., która również się przede mną mocno otworzyła oraz posłużyła ramieniem, gdy to ja zaczęłąm ubolewać. „Fajna z ciebie dziewczyna, mądra i dobra” – usłyszałam wraz z życzeniami szczęścia.

Skoro jestem jaka jestem – dobra i przypieczona słońcem – a przede wszystkim w miarę znośna, dlaczego jeszcze nie trafiłam na miłość, której bardzo mi brakuje? Cholernie źle mi samej ze sobą.

Przeglądam się w lustrze i drapię się po głowie.

 

Blogowanie (nie) na ekranie

15 wrz

Cały tydzień kontempluję nad życiem, swoim środowiskiem, ludźmi, którzy coraz bardziej mnie dziwią i irytują, nad sytuacjami, w których się znajduję, podejściem do życia i innymi „amibtnościami”, którymi chcę podzielić się z Wami w najbliższy weekend. Przychodzi piątek, a wraz z nim totalne odmóżdżenie – o czym to ja chciałam pisać?

W szkole spokojnie, do przodu. Do dziennika wpadła pierwsza piątka i to, o dziwo, z angielskiego. Nikt nie jest zachwycony współpracą z nową nauczycielką, ale nic nie możemy zrobić. Nawet szczerze rozmawiając z nią o naszych obawach lub proponując inny sposób sprawdzania naszej wiedzy, nic nie możemy wskórać.

Z prawka mam wyjechane już 20 godzin. Złapał mnie kryzys. O prawku powinnam napisać osobną notkę, bo to, co się dzieje na jazdach przechodzi moje, powiedzmy: ludzkie pojęcie, dzięki czemu chodzę zasępiona, zła, złośliwa, cyniczna, arogancka i… mogłabym tak długo wymieniać. Ale zawsze włącza mi się takie zachowanie w połączeniu codzienności ze szkołą.

Wczoraj, po raz pierwszy od zerwania „bycia – niebycia” z Pięknym rozmawiałam z jego matką, przypadkiem. Była dla mnie życzliwa, miła i sympatyczna, zgadzała się z każdym moim zdaniem (nadawałam jak najęta; wizja niezręcznej ciszy, która mogłaby zapaść, zabijała mnie od środka), co monstrualnie mnie zdziwiło. Oczywiście, poruszyła temat swojego syna. „Zaczęło się” – pomyślałam. Ale mówiła niewiele. W końcu zrujnowałam mu życie, więc po co miałabym o nim cokolwiek się dowiedzieć? „Proszę pozdrowić wszystkich w domu!” – rzekłam na pożegnanie, bo kulturka i szacunek bez względu na wszystko musi być. Jestem ciekawa miny Pięknego na wieść: „Masz pozdrowienia od Smutnej Dziewczyny”. E tam, przejmuję się głupotami.

To tyle. Mało ambitnie, tak jak uprzedzałam. Pozostaje mi chyba tylko kupić zeszyt i pisać na bieżąco, w każdym miejscu, w każdym czasie i podzielić się z Wami ewentualnymi smaczkami.

Miłego tygodnia!

 

Myslovitz – Ukryte - rozklejam się…

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 
 

  • RSS