RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2014

Dynamicznie, ale stabilnie

25 gru

Po kilkumiesięcznej nieobecności powinnam rozpocząć nową notkę opisując jakieś spektakularne zdarzenie, sytuację czy osobę, które zmieniły przez ten czas mnie i mój świat o 180 stopni i dzięki którym nie miałam chwili, by tu zajrzeć. Dlatego powinno być coś o miłości czy przyjaźni, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba lub o innym przyjemnym zdarzeniu, które miało na mnie diametralny, a przede wszystkim pozytywny wpływ.

Nic z tych rzeczy.

Mówili, że z upływem lat czas biegnie coraz szybciej. Przenajświętsza prawda. Boję się tylko, co będzie dalej skoro życie już nabrało niezłego tempa. Tak oto, mimo szczerych chęci, nie odzywałam się, bo… bo za dużo tego wszystkiego naraz.

Dlatego wspomnę troszkę, co działo się u mnie przez te ostatnie miesiące.

Nie powinnam narzekać na wakacje, mimo że w sumie nigdzie nie wyjechałam, by odpocząć tak, jakbym tego chciała. Góry za daleko, by ktokolwiek był chętny zabarać się ze mną do pięknego Zakopanego. Morze zbyt banalne, by tracić na nie pieniądze, których i tak nie mam… Dlatego ciągle podróżowałam między swoją miejscowością a miastem, w którym studiuję.
W tym wolnym czasie miałam okazję poznać miejsca, na których zwiedzenie czy nawet zapoznanie nie było czasu w trakcie roku akademickiego. Spędziłam bardzo udany tydzień z S., z którą przejeżdżałyśmy na rowerach Miasto Kamienic z północy na południe i z zachodu na wschód kilka razy. Byłam na dwóch castingach (żeby móc opowiadać wnukom), gdzie z jednego wyłonili mnie do zagrania w filmie, który wejdzie na ekrany kin po Nowym Roku (tylko nie pytajcie o tytuł). Zwykłe statystowanie – całkiem możliwe, że nawet nie załapałam się w kadrze. Jednak uważam to za świetne przeżycie i wiem już jak wygląda praca na planie – cholernie trudno i wyczerpująco.
Byłam też na koncertach dwóch skrajnych muzycznie i światopoglądowo zespołów, gdzie nawet udało mi się poznać wokalistę jednego z nich i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Później namiętnie(!) oglądałam jeden z kiczowatych programów telewizyjnych, w którym ów pan brał udział. Nawet byłam bliska wysłania na niego SMSa przez sympatię jaką zaczęłam do niego żywić po krótkiej rozmowie, ale resztkami rozumu zdołałam się opamiętać.
Co jeszcze działo się w wakacje – nie pamiętam. Chyba już nic nadzwyczajnego, co nie zostało w mej pamięci.
Poza tym – tęsknie za latem. Dziś uszczęśliwia mnie tylko fakt, że przyszła zima (która na szczęście wygląda jak nie-zima) i dni będą teraz coraz dłuższe. Zejdzie ze mną chandra wywołana szybką szarugą i ciemnością za oknami.

Nowy rok akademicki.
Na pierwszym roku mówili nam: wybraliście sobie najtrudniejszy kierunek jaki istnieje. Trudniejszy nawet od medycyny (?). Słysząc te słowa – płakaliśmy ze śmiechu. Na drugim roku również płaczemy, ale tym razem z braku czasu, nadmiaru pracy i bezsilności, bo materiału do nauczenia jest w pip i jeszcze trochę. Profesorowie rok temu mieli rację i jeszcze próbowali nas nawrócić. Niestety, w stałym, pierwszorocznym składzie, wspólnie przechodzimy przez męki i katusze drugiego roku.
Jednak mogę dodać, że uwielbiam biochemię i wcale nie jest to sarkazm (ci, co mieli z nią styczność wiedzą, co mam na myśli). Genialnie jest znać cały proces biochemiczny oddychania komórkowego wraz ze wszystkimi biorącymi w nim udział enzymami oraz pozostałe szlaki: pentozofosforanowe, glikolityczne, liposyntetyczne i takie tam… W sumie nie wiem na dzień dzisiejszy jaki jest cel mojej znajomości owego materiału, ale szczerze cieszę się, że to umiem i nawet, trochę po cichu, jestem z siebie dumna. Humanistka z cyklem kwasu cytrynowego w małym paluszku. Fajna jestem, no!
Oczywiście przechodziłam kryzysy. Do połowy listopada myślałam (wraz z większą ekipią), że może trzeba rzucić to wszystko w cholerę. Ale to była kwestia przyzwyczajenia i wdrożenia się w nowy rytm dobowy: uczelnia – nauka – sen i nic więcej, z dość częstą eliminacją snu w ciągu dnia. Przykre jednak stało się mechaniczne życie: byle do piątku, byle do świąt, byle do sesji… Dziś jest wszystko w porządku i czas myśleć o nieubłaganie zbliżających się egzaminach.

K. pięknie zdał maturę, dostał się na wymarzone studia, zrezygnował ze studiów, załapał się do jakiejś pracy, po Nowym Roku wybiera się do nowej i jest zadowolony. Trochę go podziwiam – był zdeterminowany i pewien tego kierunku, jednak po dość krótkiej chwili potrafił podjąć odważną decyzję: nie, to nie to. Ja chyba bym się trochę bała… Ale niech wiedzie mu się najlepiej!

Hm… to chyba tyle u mnie. Jak widać – nic nowego poza faktem, że nie mam czasu praktycznie na nic. Chociaż teraz, w te dni mogę trochę usiąść i się odmóżdżyć. Mam pod sobą dzieci i robię za etatową ciocię. Nie mam pojęcia jak sprawdzam się w tej roli, jednak włączają mi się pewne instynkty i obawiam się, że szybko się ich nie wyzbędę. No, ale to chyba dobrze. 

Życzę Wam wszystkiego dobrego z okazji świąt i nadchodzącego 2015 roku. I, jak to często mówi mój znajomy, keep smiling!

Etatowa ciocia,
S. Dziewczyna

 
 

  • RSS