RSS
 

W lustrze

12 sie

Przeglądam się w lustrze.

Jestem opalona. Tak niesamowicie i intensywnie, aż nie mogę uwierzyć, że to moje odbicie. Moje ciało tworzy piękny kontrast z białą bielizną tak, że postanawiam nosić do końca wakacji tylko jasne ubrania. Spoglądam na siebie od stóp do głów. Włosy krótkie, ścięte w czerwcu na Natalie Portman w „Leonie Zawodowcu”, zaraz dosięgną karku. Ramiona i uda całkiem zgrabne od okolicznościowego pływania. Talia mogłaby być bardziej wcięta, ale nie jest źle. Piersi małe, co w sumie lubię tylko latem, kiedy paraduję w samej koszulce, a przez resztę roku przykrywam push-up’em – takie tam małe oszustwo. I cholernie zgrabne nogi. Te, które przez jedenaście miesięcy w ciągu roku chowam pod spodniami, bo spódniczki/sukienki toleruję tylko w towarzystwie szpilek, obcasów, koturnów czy innych „podwyższeń”, których obługiwać na ogół nie potrafię.

W zasadzie… fajna ze mnie dziewczyna.

Moje metr pięćdziesiąt osiem utwierdza mnie ciągle, że w oczach innych wyglądam jak dziecko. Nic bardziej mylnego. W kieszeni trzymam dowód, kiedy wybieram się z moim K. na piwo lub kupuję spirytus do nalewki domowej roboty. Jak się za każdym razem okazuje – niepotrzebnie go ze sobą dźwigam. Kompletny szok przeżyłam kilka dni temu, kiedy dwie obce, wyższe ode mnie dziewczyny z pogranicza gimnazjum i liceum mówiły do mnie per pani. Może to tylko zwykła uprzejmość, jednak zrobiło mi się strasznie… dziwnie, żeby nie powiedzieć przykro.
Starzeję się?
Z drugiej strony zauważam sekretne spojrzenia mężczyzn. Patrzą kątem oka tu i tam i myślą, że tego nie widzę. Zawsze mnie to bawi. Nawet jeśli tego nie widać, to my kobiety i tak to wyczujemy! Taka mała wskazówka dla panów. Sytuacja całkiem przyjemna, choć i tak traktuję ją z przymrużeniem oka. Jak, przypuszczam, większość kobiet.

Znów spędziłam dłuższy czas w swym akademickim mieście, w Mieście Kamienic. Odwiedziłam moje Dobre Słowo, z którym stęskniliśmy się za sobą niemiłosiernie. I zrobiło mi się głupio, bo teraz to ode mnie wymagane było dobre słowo, rada, wskazówka. Nie było mnie stać na nic innego jak na „wszystko będzie dobrze”, które mało kiedy pomaga. Ale, jak to się już utarło, „jesteśmy w kontakcie” i mamy nadzieję, że nasze problemy czy zmartwienia wkrótce się rozpłyną i przy następnej kawie będziemy się z tego wszystkiego głośno śmiać.
Dużo czasu spędziłam z S., która również się przede mną mocno otworzyła oraz posłużyła ramieniem, gdy to ja zaczęłąm ubolewać. „Fajna z ciebie dziewczyna, mądra i dobra” – usłyszałam wraz z życzeniami szczęścia.

Skoro jestem jaka jestem – dobra i przypieczona słońcem – a przede wszystkim w miarę znośna, dlaczego jeszcze nie trafiłam na miłość, której bardzo mi brakuje? Cholernie źle mi samej ze sobą.

Przeglądam się w lustrze i drapię się po głowie.

 

Skaczemy!

11 lip

Pierwsze dni wakacji zrujnowały wszystkim plany, a mnie dodatkowo utwierdziły w przekonaniu, że świat jest beznadziejny, a ja wraz z nim. Szare chmury wisiały nad głowami, deszcz niemiłosiernie zalewał wszystkim piwnice, a Smutna Dziewczyna leżała całymi dniami pod kocem, przytłoczona nadmiarem niepotrzebnych myśli i śmiała się gorzko, że jest w całkiem niezłej komitywie z naturą, która płacze jej do wtóru.

Przyszły upały.
Tak być nie będzie! – zagroziłam sobie palcem i zwlekłam się z łóżka.
Ogarnęłam dość szybko rower po minionej zimie (szybko, bo nie pod koniec sierpnia, jak to mam w zwyczaju) i ruszyłam na jednośladowe wycieczki. Niezbyt daleko, bo kondycja jeszcze nie ta, ale za to w miłym towarzystwie – nie ma jak mama!

Wsiadłam też w pociąg i poznałam nowe miejsca w mym akademickim mieście, na co nie miałam nigdy czasu od nadmiaru nauki. Umówiłam się z dobrą S. z roku, z którą mam teraz najlepszy kontakt i poszłyśmy na wieeelkie lody. To nic, że po drodze się rozpadało i wyglądałyśmy jak przemoknięte kury. S., najbardziej szalona dziewczyna jaką znam, wciągnęła mnie w ogromne kałuże i zaczęła w nich skakać, nad czym ubolewałam ja, moje sandałki obklejone jeszcze (!) cekinkami, a przede wszystkim białe, kwieciste spodnie, teraz umorusane błotem przed pierwszym jeszcze praniem… Wróciłam do domu.

Czytam książkę. Jakieś babskie czytadło. Oczywiście, akcja znana od początku do końca, typowa dla wszystkich współczesnych historyjek romantycznych w polskim wydaniu: kobieta porzucona przez mężczyznę, który zdradzał ją od lat, spotyka nowego faceta (lub dawną wielką miłość z liceum) i odkrywa, że to jest to, że muszą być razem, że teraz już będzie pięknie. Oklepane, jak ciasto na pierogi.
Wiem, że po wielu przejściach (jestem w połowie) będzie happy end. Książka jak książka – łatwo przewidywalna. Historia znana na pamięć niczym „Nigdy w życiu” Grocholi, z moją ukochaną Stenką w roli głównej, w wersji kinowej.
Jednak czytając takie głupoty stwierdzam, że moje życie jest cholernie nudne, nic się nie dzieje. Z drugiej zaś strony latam jak motyl z nadzieją, że moja przyszłość będzie również na tyle piękna, bym mogła stać się główną bohaterką jakiegoś babskiego bestselleru, we własnej świadomości – dla siebie samej. Oczywiście, odrzucając wizję rozstań, zdrad czy innych życiowych katastrof. Tak więc (wiem, tak nie zaczynamy zdania…) fruwam pod sufitem z nadzieją, że będę szczęśliwa.

Jakoś tak mi lepiej.
Nie ma co się poddawać, nawet w obliczu największych rozterek.
Oby ten czas utrzymał się jak najdłużej!

Coma – Skaczemy

 

Jesteśmy w kontakcie

30 cze

Starzeję się.
Z dnia na dzień.

Od kilku dni mam wakacje. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam takiej obojętności wobec obiecanej ilości wolnego czasu, beztroski i odpoczynku. Nie dociera do mnie, że przez najbliższe trzy miesiące mogę robić wszystko, na co mam ochotę bez konsekwencji straty czasu, który poświęciłabym na zrobienie jakiegoś bezsensownego projektu na wczoraj. Mogę wsiąść na rower, w samochód i zdobywać nieznane mi miejsca, tworzyć nowe historie, przeżywać wakacyjne przygody i być po prostu szczęśliwą…
Zero euforii.

Ogarnęła mnie niemożność. Wielka, głęboka niemożność, która przeszkadza mi cholernie, a której nie potrafię się wyzbyć. Zaczęło się jeszcze przed sesją. Teraz nie byłam tak zestresowana jak przed pierwszą, kilka miesięcy temu. Wiedziałam już na czym stoję, jak wszystko wygląda i uświadomiłam sobie w końcu, że poprawki nie są niczym złym. Ludzie podchodzą do pięciu poprawek i jakoś im się udaje dotrwać do następnego semestru. Postanowiłam, że nic na siłę. Zaliczę – dobrze. Nie zaliczę – poprawię. Uczyłam się z całych sił, ale to nie było do końca to, co mogłam z siebie wykrzesać. Trzy egzaminy odhaczone, czwarty jeszcze pod znakiem zapytania. Pod wielkim znakiem zapytania, bo statystyka – chińszczyzna i kicz. Choć chcesz – nie pojmiesz. Wizja poprawki nie przeraża mnie kompletnie. Szczerze mówiąc, chyba by mnie nawet ucieszyła. Ale póki co – mam cichą nadzieję chociaż na trójkę.

Taka ot sobie niemożność.

Żałuję, że na świecie jest tak mało wartościowych ludzi.
Inaczej.
Żałuję, że wokół mnie jest tak mało wartościowych ludzi. Kiedy już do kogoś się przywiążę, zawsze spadnie jakiś grom, który wszystko zepsuje, przeinaczy i zostawi mnie z pustką w głowie albo mętlikiem – sama już nie wiem.

Żyło obok mnie Dobre Słowo, o którym nigdy tu nie wspominałam. Dobre Słowo, bo potrafiło doradzić, pocieszyć, pomóc w rozterkach czy w podejmowaniu ważnych decyzji. Było normalne, aż zaskakująco proste w swej normalności, czego nie potrafię zrozumieć do dzisiaj. Pomagaliśmy sobie, dzwoniliśmy do siebie o każdej porze dnia i nocy, tkwiliśmy w przyjaźni, o której w zasadzie nigdy nie mówiliśmy na głos. Dobre Słowo, starsze ode mnie o kilkanaście ładnych lat, uczyło mnie swym doświadczeniem i swymi radami jak żyć i podchodzić do pewnych sytuacji.
Sprawy zawodowe wymusiły przeprowadzkę. Dobre Słowo spakowało całe swoje serce w kartony oraz walizki i rzekło: wyjeżdżam. Ze łzami w oczach rzuciliśmy się sobie mocno i długo w ramiona.
- Musisz mnie jak najszybciej odwiedzić – poczułam ciepły szept na swym uchu.
- Odwiedzę – powiedziałam cichym, łamiącym się głosem i zostałam sama.
Nie ma co płakać. Moje Dobre Słowo zamieszkało w mieście, gdzie studiuję. Od czasu do czasu będziemy się spotykać na kawie, wspólnej pogawędce czy wsparciu duchowym. Jednak to już nie to samo. Nie będę wiecznie tam studiować, a kontakt i tak z czasem się urwie. Jestem załamana, skopana jak pies i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Od kilku dni odbijam się od ścian jak piłka i szukam sensownego zajęcia. O pracy też nie ma mowy, bo nigdzie nikogo nie szukają. Zostałam sama.
Teraz pozostała mi tylko stara dobra Coma, która na bieżąco dokładnie wie, co u mnie i dokoła mnie.

„Zapomniałem, że od kilku lat
wszyscy giną jakby nigdy ich nie miało być.
W stu tysiącach jednakowych miast
giną jak psy...”

„Jesteśmy w kontakcie”
Tymi słowami żegnałam się z ludźmi na studiach przed wakacjami. Również tymi słowami pożegnaliśmy się z moim Dobrym Słowem. Powtarzaliśmy je jak mantrę do ostatniej chwili. W związku z tym wszystko ma być w porządku, okej i żyje się dalej…

Nie wyobrażam sobie teraz trzech miesięcy beztroskich myśli i wolnego czasu. Na dzień dzisiejszy czuję się fatalnie.
Jak będzie dalej?

The Cuts – Martwy kwiat

 

…przede mną siódme niebo

25 maj

W zeszłym tygodniu stuknęła mi dwudziestka. Już nie jestem nastolatką: w rubryce „wiek” jedynka z przodu dokądś uciekła, ustępując miejsca dwójce.

Urodziny wyprawiłyśmy razem z mamą w dzień jej święta, a na kilka dni przed moim. Zjechała się cała najbliższa rodzina. Było zabawnie, ale i męcząco, ponieważ jako ciotka i matka chrzestna musiałam mieć oko na dzieciaczki, co chyba nie wychodzi mi najlepiej. Urodzinowy wieczór spędziłam z domownikami oraz z K. nad kawałkiem pizzy i przy kieliszku wina, które mama ostatnio przywiozła prosto z Włoch. Przesiedzieliśmy z K. do późnej nocy rozmawiając o wszystkim, co dla nas istotne, bo języki same się rozplątały od nadmiaru wina. Dziwi mnie spokój mojego K. Młodszy o półtora roku, jest w trakcie matur i całą tę sytuację przyjmuje ze spokojem na klatę. Co prawda, K. jest bardzo dobrym uczniem i w zasadzie nie powinien się niczym martwić, ale ja jednak rok temu, będąc na jego miejscu, denerwowałam się do samego końca. Ale postawa K. jest bardzo dobra – stres jest zbędny! A chłopakowi niech wiedzie się jak najlepiej!

 - Dwadzieścia, dwadzieścia… – cedził K. przez zęby, wgapiając się we mnie swymi rozognionymi oczami. – Jak to poważnie brzmi! – uśmiechnął się, chcąc mi żartobliwie dogryźć.
- Masz rację – stwierdziłam i zapadła swego rodzaju nostalgiczna cisza.

Przez następnych dziesięć lat powinnam skończyć studia, znaleźć odpowiednią dla siebie pracę, poznać wspaniałego męża, urodzić mu pierwsze dziecko i spełnić wszystkie te marzenia, na które będę miała ochotę. Wtedy być może dostanę skrzydeł i będę jedną z najszczęśliwszych osób na świecie.
Niby tak niewiele, a jednak wątpie, by dziesięć lat starczyło na te wszystkie cele.

Wstałam rano i, spoglądając w lustro przed myciem zębów, po raz pierwszy w życiu nie mogłam siebie poznać. Twarz napuchnięta, oczy czerwone – ledwo otwarte, skóra szara, włosy w nieładzie… To był dzień moich urodzin. „A więc teraz już tak będzie?” – pomyślałam, bezradnie uśmiechając się do swego dwudziestoletniego odbicia.
Ostatnio miałam dużo pracy; mój dzień trwał prawie dwadzieścia godzin, chodziłam zmęczona i trochę już nie ogarniałam, co działo się wokół mnie. Pewnie dlatego tak wyglądałam tamtego ranka – w końcu znów miałam za sobą zarwaną noc. Teraz mogę pozwolić sobie na chwilę odpoczynku – wyglądam o wiele lepiej niż wtedy. Chyba…

Dzień urodzin był tylko chwilą nostalgii i snucia planów. Teraz dwudziestka żyje obok mnie, jakby jej nie było. W końcu to nic spektakularnego – kolejny rok do przodu. Zaczął się w miarę dobrze, a nawet obiecująco: w jednej z książek wydrukowali kilka moich wierszy.
Jednak nadal nie wiem, co będzie jutro i nie mogę się do końca zdecydować: czy cieszyć się z tej niewiedzy czy może niekoniecznie…

Dwudziestolatki

 

Pieśń o słońcu niewyczerpanym

27 kwi

PIEŚŃ O SŁOŃCU NIEWYCZERPANYM

1.
Twój wzrok utkwiony w duszy, jakby słońce skłonione na liściu,
bogaci jego kwitnienie przeźroczystą tonią dobroci
i skupia w swoim promieniu
-lecz popatrz Mistrzu,
cóż stanie się z liściem i słońcem? – wieczór nadchodzi.

2.
Dusza nie jest taka jak liść,
który za słońcem nie podąży
i zgaśnie, kiedy się zieleń w nim wypali –
- to tylko słońce będzie coraz dalej,
coraz dalszą go drogą okrąża.

Nie dość liściu, że co dzień dnieje,
nie dość, że słońce wschodzi.
Śmierć jest tylko zbyt krótkim promieniem
słonecznych godzin.

3.
Dusza nie jest taka jak liść,
Może słońce zatrzymać nad sobą,
uniżając się razem z nim
niedostępnym łukiem od zachodu.

Tam go dosięga i zostaje,
dzieląc słoneczne uniżenie,
a gdy upłynie jeszcze dalej,
jednoczy się z nim długim cieniem –

Ani horyzontów nie łamie,
niespokojna o dalekie dni
- po prostu puka do drzwi.
I oto wszystkiego dosięgła:
oto słońce co dzień przywraca
do swego widnokręgu.

4.
Kiedy smutek się zmiesza z wieczorem -
- podobne do siebie są z barw -
razem stają się dziwnym napojem,
który z lękiem nachylam do warg.

Więc, ażeby w tym niepokoju
nie pozostawiać mnie samego,
odjąłeś grozę wieczoru,
dałeś wieczności smak chleba.

Gdy z bezmiaru wyłaniałeś czas
i opierałeś się na przeciwnym brzegu,
usłyszałeś daleki mój płacz,
i od wieków wiedziałeś, dlaczego.

Wiedziałeś, że takiej tęsknoty,
która raz się napiła z Twych ócz,
nie nasycą słoneczne zachwyty,
lecz rozkrwawią jak brzegi róż.

5.
Jeśli ten kosmos jest gałęzią ciężką od liści,
opływa światło słońca,
spojrzenie jest tonią spokojną,
zaczerpniętą na otwartą dłoń -

Więc chociaż liście drżą i opadają,
w niedalekiej głębi odbite,
toń spokojna się ciągle wpatruje
w Ciebie – Ukryty.

6.
Te biedne moje oczy, gdy stwarzałeś,
czerpiąc z toni w otwartą dłoń,
o tym wiecznym spojrzeniu myślałeś,
zachwyconym w niezmierną toń,

i mówiłeś:
Uniżę się, bracie, uniżę,
nie osamotnię nigdy twoich oczu,
naprzód ukryję się w krzyżu,
potem chlebem w dojrzałym zbożu.

Więc myślę
dlatego tak: się uniżasz,
by nie osamotnić w kosmosie
moich ramion dalekich od krzyża
i mych oczu oddanych tęsknocie.

7.
Jeśli miłość największa w prostocie,
a pragnienie najprostsze w tęsknocie.
więc nie dziw, że pragnął Bóg,
aby najprostsi Go przyjęli,
ci, którzy duszę mają z bieli,
a dla miłości swej nie znają słów.

8.
W jednym spojrzeniu dziecięcym
skupionym w łagodnej Hostii
spotkałem się z Ojcem Niebieskim,
który patrzał z niezmierną miłością.

Przed głębią tego spojrzenia,
w którym ujrzany był świat,
zadrżały oczy moje
jak odsłonięty kwiat.

Syn mówił: Oto się spełnia
pragnienie naszej miłości,
że oczy ludzkie patrzą
nie odmienione światłością.

O blask! O Stwórcze spojrzenie,
z którego niezmiernie obficiej
stworzenie się nowe wyłania,
nowe światy powstają w ukryciu.

9.
O, czuć tę chwilę nicości,
tę chwilę sprzed stworzenia -
i nie odstępować jej nigdy,
jak nie odstępuje się cienia.

Powracać ciągle w ten czas,
gdy utulony tylko Twoją Myślą,
niewinność większą niż dziecko
i głębszą miałem przejrzystość.

Dziś, oszołomiony istnieniem,
zapominam o mojej nicości,
w dalekich się błąkam promieniach,
oderwany od promieni najprostszych.

Lecz jedno spojrzenie w głąb,
które wieczność odsłania z przepływu –
jedno najprostsze spojrzenie,
którym w Myśli znów Twojej przebywam. –

To wtedy – gdy w blasku ukrytym
skupiam siebie całego,
i staję się znów Twoją Myślą,
miłowanym białym żarem Chleba.

10.
Często stamtąd długo na mnie patrzy
spojrzeniami przykuwając mi twarz –
Czy ty wiesz, czy ty wiesz, mój bracie,
jak miłuje nas Ojciec nasz?

Ale głębi owych słów nikt nie zna,
ale przyczyn najdalszych nikt nie wie,
jaka męka to była bezbrzeżna
ta samotność na krzyżowym drzewie.

Lecz nie krew, która w drzewie rozkwitła,
jak rozkwita każdy trud w jutrzejszym chlebie –
tylko to odepchnięcie od Ojca,
to odtrącenie…

Za te słowa: Czemuś mnie opuścił,
Ojcze, Ojcze – za mej Matki płacz -
Ja na wargach Twoich odkupiłem
dwa najprostsze słowa: Ojcze nasz.

11.
Jest we mnie toń przeźroczysta,
dla mych oczu zasnuta mgłą –
jak potok upływam zbyt bystro,
na tak głębokie nie zasługuję dno.

Tam Pan mój co dzień przychodzi i pozostaje –
smuga krwi gdy zatapia się w śnieg –
- i poznany wzajemnie poznaje
i wzajemną obfitością tchnie.

Gdyby wtedy ktoś toń przeźroczystą
potrafił odsnuć z mgły,
ujrzano by – w jakiej nędzy,
ujrzano by – w kim -

i ujrzano by – jaka światłość
zalewa przyćmioną toń,
ujrzano by – w sercu ludzkim,
najprostszym z słońc.

12.
Jest we mnie kraina przeźroczysta
w blasku jeziora Genezaret –
i łódź… i rybacza przystań,
oparta o ciche fale…

i tłumy, tłumy serc,
zagarnięte przez Jedno Serce,
przez Jedno Serce najprostsze,
przez najłagodniejsze -

- albo znowu – wieczór z Nikodemem,
- albo znowu – nad brzegiem morskim,
dokąd powracam codziennie,
oczarowany Twą pięknością -
A to wszystko: ten wieczór z Nikodemem,
ta kraina i rybacza przystań,
i toń taka przeźroczysta,
i Postać taka bliska -

a to wszystko przez Punkt jeden Biały
z najczystszej bieli
objęty w sercu człowieczym
krwawym przepływem czerwieni.

13.
Proszę Cię, byś mnie ukrywał
w miejscu niedostępnym,
w nurcie cichego podziwu
lub w nocy posępnej.

Proszę Cię, byś mnie osłaniał
od tej strony, co zapada w mrok –
a proszę Cię, byś mnie odsłaniał
ku tej stronie, co przykuwa wzrok.

- bo wiem o takim ukryciu,
że w nim nic nie rozproszę z tych słońc,
które płoną pod horyzontem
spojrzeń utkwionych w głąb.

A wtedy dokona się cud
przemiany
oto Ty staniesz się mną –
ja – eucharystyczny.

14.
Proszę, wyjdź, Panie, ode mnie
i myśli mojej omylnej
nie narażaj na taką niemoc,
nie narażaj na taką bezsilność.
- bo nie ma takiej wdzięczności,
aby objęła nieskończoność,
żeby serce objęło Ciebie
słoneczną smugą czerwoną

- a choćby objęło świat
i choćby rozpłonął do szału,
i choćbym rozdał siebie –
wiem, że nic nie oddałem.

A Ty jeszcze co dzień pomnażasz,
moją bezsilność,
poddając Twą nieskończoność
pod moją myśl omylną.

15.
Jakże odwdzięczę morzu, że fale jego ciche
wychodzą aby szukać moich codziennych zabłąkań?
Jakże odwdzięczę słońcu, że zachód mnie nie odpycha,
że wieczór i poranek niedługa dzieli rozłąka?

Cóż Ci oddam za tę bliskość,
którą w takim rozniecasz bezmiarze,
jak ogniska,
jak serca w równowadze -

Cóż Ci oddam za tę poufałość,
którą w dziecięcym spojrzeniu
nawiązujesz, a kończysz chwałą
nieosmuconą w odcieniu -

Cóż ci oddam za tę bezbronność,
która nie skąpi mi dnia –
przecież Ci, Panie, nie wolno
ufać takiemu jak ja.

Jakże odwdzięczę morzu, że fale jego ciche
wychodzą aby szukać moich codziennych zabłąkań?
Jakże odwdzięczę słońcu, że zachód mnie nie odpycha,
że wieczór i poranek niedługa dzieli rozłąka?

16.
O Panie, przebacz mej myśli, że nie dość jeszcze miłuje,
przebacz miłości Mej, Panie, że tak strasznie przykuta do myśli
że chłodnym myślom, jak nurt, Ciebie odejmuje
i nie ogarnia płonącym ogniskiem.

Ale przyjmij, Panie, ten podziw, który się w sercu zrywa,
jak zrywa się potok w swym źródle –
- znak, że stamtąd przypłynie żar -
i nie odtrącaj, Panie, nawet tego chłodnego podziwu,
który nasycisz kiedyś kamieniem płonącym u warg –

I nie odtrącaj, Panie, mojego podziwu,
który jest niczym dla Ciebie,
bo Cały jesteś w Sobie,
ale dla mnie teraz jest wszystkim,
strumieniem, co brzegi rozrywa
nim oceanom niezmiernym tęsknotę swoją wypowie.

Karol Wojtyła, 1944

 

Tak jak nigdy

20 kwi

Czytam ostatni post.

Minęło tyle czasu, a u mnie tyle zmian. Zastanawiam się, kto jest głupi. Ja czy otaczający mnie świat, z którym wzajemnie nie potrafimy się zrozumieć.

Powtórka z rozrywki.
Znów zostałam sama. Zdradzono mnie, oszukano, wykorzystano i okłamano. Ludzie są jacy są, tylko to ja nie umiem się do tego przyzwyczaić i zawsze, za każdym razem przeżywam wszystko na nowo, od początku. Jakbym nie potrafiła tego przewidzieć. Choć z drugiej strony po co przewidywać, skoro i tak nie zapobiegnie się tym dziwnym, pokracznym wręcz sytuacjom?

Tak więc znów przyszło mi przeżywać. Bóle, rozstania i skutki postępowania innych. O takie rzeczy obrażaliśmy się pół życia temu, w wieku dziesięciu lat, a nie teraz, kiedy jesteśmy dorosłymi, prawie dojrzałymi ludźmi (nie wierzę, że to mówię, ale taka jest prawda).

W zasadzie wszystko się powtarza. Początkowa euforia, bo ludzie tacy piękni. Z czasem jednak wszystko się zmienia i znów nie ma się do kogo odezwać. Mogę stwierdzić – jest tak jak zawsze. Jednak nie zrobię tego…

Jestem innym człowiekiem. Mówię otwarcie o tym, co leży mi na sercu. Jestem odważniejsza i bardziej asertywna. Zaczynam być pewna siebie i dochodzę do pewnych wniosków. Poza faktem, że jest mi niezmiernie przykro stwierdzam, że nie potrzebuję ludzi do szczęścia. Zawsze byłam sama, byłam indywidualistką. I skoro do tej pory dawałam sobie ze wszystkim radę, to i teraz będzie tak samo! Bo wszystko, poza życiem towarzyskim, układa się wspaniale.

Uczę się zdrowego egocentryzmu. Muszę zrobić moralnego zeza i zacząć patrzeć na czubek swego nosa. Mam nauczkę. Nie poświęcać się za innych, nie skakać za nimi w ogień, nie płakać za ludźmi, którzy prędzej czy później odwrócą się plecami, przeminą i znikną z naszego życia. Postawić racjonalną barierę ograniczonego zaufania na przyszłość.

Czy będę w takim układzie szczęśliwa?
Nie wiem. Jednak pracuję nad sobą i wyznaczam sobie nowe cele, do których cholernie mocno dążę. Co będzie, to będzie. Wóz albo przewóz. Szkoda tylko, że w tym wszystkim drastycznie maleje szansa na odnalezienie prawdziwej i jedynej miłości, której jednak po cichu mi brakuje…

Trudno.

 

Pierwsze koty za płoty

14 lut

Do trzech razy sztuka!
Od ostatniego postu dwa razy zaczęłam coś tu skrobać na brudno. Dopiero dziś mogę na spokojnie usiąść i dać znak, że żyję.

Pierwsza sesja za mną! Zdana od ręki, za pierwszym razem. Bo, oczywiście, były wątpliwości co do matematyki. Jeszcze niedawno chwaliłam, że idzie mi z niej całkiem nieźle. Sytuacja zmieniła się, gdy pojawiły się pochodne i całki. Ale co tam – opanowałam je jakoś i zdałam, a to najważniejsze!
Pięć egzaminów, w tym dwa ustne (jeden ustny na życzenie, bo zerówka). Nie powiem, emocje sięgały zenitu, zwłaszcza przed wspomnianymi ustnymi, jednak poszło na tyle dobrze, że do teraz nie mogę uwierzyć.

W końcu zrozumiałam sens tych wszystkich memów o sesji, o niemocy nauki, o chęci sprzątania, gotowania czy o zaprzyjaźnianiu się z sufitem. Ale bez przesady, matura była zdecydowanie bardziej stresująca, w związku z czym porównanie, że sesja jest co-półrocznym egzaminem dojrzałości jest moim zdaniem niezbyt trafne. To, że ktoś się nie uczy regularnie i zarywa noce na kilka chwil przed egzaminem świadczy tylko o lenistwie, które niemożebnie ogarnia podczas studiów. I nie plotę tu żadnych kazań czy wielkich mądrości – sama plułam sobie w brodę, kiedy koło północy piłam piątą kawę, a o drugiej nad ranem jadłam kolację nad książkami. Mogłam robić to wszystko za dnia, ale jestem nocnym Markiem, co pogłębia się coraz bardziej.
Szczerze powiedziawszy, sesja jest czasem niezwykle miłym.

We wtorek, po ostatnim, zdanym na pięć, egzaminie ruszyliśmy z S. do domu pieszo, przez niemal pół miasta. Wzajemnie wczepieni sobie pod ramię poczuliśmy się cudownie – koniec dwóch tygodni rygorystycznej nauki i zarywanych nocy (chociaż to ostatnie akurat kontynuujemy nadal). I choć bolały nogi, choć z nieba spływała delikatna mżawka – poczuliśmy się najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem. Wśród śpiewu ptaków, wśród rozkwitającej wiosny, umówieni na wspólny wieczór zwieńczający zakończenie sesji. Pięknie!

Nie mam ferii. Od poniedziałku zaczynam nowy semestr. Zaczną się nowe przedmioty, których sama nazwa mrozi krew w żyłach. Ale nie ma się co przejmować: powoli, do przodu. W końcu nie ma rzeczy niemożliwych!

Chyba znalazłam przyjaciół. Piszę „chyba”, bo nie lubię tak poważnych deklaracji, których nigdy do końca nie jestem pewna. Jest S., o którym troszkę przed chwilą wspominałam, jest O., o której pewnie jeszcze nie raz wspomnę, są inni, mądrzy ludzie, z którymi można poważnie porozmawiać i bawić się do utraty tchu.

Jest pięknie!
Nie chcę stwierdzać, że piękniej już być nie może, bo z całą pewnością może!
Są jeszcze marzenia, do których spełnienia droga daleka. Jest słońce, którego będzie coraz więcej. Są ludzie, których można by bezwarunkowo kochać, ale są też wątpliwości czy odważyć się na tak duży, przełomowy krok.

Dziś z okazji Walentynek życzę Wam jak i sobie dużo miłości! Prawdziwej, czystej, wręcz dziecięcej. Życzę drugiej osoby, z którą można spędzić chwile te najlepsze i te najgorsze. Życzę wsparcia i słońca na każdy dzień!

Proszę państwa, powoli wkraczam w dorosłość…

Iyeoka – Simply Falling


 
Komentarze (23)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 
 

  • RSS