RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2013

Umarł Romeo! Niech żyje Romeo!

21 sie

W sumie mogłabym w końcu napisać o czymś ambitnym, ale z góry wiem, że się nie uda, więc ambicje idą w kąt. Zresztą zauważyłam, iż wakacje otępiają człowieka; tak było co roku, jednak teraz moje otumanienie przechodzi ludzkie pojęcie. Nie narzekam na tak dużą ilość czasu; wręcz przeciwnie! Nie mogę sobie wyobrazić jak zaledwie dwa miesiące wakacji mogły kiedyś radować. Przecież to tyle, co nic: kropla w oceanie albo ziarnko piasku na plaży… A przede mną jeszcze cały wrzesień!

Nie mogę się ogarnąć w żaden sposób. Mam myśli głupie i niepoukładane.  Aż zaczęłam podejrzewać samą siebie o jakąś chorobę, co padła mi na łeb. Nie mam pojęcia, jak wrócę do normalnego życia w październiku. Czuję, że cała wiedza uleciała mi z głowy. Nawet nie wiem, co tu napisać. Mogłabym Was zapytać, co chcielibyście tu przeczytać, ale nie jestem żadnym celebrytą, by opisywać swoje życie (nota bene bardzo nudne) ani dziennikarzem, by pisać to, co widzę i wyciągać z tego jakiekolwiek przydatne społeczeństwu wnioski.

Przez wakacje chciałam tu nadrobić zaległości, ale chyba się wypalam. Targają mną różne, skrajne(!) emocje, a przede wszystkim cholerne niezdecydowanie. Zastanawiam się nad zawieszeniem bloga, z nadzieją, iż od października polepszy mi się w głowie.

Przecież teraz nawet nie mam na co narzekać!

Muchy – Wróżby

 

Za wysoko?

12 sie

Jeden z filozofów, których cenię najbardziej, a którego sposób bycia i myślenia poznałam na lekcjach języka polskiego na początku ostatniej klasy liceum stwierdził, że „rozczarowanie rośnie w miarę istnienia”. Zgodziłam się z tą myślą od razu, wręcz machinalnie, rozpatrując ją jako coś oczywistego, a nawet stwierdziłam, iż jest to zdanie ogólnie definiujące sens życia, ludzkiej egzystencji… Dopiero niedawno zauważyłam, że ogólny sens tej myśli można rozbić na konkretne kategorie naszej codzienności. Bo ostatnimi czasy jestem coraz bardziej rozczarowana. Czym? A wszystkim po trochu.

Coraz częściej myślę o ludziach, o ich mentalności, o wzajemnych relacjach między sobą. Czy dzisiaj wszyscy są zaślepieni w sobie, w swoim „ja”? Czy trzeba wszystko nieprzychylnie komentować, każdego obgadywać, nikomu nie pomagać, mieć wszystko gdzieś? Bo jak dotąd wszyscy ludzie, którzy stanęli na mej drodze odpowiedzili na te pytania twierdząco. Nie tylko słowem, ale i swym uczynkiem i zachowaniem.

Przez dziewięć lat podstawówki i gimnazjum dzieciaki wiedziały o sobie wszystko, jak to w małym środowisku bywa. Śmiech – bo w domu bieda; pogarda – bo w domu alkohol; obgadywanie za plecami – bo zwykłe ciuchy, zero smaku czy stylu. Powodów do takiego zachowania było miliony. Nawet mnie się oberwało za to, że dobrze się uczyłam, wszystko z łatwością osiągałam, byłam zawsze i wszędzie (ciekawość plus dusza „artystyczna”), a to co złe – uchodziło mi płazem. Przeżywałam? Jak cholera. A nawet bardziej…

Idąc do liceum byłam pełna nadziei. Nowe miasto, nowe środowisko, nikt się nie zna, więc tabula rasa – zaczynamy od początku. Rzeczywiście – tam byliśmy jednością, „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Nikt się z nikogo nie śmiał, każdy sobie wzajemnie pomagał i było dobrze. Dobrze, a nawet pięknie – twierdziłam, porównując ową teraźniejszość z tym, co mnie spotkało przez minione dziewięć lat. Pod koniec drugiego roku bycia razem zauważyłam, że zaczyna się między nami psuć – i to bardzo! Później nie było już tak pięknie.

A teraz? Nie utrzymujemy już ze sobą kontaktów, choć to dopiero niecałe trzy miesiące po maturze. Teraz już siebie obgadujemy, naśmiewamy się wzajemnie. I ponownie oberwało się także mnie – poczta pantoflowa działa jednak skutecznie. Obrobiono mi tyłek posługując się jeszcze fałszywymi zarzutami! Nie robię afery i nie tłumaczę się, bo po co? Udaję, że o niczym nie wiem. Ale nie powiem – mimo wszystko zawiodłam się na nich bardzo.

W świecie pozaszkolnym jest podobnie. Ręce opadają. Przez dziewiętnaśnie lat nie spotkałam nikogo zaufanego, dobrego, serdecznego, pomocnego ani bezinteresownego. Z drugiej strony wierzę jednak, że dobro, którym staram się dzielić, wróci do mnie ze zdwojoną siłą. Staram się być miła, uprzejma (często mimo woli), służę pomocą i nie chcę niczego w zamian. Niestety, świat odzwięcza mi się tak, a nie inaczej, a ludzie odwracają się tyłem wołając: „pocałuj mnie w d…!” Jeszcze tyle życia przede mną – aż boję się, co jeszcze może mnie rozczarować w tej kwestii.

Może to we mnie jest błąd? Może pcham się z motyką na słońce chcąc zbawić świat niczym Matka Teresa? Może powinnam stać się taka jak inni: bezczelna, arogancka, złośliwa, niepomocna, mająca wszystko i wszystkich gdzieś? Może to jest tak, jak w tej piosence, że nie wolno wznosić się za wysoko?

 
 

  • RSS