RSS
 

Notki z tagiem ‘auto’

Sprawozdanie

16 sie

Witam w nowym roku!
Jeszcze nigdy nie używałam tego zwrotu w połowie sierpnia. No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Czy przy okazji powinnam już złożyć życzenia na zbliżające się Boże Narodzenie?

Od ostatniego wpisu minęło prawie osiem miesięcy. Dużo się w tym czasie wydarzyło, o czym, w ramach powrotu do bardziej regularnego pisania (Boże, daj mi tę wytrwałość!), trochę wspomnę.

M., która już wkrótce będzie obchodzić pierwszą rocznicę ślubu zostanie mamą. Niby normalna kolej rzeczy, prawda? Jednak ja, jak zwykle, nie omieszkałam ulec krótkiemu szokowi. Bo to dziwne uczucie, kiedy najbliższa koleżanka, z którą przecież jeszcze nie tak dawno spędzało się dzieciństwo, nosi pod swym sercem zaczątek nowego pokolenia. Dziś cieszę się razem z nią i jej lubym.
Zastanawiam się tylko po cichu która z nas, w chwilach największej słabości, byłaby w stanie bardziej zazdrościć tej drugiej. Ja jej – całkowitej życiowej stabilności i tego, że jej życie jest już poukładane, że ma prawie stuprocentową pewność obok kogo obudzi się za dziesięć lat przed odprowadzeniem dziecka (dzieci?) do przedszkola? Czy ona mnie – tej swobody z jaką mogę żyć choćby wyruszając na wakacje gdziekolwiek zapragnę, będąc niezależną od nikogo, nie myśląc o tym, że w domu siedzi facet czekający aż wrócę i wstawię pralkę z jego ciuchami?

K. aż trzy razy zmienił pracę. Dziś twierdzi, że znalazł sposób na swoje życie. Złożył papiery na studia i ma nadzieję, że uda mu się pogodzić pracę z nauką. Kupił auto, co jest jego pierwszym większym sukcesem, z którego ogromnie jest dumny.

A., z którą mocno zakolegowałam się w połowie drugiego roku studiów osiągnęła coś, o czym od dawna marzyła. W związku z tym, perfekcyjnie udając jej menadżera, towarzyszyłam jej w studiu regionalnej telewizji, wysyłając zza kamer pozytywne emocje zmniejszające jej stres podczas nagrania na żywo. A. walczy dalej o swoje marzenia stawiając dalsze kroki w dziedzinie, w której osiągnęła sukces.

A co u mnie? Jakieś gromy z jasnego nieba? Niespodzianki?
Jedynym sukcesem jest fakt, że ponad miesiąc temu moje wykształcenie wskoczyło na poziom: wyższe, a od października zacznę starać się o tytuł magistra. Póki co korzystam z wakacji i zamierzam solidnie wypocząć, choć pogoda jest obecnie nie najlepsza.

Może to i dobrze? Może dzięki temu uda mi się odezwać tu jeszcze w tym roku?

Komety – Bezsenne noce

 

Miłość jak ze snu

15 sie

Oddychamy z ulgą, kiedy okazuję się, że nasz bieg w miejscu przed groźnym bandytą był tylko snem.
Ze smutkiem wzdychamy, gdy zbudzimy się ze snu, w którym byliśmy jednymi z najbogatszych ludzi świata.
Jesteśmy źli, kiedy budzik lub bliska osoba budzą nas w kulminacyjnym momencie snu.
Budzimy się ze łzami w oczach, jeśli przyśni się nam ktoś bardzo bliski, kogo już z nami nie ma.
Wyobrażamy sobie scenariusz do filmu akcji, który byłby rozwinięciem tego, co widzieliśmy śniąc.
A czasami nie wiemy, co ze sobą zrobić, gdy wybudzamy się ze snu, w którym byliśmy zakochani.

A przynajmniej ja tak mam.
Zwłaszcza z tym ostatnim.

Dla osoby, która jeszcze nigdy w życiu nie była prawdziwie zakochana, sen o takim charakterze jest czymś wyjątkowym, trochę zagadkowym, trudnym, a jednocześnie bardzo miłym. Bo budzę się z uśmiechem na twarzy, jak gdyby to wszystko wydarzyło się naprawdę. Cały dzień mam motyle w brzuchu i bujam gdzieś wysoko w obłokach. Ale przede wszystkim zastanawiam się czy rzeczywiście to wszystko właśnie tak wygląda. Nie mam na myśli rutyny, która może pojawić się w długim już związku, ale właśnie chodzi mi o zakochanie. O ten początek, o fascynację drugą osobą, o przychylanie jej nieba oraz o podobne odczucia skierowane również do mnie. 

Z drugiej jednak strony jest też to smutne i trudne doznanie. Cały dzień serce rwie mi się do czegoś, co było tylko sennym marzeniem oraz do Tego, którego twarzy już nawet nie pamiętam.
Gorzej, a zdarza się to coraz częściej, gdy Ten ma twarz kumpla z roku, który całkiem odważnie powtarza mi, że mu się podobam. Nie powiem, że mi to nie schlebia, jednak jak tu myśleć poważnie o chłopaku, który miał o wiele więcej dziewczyn niż można to sobie wyobrazić albo przynajmniej na takiego się kreuje? Nie da się! Typ macho nigdy mnie nie interesował. Dlatego ciężko jest przeżyć dzień na uczelni w jego towarzystwie po tak wyśnionej nocy, bo kompletnie nie wiem, co o tym sądzić. Chyba że podświadomość zwyczajnie robi mnie w konia…

W podstawówce i gimnazjum często śniłam, że prowadzę auto. Było to tak piękne uczucie, że jego wspomnienie również towarzyszyło mi przez cały natępny dzień. Dziś, kiedy jadę samochodem i stawiam coraz to odważniejsze „kroki” na drodze, nie czuję już tych emocji. W końcu to moja codzienność.

Jak więc wygląda zakochanie?
Czy jest to doznanie tak bardzo oniryczne czy może zwyczajne niczym jazda samochodem?

Depeche Mode – Goonight Lovers

 

Niech żyje (jesienna) wolność!

15 wrz

Podzielę się odrobiną wrażeń i przemyśleń z pierwszego od ponad trzynastu lat całego wolnego września. I póki nie najdzie mnie wena, by opisać coś ciekawego jak to (może) kiedyś miałam w zwyczaju, będzie o mnie, czyli nudno. Wchodzisz tu na własną odpowiedzialność.

Widok dzieci i młodzieży idącej do szkoły, a raczej z niej wracającej (rano za długo śpię, by podziwiać wędrówki ludów do swych „cholernych obowiązków”) budzi we mnie jakieś dziwne uczucia. Nie ma się co dziwić – każdy wrzesień spędzałam w szkolnej ławce, dusząc się w smutnej klasie i przeklinałam pod nosem piękną, letnią pogodę za oknem. Tak, wtedy czułam jeszcze pełnię lata. A dziś?
Dzisiaj widzę, że jesień już na dobre rozgościła się na moim terenie. Czasem z zimna wskakuję pod koc. Zawsze w takiej chwili, przy końcu lata, tęsknię za zimą: za ciepłem domowego ogniska, za puchowymi skarpetkami, kocami, polarami – jest tak przyjemnie… Coraz wcześniej robi się ciemno; aż dziwne jest, że tak niedawno słońce wisiało jeszcze na niebie w okolicach 21.00. A pogoda? Zimno, wieje, pada… Aż popadam w jesienną melancholię, która w najbliższym czasie zamieni się w cholerną, znienawidzoną chandrę.

Może po raz pierwszy od tak dawna zauważyłam jesień we wrześniu z racji tego, że siedzę w domu i mam czas obserwować przyrodę jak gaśnie? Jak powoli zapada w sen? A może po prostu jesień przyszła tego roku odrobinę wcześniej niż to miała w zwyczaju? Albo wolność zagościła mi w głowie w takim stopniu, że zaczęłam myśleć już o byle czym, spłycając swój umysł jak tylko się da?

Miało być o wolności.

Nie powiem… coś tam łechce mnie od środka, że dzieciaki męczą się w szkołach, a ja wyleguję się do dwunastej w południe, jednocześnie nic nie robiąc do trzeciej nad ranem. W końcu będąc na ich miejscu uczyłabym się już od drugiego dnia września wszystkiego, co trzeba; a tak – zwiedzam, odwiedzam, wyjeżdżam, czytam i poznaję to, czego dotąd nie znałam.

Jeszcze w środku wakacji wybraliśmy się z K. (z tym od białych kołnierzyków, z którym jestem w dwuosobowej spółce „My, Kulturalne i Grzeczne Dzieci”) na piwo. Weszliśmy do sklepu. K. podążył w odpowiednim kierunku, a ja zatrzymałam się przy półce z… przyborami szkolnymi. Ogarnęła mnie znów nostalgia, może sentyment albo przyzwyczajenie do szykowania corocznej, szkolnej wyprawki. K. na mój widok w myślach(!) popukał się w czółko i ruszyliśmy do kasy.
Teraz ja jestem wolna, a on wrócił do szkoły, do klasy maturalnej. Już po pierwszym tygodniu nauki stwierdził, że mi zazdrości: „Masz już tę całą harówę za sobą!”. Uśmiechnęłam się. Rok temu myślałam dokładnie tak samo o Meli, która we wrześniu wyszywała z nudów obrazki, kiedy ja przygotowywałam się solidnie do matury. Teraz jestem w tym samym miejscu, co ona wtedy. Cholera, jak ten czas szybko leci!

W domu chyba dotarło, że jestem już prawie dorosła. Inaczej ze mną rozmawiają, inaczej traktują, nawet pożyczają samochód, o którego prosiłam bezskutecznie od stycznia. Chyba czują, że czas studiów to czas dorastania, usamodzielniania się, życia na własną rękę… Jak to poważnie brzmi, aż ciarki przechodzą…

Korzystam. Korzystam z wolności. Biorę samochód i jeżdżę, gdzie tylko mogę. Czuję wiatr we włosach, zdobywam świat! Jest pięknie, choć, szczerze mówiąc, przydałoby się wrócić do normalnego trybu życia, bo głowa boli od nadmiaru myśli.

A co do poprzedniej notki – może i nie jestem szczęśliwa, ale przecież mogę sprawiać wrażenie szczęśliwej i spełnionej, prawda? W końcu wszyscy chwalą mój talent aktorski…

Depeche Mode – Shake the disease

 

Moje ciężary

03 wrz

Miałem pleciony kosz,
Chciałem weń włożyć owoce,
By je przechować na zimę,
A może miał to być chleb.

W nocy ktoś włożył mi w kosz kamienie,
Ciężkie i twarde,
Które nie miały posłużyć nikomu,
Tylko obarczyć mi grzbiet.

Lecz wezmę ten kosz na plecy,
Poniosę te kamienie,
Poniosę je do końca,
Aż tam.

                                                                                                                                                                                              „Ciężar”, L. Staff

Postanowiłam w końcu gdzieś wyjechać, odpocząć, nabrać sił i przestać myśleć o tym, co niewygodne i niezasługujące na jakiekolwiek przemyślenia. Rzeczywiście, wróciłam z werwą, z chęcią do wielkich zmian, których w sumie i tak nie dokonam, bo nie jestem na tyle odważna. Jedyne z czego się cieszę to moja wzmożona aktywność sprzątająco – domowa. W domu coraz większe pustki. W związku z tym chyba zaczynam czuć prawdziwą i głęboką odpowiedzialność za mój dach na głową i za tych, którzy pod nim jeszcze mieszkają.

Podróż powrotna dała mi wiele do myślenia. Ostatni raz tą samą trasą jechałam dwa tygodnie przed maturą. Wtedy siedziałam strwożona – przede mną zakończenie roku, miesiąc stawiający moje najbliższe życie pod znakiem zapytania, moment próby i, wtenczas jeszcze, zdrowia Dziadka. Słońce tak przyjemnie grzało w twarz, aż ogarniała mnie złość – świat się rodzi do życia, trawa zielenieje, a we mnie tyle strachu.
Teraz, podziwiając te same krajobrazy za oknem co wtedy i to samo słońce, które już zapowiadało nadejście jesieni, uświadomiłam sobie pewną rzecz. To, czego się bałam najbardziej jest już za mną. Nie będzie już takiego samego ciężaru na sercu, żołądku czy umyśle. Poprzednim razem zadawałam sobie pytanie – co będzie dalej? Teraz już wiem, jak będą wyglądały najbliższe dni.

Ciężar, który zawadzał mi przez ostatnie trzy lata, a zwłaszcza przez ostatni rok stał się lekki jak piórko i uleciał gdzieś w powietrze. I dopiero teraz, w drodze do domu poczułam, że jestem wolna, że mogę wszystko i że, do cholery, to odpowiedni moment, by poczuć się w końcu szczęśliwą.

Niestety, przez tych kilka miesięcy wydarzyło się tak wiele, tak smutno i tak przytłaczająco, że nie mogę uznać siebie za osobę spełnioną. Choć w zasadzie te najgorsze troski odeszły; ci, co cierpieli już są szczęśliwi, a ja jestem bardziej pewna przyszłości niż wtedy. Chyba, że wyolbrzymiam, zbyt wiele oczekując od ludzi, od życia, od siebie… Albo naprawdę jestem skazana na wieczne dźwiganie jakiegoś cholerstwa; czegoś, co jest mi potrzebne jak koszula w czterech literach.

Jamie Foxx – Extravaganza

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii O mnie

 

Próba ognia

01 lut

O 8:45 wsiedliśmy do wyziębionej eLki. Wsteczny i na miasto.

Z czasem okazało się, że idzie mi coraz gorzej. Nie ma się co dziwić, w końcu przez ostatnie dwa miesiące nie prowadziłam auta. Ale Koksu zamiast mi pomóc, obrał taktykę koksowo-wrześniową, czyli powtórka z początku naszej znajomości. Nie mam pojęcia w jakim celu. Pewne jest tylko to, że znów były krzyki, ochrzany, głupie pytania w stylu: „i po co to?”, a nawet przekleństwa. Siedziałam cicho, choć miałam ochotę mu pięknie odwarknąć. Nosz kurczę, ile masz lat? - wróciło mi na myśl pytanie z września, ale nie wdawałam się w jakiekolwiek dyskusje. Zaraz egzamin; ty tu jesteś tylko dodatkiem, choć byłoby miło, gdybyś powiedział, co robię nie tak - pomyślałam. Kiedy na pół godziny przed egzaminem pocisnął mi po hamulcach, bo „coś tam, coś tam…”, stwierdziłam, że jego zdaniem powinnam sobie odpuścić. Dajesz mi, facet, naprawdę przeogromne wsparcie.

9:50 – podjeżdżamy pod WORD. „Powodzenia!” – krzyczy. „Tia…” - mamroczę pod nosem ze złości i zatrzaskuję za sobą drzwi.
Po zameldowaniu odpowiednim twarzom, że jestem, poszłam do toalety poprawić makijaż („Powinnaś się częściej malować” – rzekła mama pomagając w przygotowaniach na studniówkę). Nawet jak robisz coś źle, musisz przy tym dobrze wyglądać… Przeciągając tuszem po rzęsach przypomniały mi się pewne, zasłyszane niedawno historie.

M. podczas swojego pierwszego egzaminu oblała, bo nie potrafiła w nowym samochodzie wyczuć sprzęgła i tych innych technicznych spraw. Za drugim oblała, bo do końca nie opuściła ręcznego na wzniesieniu. „Wykup sobie 15 minut jazdy próbnej, żeby się rozeznać w sprzęcie” – radziła. Radę zbagatelizowałam. Teraz zaczęłąm żałować. Poza tym, znajomi są już poumawiani na piąte egzaminy, bo poprzednimi razy się nie udało. A egzaminatorzy? Wielkie państwo lubiące udupiać na byle czym.
Przeciągając usta błyszczykiem doszłam ostatecznie do wniosku, że przyszłam tu z ciekawości. Skoro ludzie mają tak wielkie trudności, żeby to zdać, a ja nie mam szczęścia do niczego (choćby do teorii), to popatrzę chociaż, jak taki egzamin wygląda, żeby móc przygotować się na następny raz. Teraz to tylko taka próba, dla picu.

9:58 – weszłam do poczekalni. Masa przestraszonych oczu spojrzała na mnie łaskawie. „Dzień dobry” – warknęłam pod nosem z uczuciem skumulowanej złości na Koksa i świadomością swej beznadziejności. Usiadłam obok jakiegoś chłopaczka, który był bardziej wystraszony od wszystkich czekających razem wziętych i zaczęłam rozpinać płaszcz.
A więc to tu. Rozglądałam się dokoła. To tu spędzę niemałą ilość czasu czekając na swoją kolej. M. opowiadała, jak była umówiona na 12:00, a zaczynała egzamin po 13:30. Dobrze, przynajmniej będzie czas, żeby pomedytować jeszcze nad ułożeniem odpowiednich zbiorników pod maską i włączaniem świateł. Jeszcze nie rozpięłam ostatniego guzika, kiedy z głośnika uleciało stanowcze: „Smutna Dziewczyna proszona do strefy rozpoczęcia egzaminu”. Już? Ale… dokąd mam iść? Przestraszony chłopaczek wskazał drzwi na zewnątrz. Wyszłam.

Stojąc zaledwie pół minuty na mrozie, zapinając z powrotem płaszcz, stwierdziłam, że trzeba byłoby się trochę zestresować. W końcu co to za egzamin bez stresu, nerwów i spoconych dłoni, nawet jeśli z góry wiadome jest, iż się go obleje?
Nie zdążyłam się zestresować. Młody pan Egzaminator stał już za moimi plecami. „Zapraszam do auta” – rzekł, wskazując na czerwone Clio nr 5. To już – próba ognia, która zamiast być tylko próbą, stała się prawdziwym ogniem.

Jakiś czas temu stwierdziłam, że jeśli uda mi się wyjechać na miasto – będzie to CUD. Ze światłami ani sprzętem pod maską nie było problemu. Fajkę miałam w małym paluszku (o dziwo, zgodnie ze słowami Koksa). Naprawdę zabawnie wyglądał Egzaminator, który latał wokół auta jak kot z pęcherzem! Problem stanowiło zaś wzniesienie, którego nigdy nie robiłam na placu tylko zawsze na mieście, gdzie kompletnie mi to nie wychodziło. Podjeżdżam pod górkę, ukosem do kierunku jazdy, bo… bo tak wyszło, zatrzymuję się, dłoń spoczęła na ręcznym i do przodu! Chyba wyszło, bo po chwili kazano mi wyjechać na miasto.

- Kiedy będzie pani gotowa, proszę ruszyć.
Przypomniał mi się filmik, który oglądałam minionego wieczoru na temat przebiegu egzaminu praktycznego z radami dotyczącymi stresu (który nawet nie próbował mnie ogarnąć). „Zanim wyruszysz na miasto, weź głęboki oddech, policz do dziesięciu i spokojnie rusz” – powiedziano. Przyznaję, rozbawiło mnie to zdanie do rozpuku! Jednak, kiedy sama znalazłam się w takiej sytuacji, z poważną miną wykonałam ową czynność. Egzaminator dał do zrozumienia, że już się niecierpliwi, więc skończyłam medytacje.

No, to ruszamy!

Trzydzieści pięć minut. Egzaminator znudzony jak ja podczas oglądania ambitnego filmu „Ludzie Boga”, wzdycha, mamrocze coś pod nosem, przewraca oczami, nieprzychylnie komentuje i czeka na moją reakcję. A ja? Spływa to po mnie jak po kaczce. Z poirytowaną miną robię swoje, wcale się nie odzywam i spokojnie wykonuję dalsze polecenia. Wzbiera we mnie złość, że jestem nieprzygotowana, że marnuję tyle pieniędzy na cały ten kurs, jazdy doszkalające i kolejne egzaminy, które przede mną; że marnuję tyle czasu…
Wracamy do WORDu.

Silnik wyłączony. Z miną obojętną czekam na wygłoszenie jakiegoś kazania. W końcu naliczyłam się tylu skamleń, jęków, narzekań, komentarzy pod nosem czy westchnień. W głowie układam plan jak skombinować pieniądze na następny egzamin. „Kurczę, nie wyrobię się w pół roku” – myślę, obawiając się zdawania w czerwcu nowej teorii.
- Ludzie bardzo inteligentni nie powinni posiadać dokumentu prawa jazdy, bo za dużo myślą za kierownicą – słyszę i niebardzo wiem, o co chodzi. Nie owijaj w bawełnę; mów, że zapraszasz na następny raz, bo nie zdążę na najbliższy autobus do domu.Jednak nie zrobiła pani żadnego błędu, więc… – westchnął, po czym słodko się uśmiechnął – wynik pozytywny. Gratuluję!

A ja?
Z miną obojętną, a nawet nadal poirytowaną mruczę pod nosem bardzo długie „mhmm” i wychodzę z auta. Jedyną emocją jaka się we mnie pojawiła było zdziwienie z odrobiną zażenowania: i o taki banał tyle zamieszania? Bezstresowe pstryknięcie palcami i masz, co chcesz...
Zadowolenie przyszło dopiero na kilka dni po wszystkim, kiedy w szkole zaczęli podziwiać i gratulować zdania za pierwszym. Apogeum szczęścia nastąpiło dziś. Po tygodniu… Najwidoczniej, do pozytywnych emocji też trzeba dojrzeć.
I po raz kolejny staropolskie przysłowie: „miej wyje*ane, a będzie ci dane” okazało się w moim przypadku prawdą. Nie ukrywam, bardzo miła niespodzianka…

M. zdała za trzecim razem, trzy dni po mnie.

 

PS. Uwaga! To, że zdałam prawko wcale nie oznacza, iż umiem parkować. Bo za Chiny Ludowe nie umiem .
A swoją drogą ciągle zachodzę w głowę, o co chodziło Egzaminatorowi z tekstem o „ludziach bardzo inteligentnych”. Chyba jestem na to za głupia…

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii O mnie

 

Nie jesteś szczęśliwa?

15 sty

Z czasem okazało się, że z Koksem łączy mnie więcej niż dzieli, czego nie spodziewałabym się nigdy, przypominając sobie nasze pierwsze spotkania. Kiedy ujawniłam mu zaufanie, którym go darzę – silny, przystojny, inteligentny i dojrzały facet w zaciszu granatowej eLki okazał się być jeszcze większym pesymistą ode mnie, balansującym gdzieś między marzeniami a realiami, uginającym się pod niemałą ilością problemów. Zaczęłam rozumieć jego cyznim, sceptycyzm i podejście do mojej osoby na początku wspólnych zajęć. Przecież jestem kropla w kroplę taka sama! Przecież postępuję identycznie!

W listopadzie, szykując się do pierwszego egzaminu, jeździliśmy sobie po mieście i rozmawialiśmy o zbliżającym się końcu świata, o tym, że nic nam się nie podoba, że biegniemy do celu, którego i tak nie osiągniemy, że idzie zima, że ciemno, że drogo i ogółem, że pięknie nie jest. Po chwili zaczął zdradzać mi jakieś swoje tajemnice, które faktycznie okazały się być sprawami wagi ciężkiej. Uśmiechnęłam się – lubiłam go coraz bardziej.

Nastało milczenie. W radio jakieś komercyjne kawałki. Stoimy w korku. Pukam palcami po kierownicy, on pstryka długopisem. Zaczęło kropić…
- Zuzka… – zaczął niepewnie, wręcz niezręcznie, znów używając imienia innego niż powinien. Poczułam, że nasza rozmowa przejdzie na jeszcze poważniejsze tory.
- Hm…? – mruknęłam, niby od niechcenia.
- Nie jesteś szczęśliwa?

Zatkało mnie. Pewnie zaraz zaczniemy filozofować. Piękne pytanie. Pytanie, na które od czapy nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Więc szybko je przeinaczyłam.
- Czy mam szczęście? – uśmiechnęłam się do siebie i swego przedziwnego cwaniactwa. – Nie mam szczęścia, ani trochę. Za cokolwiek się nie wezmę – wszystko wypada z rąk, rozpada się, kończy przed czasem albo długo po czasie. Moje marzenia są realne, ale Fortuna bawi się ze mną w kotka i myszkę. W sferze marzeń nie daje, bezczelna, za wygraną…
- Doskonale cię rozumiem… – rzekł, kiedy ruszyliśmy z miejsca. – Mam dokładnie to samo.
Znów uśmiechnęłam się do siebie. W sumie nie mam pojęcia z jakiego powodu. Może odrobinę bez sensu.
- A czego ci brakuje do szczęścia?
– ciągnął temat.
Rzuciłam na niego szybkie spojrzenie. Wpatrzony we mnie niecierpliwie czekał na odpowiedź. Cholera, grząski teren! Szybko zaczęłam kombinować, jakby przeinaczyć kolejne pytanie Koksa, ale to już nie było takie łatwe. Tym bardziej, że była to moja pierwsza jazda po zmroku i wjeżdżaliśmy na najgorsze rondo w mieście, na którym nigdy nie wiem, o co chodzi. I jeszcze ten deszcz! Muszę być uważna na drodze! Nie w głowie mi życiowe rozkminy…  Ale w końcu musiałam mu coś powiedzieć.
- Nie wiem – wykrztusiłam i zakończyłam temat.

 

Od tamtego czasu pytanie Hardcorowego często wraca mi na myśl. Nie jestem szczęśliwa?
Powinnam być szczęśliwa: mam obie ręce, obie nogi, potrafię sama funkcjonować, do czasu większość moich marzeń spełniała się, uczę się dobrze, łatwo nawiązuję znajomości, mam kochającą rodzinę, dach nad głową, materialnie niczego mi nie brakuje. Czego chcieć więcej?
Z drugiej jednak strony: dobra passa, która dość długo mi towarzyszyła, odeszła gdzieś daleko zostawiając mnie zupełnie samą. Wyznaczone cele – zamiast być coraz bliżej, stoją w miejscu lub, o zgrozo! oddalają się niemiłosiernie. Przed wykonaniem jakiegokolwiek czynu pojawia się masa wątpliwości. Często podejmowane decyzje kończą się kleską. Najgorsza jest niepewność. Nie mam pojęcia co czeka mnie jutro, za pół roku czy za rok. Nie ma nikogo, kto tak naprawdę mógłby mnie wesprzeć, dodać otuchy, powiedzieć prawdziwie i życzliwie: „wszystko będzie dobrze”… Jestem tu sama?

Nie pytałam Koksa czy jest szczęśliwy. Każdy ma swoje problemy, to oczywiste, ale on miał wszystko, czego dziś pragnę ja: kochającą rodzinę, pracę, bagaż doświadczeń, które pokazały mu jak żyć. Już nic go nie zaskoczy, świat nie przewróci się do góry nogami. On wie, że za rok będzie w tym samym miejscu – że będzie zwiedzał znane mu na pamięć szare budynki naszego nieciekawego miasta… Jest pewien jutra.

Czego brakuje mi do szczęścia?
Zbyt mało przeżyłam, by wiedzieć, co tak naprawdę jest esencją szczęścia. Może faktycznie bliskość drugiej osoby i wsparcie z jej strony? Tak, kiedy żyła moja Babcia, zdecydowanie czułam się lepiej stąpając po tym świecie. Ale teraz? Teraz może powinnam znaleźć bratnią duszę, z którą byłoby mi najlepiej pod słońcem? Może nawet powinnam się zakochać opływając w komplementach, czułych słówkach, rodząc motyle w swoim własnym i jego brzuchu? Ale nic na siłę. Przecież to nie takie proste. Nie mam czasu dla siebie, jak więc mogłabym znaleźć czas dla kogoś innego? Już to przerabiałam…
Jestem cząstką neutrino i nie jest mi dobrze.

Niech mi ktoś powie… Jak to z tym szczęściem jest?
Rammstein – Mein Herz brennt

 

O pieniądzach, których brak

05 gru

Mówią, że Polska upada. Po całej linii. Gospodarczo, ekonomicznie, politycznie i w każdy inny sposób, w jaki tylko może. Ach, co za wspaniały uniwersalizm! Nie zamierzam zagłębiać się w jakieś wzniosłe spostrzeżenia czy wnioski, bo niezbyt orientuję się w temacie. Podzielę się tylko tym, co sama widzę w swoim otoczeniu, przede wszystkim w szkole.

Niby kryzys kryzysem, ale czy aby na pewno?

Sytuacja nr 1.
Siedzimy rano pod klasą, czekamy na lekcje. Ludzie powoli się schodzą. Jest chłodno, ciemno, rozespanie… Nagle atmosferę rozkręca kumpel, który zaczyna się chwalić minionym popołudniem.
Poprzedniego dnia siedział w domu i mozolnie uczył się biologii. Była z nim mama, która zmęczona po swej ciężkiej pracy (wcale nie jakiejś dobrej) opiekowała się swą dwuletnią córką. Do domu wpadł ojciec i poprosił, by wszyscy pilnie wyszli na zewnątrz. W trybie natychmiastowym. Co się dzieje? Kolega wymienił tylko pytające spojrzenia z matką, wziął siostrę pod pachę i wyszli na podwórko.
Na podwórku stał nowy samochód. Nie wiem jaka marka – nie znam się… Kto by je wszystkie spamiętał? Autko całkiem fajne, z różnymi gadżetami, nowinkami i innymi bajerami, które zakręcą facetowi – automaniakowi w głowie. „Ojciec, co to za bryka?” - spytał pierworodny. Okazało się, że tatuś zrobił mamusi prezent i kupił jej samochód. Kwiaty są zbyt banalne. Wspomnę tylko, że ojciec ma swoją furę, matka też już jakąś miała, kumpel – oczywiście też. W zeszłym roku w ogrodzie wymurowali sobie basen.
- Łee, nieźle. Przyjedź nim jutro do szkoły!
- Dobra.
Przyjechał. Nie zagłębiałam się w temat. Pamiętam tylko, że ludzie chodzili przez cały dzień jak nakręceni widząc owe auto i ustalali kolejkę, kogo by kumpel miał odwieźć do domu.

Sytaucja nr 2.
W połowie listopada inny kumpel zdał prawko. Z racji tej, że starszy brat dostał od rodziców samochód – młodszy również został obdarowany. Od szkoły mieszka daleko, jakieś 30 km.
- Hm… pewnie dużo kasy wydajesz na benzynkę, co? – pytam.
- Ja? – zaśmiał się. – Rodzice wszystko fundują.
Fundują wszystko. Utrzymanie jednego samochodu, drugiego, swego własnego (kto wie, czy tylko jednego?) oraz utrzymują pierworodnego, który studiuje gdzieś na drugim końcu Polski.

Sytuacja nr 3.
– Mam wolną chatę! Zapraszam na imprezę!
- Stary, co się stało?
- Rodzice polecieli na Bahamy.
- O, to jak długo możemy balować?
- Całe dwa tygodnie!

Sytuacja nr 4.
Nauczyciele są taaacy biedni! Spędzają tak dużo czasu w szkole, użerają się z niewychowaną młodzieżą. Pracują najgorzej pod słońcem oraz najgorzej zarabiają. Tiaa… Po pierwsze – który inny zawód zapewni dwumiesięczny urlop?  Po drugie - a korepetycje? O, tu się można ładnie dorobić.
Godzinka typowych korków z chemii, na które chodzi połowa mojej klasy wynosi 50 zł. Ale tylko pod warunkiem, że dokoptujesz sobie kogoś do pary. Indywidualnie pewnie 100 zł. Ale jakby nie patrzeć, jedna para zapewnia stówkę w godzinę. Załóżmy, że taki oto typowy nauczyciel – korepetytor ma 10 takich par w tygodniu. Dodatkowe 1000 zł w przeciągu tygodnia, 4000 zł miesięcznie + stałe wynagrodzenie. Dwa miesiące wakacji. Nie! Nauczyciele są biedni jak myszy kościelne,  o tak! Z całą pewnością.

Okiem ucznia.
Słucham tych lamentów w szkole. „Wyobrażasz sobie? Chemia, angielski, matematyka, fizyka… Ile na to idzie kasy?”. Tak, pieniędzy idzie od cholery, ale z drugiej strony porównując działania pozaszkolne typu: kupienie kosmetyków, ciuchów przez Internet (+ koszt przesyłki), alkoholu i papierosów (uwielbiam cię, Młodzieży Uzależniona!), najnowszych gadżetów - bo trzeba je koniecznie mieć! - okazuje się, że płacą niewiele mniej niż za te wszystkie korki, repetytoria czy inne pomoce przedmaturalne.

Jaki kryzys? Gdzie kryzys? W którym miejscu?!

Gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Ja mam wyrzuty sumienia, że ciągnę kasę od rodziców. W szkole co chwilę coś – ubezpieczenia, teatry, lekcje w kinie, składki na klasowe, na hodowlę rybek, na ryzy papieru, na wycieczki… Nowe ciuchy nie są potrzebne, kosmetyków używam niewiele (krem antytrądzikowy – mam ogromne wymagania), uzależnieniem jest jedynie kawa, bez której jednak nadal potrafię żyć i to wszystko. Samochodu nie mam i mieć nie chcę. Nowości techniki też nie chcę – nawet nie potrafię posługiwać się dotykowym telefonem czy chociażby rozróżnić te wszystkie ajpody, ajpady, trele – morele…

Ale pieniędze i tak uciekają. Wszędzie dojeżdżam, ostatnio podróżuję coraz dalej i częściej; kurs prawa jazdy też nie najtańszy, nie wspominając o milionach egzaminów, bo to byłoby zbyt piękne, żeby zdać za pierwszym razem (+ jazdy doszkalające)… Zupełnym fenomenem jest studniówka! Płacimy za wszystko – za rezerwację sali, za wynajem sali, za rezerwację zespołu muzycznego i za jego grę, za jedzenie, za fotografa, za kamerzystę, za osobę towrzyszącą. W dodatku my, dziewczyny, musimy kupić sukienkę, którą i tak założymy raz w życiu (przynajmniej ja i to jeszcze z wielką niechęcią), buty, jakąś biżuterię… „Przydałby się jeszcze fryzjer, kosmetyczka i wizyta w solarium. W końcu jak ja się pokażę w środku stycznia cała blada?” – słucham tych problemów i załamuję ręce. Dodatkowo trzeba wliczyć koszty podróży do miast oddalonych ponad 200 km od naszego. Dlaczego? „Sukienka nie może pochodzić z naszego miasta, bo jak spotkam jakąś dziewczynę na studniówce w takiej samej kiecce, to chyba zapadnę się pod ziemię!”. No, ewentualnie zostaje kupno przez internet.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby oczywiście zostanie z tyłkiem w domu. Zastanawiam się nad tym bardzo intensywnie…

Spotkaj się ze starymi znajomymi! Idź na kawę, na ciacho, do kina, kup to, co Ci się spodoba albo to, czego będziesz pilnie potrzebować. Idź na koncert ulubionego zespołu, który gra w Twojej okolicy raz na trzy lata.  Miej 18 lat, nie zarabiaj - miej pieniądze na wszystko!

Kasa leci. Za chwilę trzeba będzie wpłacić wpisowe na uczelnie, a potem utrzymać się na tych cholernych studiach w obcym mieście. Bez pracy, bez zarabiania pieniędzy, bo kiedy na to czas (oczywiście, myślę o st. dziennych)?
Łapię się za głowę…

————————————————————————————————————————————————-

Notka chaotyczna, z której można wywnioskować, że nie zdałam prawka. Chciałam jeszcze napisać, co u mnie, ale nie chcę zanudzać. Jeszcze opłakałabym i obsmarkała klawiaturę, bo jest ciężko, źle, okropnie, ohydnie i… brakuje mi już sił.

 
 

  • RSS