RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2013

Droga w nieznane

30 wrz

Za kilka dni oficjalnie będę studentką.

Przeżywam? Jakoś nie. Dziwi mnie mój spokój. Może to dlatego, że będę mieszkać w miejscu, w którym zazwyczaj spędzałam wakacje, ferie i poszczególne weekendy. Chyba mój umysł traktuje to wszystko właśnie jak wyjazd. Ale to chyba poprawnie. Widzę te nerwy znajomych na facebooku i dobrze, że akurat to mnie nie dotyczy.
Nie wiem, co mnie czeka i czy jest to odpowiednia droga. Ale raz kozie śmierć!

Wyjeżdżam jutro. Wsiadam w pociąg i już mnie nie ma. Wracam na weekendy. Może wtedy się będę odzywać, jak znajdę czas i wenę. Tymczasem – niech blog żyje własnym życiem pomimo mej nieobecności. Rozmawiajcie w komentarzach o wszystkim i o niczym. Będzie mi miło zajechać w piatek do domu i poczytać co tam u Was.

Już zebrało mi się na tęsknoty.
Bliskim też.
Jakieś łzy…
Szkoda nowej znajomości…

Jakoś tak melancholijnie się nagle zrobiło.

Trzymajcie kciuki. Żebym nie zgubiła się w wielkim mieście, odnalazła swoje miejsce i powróciła myślami na odpowiednie tory. I może żebym choć przez chwilę była szczęśliwa…?

Pozdrawiam,
do zobaczenia!

Smutna Dziewczyna

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Czas na zmiany!

23 wrz

Rozpoczynam nowy etap w życiu.

Nie sądzę, żeby wiele się zmieniło, świat stanął na głowie, a ja zmienię spojrzenie na świat. Pewnie nie wydarzy się nic nowego. W związku z tym postanowiłam pomęczyć się nad sobą.

Remanent w szafie. Dodam, że w jednej szafie, trwający pięć dni roboczych z przerwą na kawę. Wyrzuciłam to, czego nie noszę, nie lubię, co szare i smutne. Czas ożywić swój wizerunek, dodać mu koloru, lekkości. Na zimę kupię kolorową kurtkę. Wszystkie dotychczasowe były czarne lub białe. Teraz widzę, że to nudne, smutne i byle jakie. Trzeba to zmienić!

Posegregowałam książki. Część w zasadzie nie nadaje się do niczego – czekają, aż znajdę czas, żeby odwieźć je do biblioteki, bo, broń Panie Boże, książek nie pal i nie wyrzucaj! Reszta i tak zalega na półkach i zbiera kurz. Aż jestem zła na te wszystkie nagrody, które zdobywałam w różnych konkursach i za pewne szkolne osiągnięcia. Pięć „Panów Tadeuszów”, trzech „Krzyżaków” i reszta wychodzą mi już nosem. Stare podręczniki oddam na makulaturę. Po tych wszystkich zmianach w programie nauczania już do niczego się nie nadają.

Pierwszy raz od marca udałam się do fryzjera. Najwyższy, ostateczny czas! Babka stała nade mną trzy godziny i zarobiła tyle samo, ile dentysta za znieczulenie, wyczyszczenie zęba i dobrą plombę ze światłem. Ale było warto! Przystrzyżenie – pazurkowanie, nowa grzywka, której już dawno nie było i ombre. Wyszłam stamtąd wniebowzięta – zresztą, jak zwykle. Piekło zaczyna się zazwyczaj dzień po metamorfozie, kiedy sama muszę sobie unieść, uczesać i ułożyć włosy, by wyglądały tak, jak dzień wcześniej. Wtedy lecą w eter wszystkie znane mi przekleństwa oraz nowe, które wymyślam pod wpływem niezbyt pozytywnych emocji. Nie umiem jednocześnie suszyć, podkręcać na okrągłej szczotce i nadać temu wszystkiemu jakiegoś odpowiedniego kształtu. W dodatku zaginęła prostownica, którą używałam ostatni raz dwa lata temu. Kupić nową czy łudzić się, że stara się znajdzie?
Teraz na głowie mam szczotkę i boję się wyjść do ludzi.

Okulista stwierdził, że wzrok zasadniczo nie uległ zmianie. W sumie nie mam się z czego cieszyć, bo wada sama w sobie i tak jest duża. Jednak nadeszła odpowiednia pora na zmianę oprawek. Tyle, że z tym nie pójdzie tak łatwo. Zawsze byłam przeciwna tzw. „kujonkom” i podejrzewam, że nieprędko się to zmieni. Niestety, optyk poleca mi tylko ten typ oprawek, bo jest ich w salonie najwięcej. Pozostałe modele są zbyt duże na moją drobną twarz. Mam tylko nadzieję, że w tym tygodniu znajdę coś odpowiedniego dla siebie. No, ale wiadomo, czyją matką nadzieja jest…

W swoim pokoju zmieniam okno.
Wzięło mi się na sprzątanie.
Coraz bardziej wkurzają mnie ludzie.
Znalazłam świetnego znajomego! Szkoda, że akurat teraz, kiedy muszę wyjechać…

Ostatnio przypomniało mi się o pewnej płytce, która całkowicie kojarzy mi się z dzieciństwem. Słuchaliśmy z kasety w naszym pierwszym, czerwonym samochodzie. Było tak fajnie! A oto jeden z kawałków:
Kayah & Bregovic – Sto lat młodej parze

 

Niech żyje (jesienna) wolność!

15 wrz

Podzielę się odrobiną wrażeń i przemyśleń z pierwszego od ponad trzynastu lat całego wolnego września. I póki nie najdzie mnie wena, by opisać coś ciekawego jak to (może) kiedyś miałam w zwyczaju, będzie o mnie, czyli nudno. Wchodzisz tu na własną odpowiedzialność.

Widok dzieci i młodzieży idącej do szkoły, a raczej z niej wracającej (rano za długo śpię, by podziwiać wędrówki ludów do swych „cholernych obowiązków”) budzi we mnie jakieś dziwne uczucia. Nie ma się co dziwić – każdy wrzesień spędzałam w szkolnej ławce, dusząc się w smutnej klasie i przeklinałam pod nosem piękną, letnią pogodę za oknem. Tak, wtedy czułam jeszcze pełnię lata. A dziś?
Dzisiaj widzę, że jesień już na dobre rozgościła się na moim terenie. Czasem z zimna wskakuję pod koc. Zawsze w takiej chwili, przy końcu lata, tęsknię za zimą: za ciepłem domowego ogniska, za puchowymi skarpetkami, kocami, polarami – jest tak przyjemnie… Coraz wcześniej robi się ciemno; aż dziwne jest, że tak niedawno słońce wisiało jeszcze na niebie w okolicach 21.00. A pogoda? Zimno, wieje, pada… Aż popadam w jesienną melancholię, która w najbliższym czasie zamieni się w cholerną, znienawidzoną chandrę.

Może po raz pierwszy od tak dawna zauważyłam jesień we wrześniu z racji tego, że siedzę w domu i mam czas obserwować przyrodę jak gaśnie? Jak powoli zapada w sen? A może po prostu jesień przyszła tego roku odrobinę wcześniej niż to miała w zwyczaju? Albo wolność zagościła mi w głowie w takim stopniu, że zaczęłam myśleć już o byle czym, spłycając swój umysł jak tylko się da?

Miało być o wolności.

Nie powiem… coś tam łechce mnie od środka, że dzieciaki męczą się w szkołach, a ja wyleguję się do dwunastej w południe, jednocześnie nic nie robiąc do trzeciej nad ranem. W końcu będąc na ich miejscu uczyłabym się już od drugiego dnia września wszystkiego, co trzeba; a tak – zwiedzam, odwiedzam, wyjeżdżam, czytam i poznaję to, czego dotąd nie znałam.

Jeszcze w środku wakacji wybraliśmy się z K. (z tym od białych kołnierzyków, z którym jestem w dwuosobowej spółce „My, Kulturalne i Grzeczne Dzieci”) na piwo. Weszliśmy do sklepu. K. podążył w odpowiednim kierunku, a ja zatrzymałam się przy półce z… przyborami szkolnymi. Ogarnęła mnie znów nostalgia, może sentyment albo przyzwyczajenie do szykowania corocznej, szkolnej wyprawki. K. na mój widok w myślach(!) popukał się w czółko i ruszyliśmy do kasy.
Teraz ja jestem wolna, a on wrócił do szkoły, do klasy maturalnej. Już po pierwszym tygodniu nauki stwierdził, że mi zazdrości: „Masz już tę całą harówę za sobą!”. Uśmiechnęłam się. Rok temu myślałam dokładnie tak samo o Meli, która we wrześniu wyszywała z nudów obrazki, kiedy ja przygotowywałam się solidnie do matury. Teraz jestem w tym samym miejscu, co ona wtedy. Cholera, jak ten czas szybko leci!

W domu chyba dotarło, że jestem już prawie dorosła. Inaczej ze mną rozmawiają, inaczej traktują, nawet pożyczają samochód, o którego prosiłam bezskutecznie od stycznia. Chyba czują, że czas studiów to czas dorastania, usamodzielniania się, życia na własną rękę… Jak to poważnie brzmi, aż ciarki przechodzą…

Korzystam. Korzystam z wolności. Biorę samochód i jeżdżę, gdzie tylko mogę. Czuję wiatr we włosach, zdobywam świat! Jest pięknie, choć, szczerze mówiąc, przydałoby się wrócić do normalnego trybu życia, bo głowa boli od nadmiaru myśli.

A co do poprzedniej notki – może i nie jestem szczęśliwa, ale przecież mogę sprawiać wrażenie szczęśliwej i spełnionej, prawda? W końcu wszyscy chwalą mój talent aktorski…

Depeche Mode – Shake the disease

 

Moje ciężary

03 wrz

Miałem pleciony kosz,
Chciałem weń włożyć owoce,
By je przechować na zimę,
A może miał to być chleb.

W nocy ktoś włożył mi w kosz kamienie,
Ciężkie i twarde,
Które nie miały posłużyć nikomu,
Tylko obarczyć mi grzbiet.

Lecz wezmę ten kosz na plecy,
Poniosę te kamienie,
Poniosę je do końca,
Aż tam.

                                                                                                                                                                                              „Ciężar”, L. Staff

Postanowiłam w końcu gdzieś wyjechać, odpocząć, nabrać sił i przestać myśleć o tym, co niewygodne i niezasługujące na jakiekolwiek przemyślenia. Rzeczywiście, wróciłam z werwą, z chęcią do wielkich zmian, których w sumie i tak nie dokonam, bo nie jestem na tyle odważna. Jedyne z czego się cieszę to moja wzmożona aktywność sprzątająco – domowa. W domu coraz większe pustki. W związku z tym chyba zaczynam czuć prawdziwą i głęboką odpowiedzialność za mój dach na głową i za tych, którzy pod nim jeszcze mieszkają.

Podróż powrotna dała mi wiele do myślenia. Ostatni raz tą samą trasą jechałam dwa tygodnie przed maturą. Wtedy siedziałam strwożona – przede mną zakończenie roku, miesiąc stawiający moje najbliższe życie pod znakiem zapytania, moment próby i, wtenczas jeszcze, zdrowia Dziadka. Słońce tak przyjemnie grzało w twarz, aż ogarniała mnie złość – świat się rodzi do życia, trawa zielenieje, a we mnie tyle strachu.
Teraz, podziwiając te same krajobrazy za oknem co wtedy i to samo słońce, które już zapowiadało nadejście jesieni, uświadomiłam sobie pewną rzecz. To, czego się bałam najbardziej jest już za mną. Nie będzie już takiego samego ciężaru na sercu, żołądku czy umyśle. Poprzednim razem zadawałam sobie pytanie – co będzie dalej? Teraz już wiem, jak będą wyglądały najbliższe dni.

Ciężar, który zawadzał mi przez ostatnie trzy lata, a zwłaszcza przez ostatni rok stał się lekki jak piórko i uleciał gdzieś w powietrze. I dopiero teraz, w drodze do domu poczułam, że jestem wolna, że mogę wszystko i że, do cholery, to odpowiedni moment, by poczuć się w końcu szczęśliwą.

Niestety, przez tych kilka miesięcy wydarzyło się tak wiele, tak smutno i tak przytłaczająco, że nie mogę uznać siebie za osobę spełnioną. Choć w zasadzie te najgorsze troski odeszły; ci, co cierpieli już są szczęśliwi, a ja jestem bardziej pewna przyszłości niż wtedy. Chyba, że wyolbrzymiam, zbyt wiele oczekując od ludzi, od życia, od siebie… Albo naprawdę jestem skazana na wieczne dźwiganie jakiegoś cholerstwa; czegoś, co jest mi potrzebne jak koszula w czterech literach.

Jamie Foxx – Extravaganza

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii O mnie

 
 

  • RSS