RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2013

Z głową na pustkowiu

31 lip

To miały być piękne wakacje.

W ciagu ostatnich dwóch miesięcy z kilkoma przerwami jeździłam po szpitalach. W tym czasie zaczęłam podziwiać ludzkie ciało, odbierając je jako fantastyczną fabrykę, gdzie wszystko musi sprawnie chodzić w swoich trybikach, by tworzyć życie. W tym samym czasie zrozumiałam też, że zdrowie jest najważniejsze, a starość Panu Bogu zdecydowanie nie wyszła. Ważna jest też rodzina albo po prostu ktoś bliski, kto pomoże w chorobie, zaopiekuje się i potrzyma za rękę w najtrudniejszej chwili.

Napatrzyłam się na śmierć. Towarzyszyłam jej pracy od początku do końca. Towarzyszyłam w odejściu mojego Dziadka.

Dziś mam czas na wszystko, jednocześnie nie mając chęci na nic. Od kilku dni szukam dla siebie miejsca. Nagle zapanowała pustka w domu, pustka w głowie, pustka w sercu… Nawet pies zachowuje się inaczej. Może też czuje pustkę?

Nie wiem sama, czego chcę; czego chcą ode mnie inni. I to w takim momencie, gdzie muszę odpowiedzieć sobie na pytanie: co dalej? W momencie, kiedy powinnam mieć już całkowicie zaplanowaną swą najbliższą przyszłość.
Nawet nie potrafię zebrać myśli w logiczną, spójną całość…

Powinnam w końcu gdzieś wyjechać, odpocząć, odetchnąć innym powietrzem, ale jakoś nie mam ochoty. Jakoś nie mam głowy…

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii O mnie

 

Między ludźmi – kiedyś i dziś

14 lip

Kiedyś było zupełnie inaczej, pod każdym prawie względem. Widzę to, biorąc na przykład choćby nasze najbliższe otoczenie, jakim jest sąsiedztwo. Oczywiście, bywa w takiej rodzinie różnie, rodem z historii o Kargulach i Pawlakach, gdzie można się kłócić, zabijać słowem lub czynem albo po prostu kochać się wzajemnie, licząc na wszelką pomoc i wsparcie z drugiej strony.

Mieszkając na jednej z najstarszych ulic w swojej miejscowości zdążyłam zapoznać się z różnymi opowiastkami o życiu w tym miejscu odległy czas temu. Sąsiedztwo było jak rodzina. Pierwsze domy powstawały przy wzajemnej pomocy – sąsiad sąsiadowi pomagał, pożyczał materiały budowlane, a niekiedy nawet, ze względu na trudne czasy, materiały te ofiarowywał, nie oczekując żadnej zapłaty ani niczego w zamian. Potem była wspólna praca w polu, następnie w nowo powstałych instytucjach. Rodziły się piękne, szczere więzi. Wieczorami chodzono w odwiedziny do drugich – na winko, papierosa, grę w karty czy po prostu na pogaduchy. Nie było kłótni, waśni czy sporów (z pewnymi śmiesznymi wyjątkami). Wszystkie ewentualne konflikty czy niedopowiedzenia rozmywały się gdzieś przy szampańskiej zabawie u któregoś z sąsiadów i wszyscy o wszystkim zapominali. Między rodzącymi się dziećmi zawiązywały się przyjaźnie. Wszystkie dzieci chodziły do jednej szkoły, bawiły się na podwórkach lub ulicach: chopcy grali w piłkę, a dziewczynki pchały wózki z lalkami lub wzajemnie plotły sobie warkocze. Domy były otwarte – bez pukania można było wejść do sąsiada i czuć się jak u siebie w domu.

Na kogo tu liczyć? - spytałabym w trudnej dla mnie sytuacji.
- Na sąsiadów! – odpowiedzieliby moi dziadkowie jeszcze jakieś dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Wzajemna opieka nad dziećmi lub chorymi, pomoc w pracy albo w gospodarstwie; wspólne załatwianie niektórych spraw czy chociażby wyjazdów do miasta… To była norma. A dziś?
„Umiesz liczyć, licz na siebie” – usłyszałabym. Minęło tyle lat, a wraz z nimi tamte piękne, i wydaje mi się, dobre chwile.
Wieś się rozrosła, ulica stała się główną i najruchliwszą, więc aż strach dziecko z domu wypuścić… Gospodarstwa zostały polikwidowane na rzecz pracy w mieście – pracy od rana do nocy. Starsi pracują, goniąc za pieniądzem, nie mając czasu na utrzymywanie znajomości czy pomoc sąsiadom. Dzieci nie bawią się już razem; młodzież udaje, że się nie zna i nawet nie mówi sobie „cześć” (o tym wiem bardzo dobrze).

Sąsiad stał się symbolem wzajemnej złości.
Mój ma do mnie pretensje o to, że mój psiak lata u niego po ogrodzie i to jeszcze bez kagańca! Pan zapomina wówczas, że to jego płot jest wiecznie dziurawy, więc psisko do niego ucieka. I to moja wina, bo mu na to pozwalam. Oczywiście, poszła nawet groźba, że jeśli to się powtórzy to „uśpię ci tego psa!”. Miło…
Inni sąsiedzi pokłócili się o coś lata temu. Nikt nie pamieta jaki był powód, pewnie nawet oni sami… Ale rozmawiać ze sobą – nie rozmawiają.
Jedna z rodzin kupiła sobie nowy samochód. Zamiast życzliwie na to spojrzeć, pogratulować, zewsząd słyszę podejrzenia – skąd oni na to pieniądze mają?! No skąd? Wiadomo, kradną!
Domy są zamknięte, już nikt się nie odwiedza…

Przypomina mi się rozmowa z sąsiadką zza kilku domów, jednocześnie matką Pięknego, kiedy miałam (nie)przyjemność wracać z nią z przystanku do domu.
- … i widzisz, Smutna Dziewczyno? Tak blisko siebie mieszkamy, a nic o sobie nie wiemy – rzekła, kiedy powiedziałam jej co słychać u mnie, a ona w odpowiedzi zrelacjonowała co u nich w domu i, oczywiście, u jej syna. Zdecydowanie, między zdaniami wyczułam zarzut: „Widzisz? Kiedyś mogliście z moim synem wspólnie konie kraść, a dziś zapomnieliście nawet o swoim istnieniu”. Poczułam się niezręcznie, chciałam szybko odbiec od tematu Pięknego, zaczęłam więc:
- Wie pani… Kiedyś było inaczej. Ludzie mieli czas na wszystko, odzwiedzali się, wzajemnie pomagali sobie… To były inne czasy - powiedziałam ja, stara, doświadczona, styrana życiem kobieta – Teraz ludzie gonią za pieniądzem. Nastała era najwyższych technologii. Każdy woli siedzieć w wolnym czasie przed telewizorem czy komputerem poznając ludzi gdzieś z drugiego końca świata, zapominając o pielęgnowaniu relacji z najbliższymi; o sąsiadach już nie wspominając – westchnęłam, bo zaczynałam wierzyć w te swoje bzdury. – Kiedyś było lepiej…
Spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym zdziwienie, później nawet zadowolenie (?) i przyznała mi rację, uśmiechając się przy tym nieznacznie.

Teraz śmieję się democznie wniebogłosy… Jakaś część prawdy w tym, co zmyślałam wtedy na poczekaniu musi być. Ten moment jest dobrym tego przykładem. Ja, Smutna Dziewczyna, siedzę przed komputerem i wypisuję obcym ludziom jakieś bzdury po internetach, a on, Piękny…? No właśnie…

Cholera go wie.

 

Humorystyczna rewolucja

04 lip

Wydawało mi się, że pewne kwestie w kulturze społeczeństw są niezmienne. Trudno jest zmienić na przedstrzeni wieków tradycje, poglądy, religie czy własne przekonania. Nie chcąc poruszać spraw „poważnych” zaczęłam zastanawiać się nad humorem. Teraz, w letnim sezonie, gdzie zalewają nas w telewizji powtórkami programów rozrywkowych i odbywają się festiwale kabaretowe widzę pewną rewolucję dotyczącą ludzkiego humoru. Polskiego humoru, bo w zagraniczny nie wciskam nosa.

Zaczęło nas śmieszyć to, co wcale nie jest śmieszne. Oglądając nowsze skecze kabaretowe wydaje mi się coraz bardziej, że robione są na siłę. Rzadko kiedy coś naprawdę mnie rozbawi i dziwię się bardzo widząc roześmianą publikę. Dzisiejsze kawały zawierają wątki polityczne, religijne, światopoglądowe. Co w tym śmiesznego? Nie mam pojęcia.
Niezłą furorę robią też tak zwane „suchary”. Większość narzeka na ludzi, którzy sypią tego typu dowcipami, jednak gdzieś tam w głębi ducha śmieją się z tych słów. Mnie też zdarzy się czasem zaśmiać, ale raczej jest to śmiech z absurdu jakim przesączone są te hitoryjki. Też trzeba mieć niezłą głowę, żeby coś takiego wymyślić. Za tę twórczość mogłabym podziwiać, jednak za wychwalanie rzeczy nie śmieszych a absurdalnych – zdecydowanie nie.

Inna rzecz dzieje się w filmach i serialach. Ale o tym nie muszę mówić, wszyscy widzimy jak jest. Kino polskie ledwo trzyma jakikolwiek poziom i to nie tylko w sferze komediowej. Oczywiście, pomijam kino zagraniczne, choć śmiem twierdzić, że z filmem zachodnim też dzieją się rzeczy nienajlepsze.
Kiedyś to dopiero były filmy. Bareja! To był ktoś! Jego dzieła można oglądać i śmiać się do rozpuku! Choć nie przyszło mi żyć w latach, kiedy to dzieje się akcja jego filmów – lubię je i myślę, że nie zmieni się to w najbliższym czasie, choćby obiecano mi grube miliony.

Dzisiejszy „humor” może obrażać. Wsłuchujemy się w skecze o Tuskach, krzyżach, gejach, wojnach i tym, co zdecydowanie nie jest powodem do śmiechu. Dziwi mnie ostatni trend, a mianowicie dowcipy o Łotyszach i ich życiu. To w ogóle kogoś śmieszy? Mam tylko nadzieję, że zginie ten temat równie szybko jak szybko się narodził.

Zastanawiam się, co jest przyczyną tak slabego humoru sprzedawanego nam w mediach.
Może za dużo formacji kabaretowych, a za mało pomysłów na coś nowego, świeżego? A może wszystko już było i nie ma już kompletnie nic, żeby poruszyć widza, który wymaga odrobinę więcej niż głupiego „trud skończony”? A może coś złego stało się z odbiorcami, że przyjmują każdy „żart” w najczystszej, jednocześnie kiczowatej postaci? Albo jesteśmy tak zapracowanym narodem, że zadawala nas już byle jaka rozrywka?

Dzielę się czymś starszym (dlaczego podoba mi się tylko to, co nie jest najnowsze?). Kiedyś ludzi śmieszyły inne rzeczy, humor był bardziej wysublimowany, a żarty smaczne i śmieszne! Oto coś życiowego, nikogo nie obrażającego. Dobre na smutę. Mnie po części ostatnio wyleczyło… Kabaret Potem – Serca jak motyle

 
 

  • RSS