RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2013

Krótka rzecz o przemijaniu

23 cze

Kiedy byłam w podstawówce i miałam za ścianą gimnazjum, zżerała mnie zazdrość i cieszyła myśl – gdy tam pójdę, będę taaaka dorosła! W gimnazjum myślałam tak samo o szkole średniej. Dziś, kiedy liceum mam za sobą i szukam dla siebie i swej przyszłości odpowiedniej drogi, pukam się w czółko. Jestem gówniarą. Wydaje mi się nawet, że z czasem coraz większą gówniarą. Czas przecieka gdzieś przez palce i nie ma możliwości cofnięcia. To smutne.

Przychodzi taki dzień, kiedy u ludzi w twoim wieku następuje pewien przełom w życiu, który – choć wiesz, że ciebie też  spotka – jest jeszcze daleko przed tobą. W momencie, gdy słyszę, że „u kogoś wydarzyło się coś” łapie mnie coś za serducho. To znak czasu – starzeję się, choć tak naprawdę nadal mam niepoukładane w głowie…

Pierwsza ciąża dziewczyn z mojego rocznika wcale mnie nie poruszyła – to wyjątek, któremu sama się dziwię. Poza tym, to były czasy gimnazjum i sprawa bardziej mnie śmieszyła niż dziwiła. Jedno zaś jest pewne: mój rocznik zaczął się rozmnażać.

Pierwsze papierosy i imprezy ostro zakrapiane. Przeżyłam to bardzo i przeżywam nadal. Ale w końcu nie jesteśmy już dziećmi, nie siedzimy pod smyczą u naszych rodziców. Teraz dzieci robią tak okropne rzeczy, że papieros w wieku dwudziestu lat nie jest żadnym przestępstwem. Choć ja i tak czuję się źle stojąc ze znajomym z klasy na przystanku, wdychając dym z jego fajki. Mój rocznik zaczął popadać w nałogi.

Ślub. Co prawda nie osoby w moim wieku, ale zawsze pierwsze takie wydarzenie w gronie najbliższych znajomych. No tak, mój rocznik zaczął szukać partnera na całe życie.

Nie jestem dojrzała, ni trochę. Teraz mam wszystko zostawić, wyjechać na studia i całkowicie się usamodzielnić? Nie wyobrażam sobie tego…
Ale nie do tego dążę. Nie miało być o mnie. Miało być o przemijaniu.

Minionej nocy zginął chłopak z sąsiedniej miejscowości. W moim wieku. Ta sama klasa w podstawówce, na niejednej lekcji ta sama ławka! Nawet nasze drzewa genealogiczne splecione wspólnymi gałęziami – dalszy kuzyn. Jechał z drugim, dwa lata młodszym. Ten również nie przeżył. Motorowerem pod pociąg. Dopiero na stacji docelowej, 30 kilometrów dalej, maszynista zorientował się, że coś jest nie tak. Nie potrafię sobie tego wszystkiego wyobrazić. S. przeminął. Ten drugi też. W tak młodym wieku, tak mało doświadczając, tak niewiele poznając…
Nie wiem, co powiedzieć…

Mój rocznik zaczął umierać.

 

 

 

 

Cathy Davey – Holy Moly

 

Beztrosko tak!

15 cze

Byłam ambitna. Jeszcze przez długi czas. Teraz całkowicie ogarnęła mnie beztroska wakacji. Nie myślę już o tym, o czym myślałam dniami i nocami. Znów stałam się obojętna na wszystko. Jednak się nie przejmuję  – są wakacje, więc mam prawo na chwileczkę zapomnienia…

  • Wyszło słońce. Leżę na kocu i opalam gnaty.
  • Chudnę jak głupia! Mimo własnej woli. Ale nawet podoba mi się to!
  • Wyciągnęłam po zimie rower – jestem z siebie dumna, że zabrałam się do tego tak szybko.
  • Siedzę do nocy nie robiąc nic; śpię do południa, aż boli głowa.
  • Maluję. Ściany. Cały miniony tydzień. Korytarz na żywo-zielono. Pod wieczór wydaje się być tam zbyt ciemno, ale rankiem… Okna od wschodu – wiosna przez cały rok! Chyba minęłam się z powołaniem: od zawsze lubiłam stać na drabinie i machać pędzlem. A coś mi po cichu podpowiadało, żeby po gimnazjum iść do budowlanki…
  • Zasiadłam do klawiszy. Palce zardzewiały, aż mi wstyd! Tonę w nutach z nadzieją, że wrócę do kondycji. Rozpływam się w dźwiękach…
  • Czytam książki. Przynajmniej próbuję… Wczoraj, na ten przykład, udałam się do biblioteki.

- Dzień dobry.
- Witaj, Smutna Dziewczyno. Czego sobie dzisiaj życzysz?
- „Dolinę Issy” poproszę.
- Słucham? – podrapała się kobiecina po głowie.
Zwątpiłam w siebie – może tytuł pomyliłam? Może nie dolina? Może nie Issy?
- „Dolina Issy” – rzekłam, jednak stanowczo. Pani ponownie się podrapała, zbliżyła do półki i zaczęła przyglądać się książkom.
- Yy… a czyje to?
Westchnęłam. Nie wiem już czy fizycznie, namacalnie, głośno – wydając jakiś dźwięk czy może było to tylko westchnienie w myślach.
- Miłosz – odparłam.
Otworzyła tomik wierszy Miłosza. Czyta spis treści.
- A… To opowiadanie jakieś?
- Powieść – poprawiam.
Pani bibliotekarka odwraca się na pięcie, znów drapie po głowie i na całą bibliotekę do pani siedzącej daleko w drugim końcu pomieszczenia:
- Pani Jadziu! Pani wklepie w komputer „Dolina Issy”!
- A czyje to? – odkrzykuje pani Jadzia.
- Ponoć Miłosz!
Po chwili obie siedziały nad komputerem, wymieniły pod nosem kilka zdań, aż w końcu usłyszałam, że „Doliny” nie ma.
- Dobrze… to może w takim razie „Frankenstein”? – dopytuję.
- Ale że… horror? – padło pytanie.
Wzruszyłam ramionami. Ogarnęła mnie beznadzieja na miarę niemożności otwarcia ust. „Frankensteina” też nie było.
- Tam pod oknem leżą jakieś obyczajówki. Wybierz sobie… – rzekła pani Nie-Dolina i kiwnęła głową w kierunku stosu książek.
Wzięłam Coś Tam, żeby jakoś przeżyć weekend. Boję się, że to znów coś na miarę babskiego czytadła, z jakim to miałam już nie-przyjemność się ostatnio spotkać. Chciałam się ukulturalnić, a wyszło zupełnie odwrotnie…

  • Oglądam filmy. Od początku do końca. Beztrosko. Nie planując, lecz natrafiając na coś ciekawego. I tak ostatnio TVP Kultura (ten kanał nigdy mnie nie zawodzi) wyemitowała coś, co mną poruszyło. Podwójnie, bo ścieżka dźwiękowa jest fenomenalna, a kawałek, którym się podzielę znałam wcześniej, nie mając pojęcia jak go w świecie odnaleźć. Michał Lorenc – Taniec Eleny Teraz szukam nut!

 

PS. Niech ktoś mądry powie, że małe jest piękne!, bo jestem bliska stworzenia u siebie nowego kompleksu…

 

Obchodzimy roczek!

08 cze

Dziś mój blog obchodzi urodziny!

Z racji tej, że Euro 2012 wydawało mi się bardzo nudne, powstał w chwili inauguracji całej imprezy. Nie zamierzam podsumowywać tego czasu. Kto śledzi, ten wie, co tu było i może domyśla się, co będzie. Główna myśl pozostała: „pesymistyczno-realistyczne spojrzenie na świat”. Trochę wątków o mnie, co w sumie mogłam sobie darować, ale każdy ma chwile, kiedy musi się wygadać. Choćby obcym ludziom.

Teraz poleci sztamp, który zawsze upewnia mnie w tym, że ludziom brakuje kreatywności. No, ale nic. Dzisiaj mnie też jej brakuje, więc rzeknę krótko: DZIĘKI, ŻE TU JESTEŚCIE! Gdyby Was nie było, nie prowadziłabym bloga. Kiedyś istniał taki twór jak fotoblog Smutnej Dziewczyny, ale nikt nie czytał. W sumie dobrze – bo był metafizycznie o niczym, a zdjęcia nienajlepsze…
Wy jesteście! Dobrze jest tak pogadać o wszystkim i o niczym i spojrzeć na świat oczami kogoś innego.

Co będzie dalej? Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy przetrwam tu kolejny rok, bo nie wiem, czy Wy przetrwacie! Ale mam nadzieję, że jakoś to będzie i razem damy radę – wspierając się, spekulując i żartując!

Dzielę się nutką! Szaloną, pokręconą, wesołą – bo i okazja wesoła! Przynajmniej dla mnie! A piosenka tak dobrze się kojarzy… To taki nasz mały klasowy hymn. Wyobraźcie sobie trzydziestkę ludzi ubranych elegancko, jak na studniówkę przystało, odstawiających ten piękny taniec! Tunak Tunak Tun!

Dzięki raz jeszcze i wszystkiego dobrego!
Smutna Dziewczyna

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii O mnie

 

Czy można zawieść się na literaturze?

03 cze

Stawiam pytanie.

Teraz jest retoryczne. Pomęczmy się wspólnie nad tematem.
Czy na literaturze można się zawieść? Co musiałoby spowodować owe uczucie czy nawet zepsucie  relacji z duchowym, magicznym tworem ucielieśnionym w literach?

Stwierdzam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Aż do czasu… Zgodnie z autoobietnicą i przeogromną chęcią przeczytania czegoś nie-narzuconego wybrałam się do biblioteki. Z miną „jestem bogiem tego miejsca” stanęłam nad stosem książek ledwo oddanych. Przede mną długie cztery miesiące czytania. Na rozgrzewkę pomyślałam o jakichś babskich czytadłach. Wyszperałam. Znane nazwisko. W radio dużo o niej mówili, w telewizji pokazywali, wszędzie chwalili. Nigdy nie miałam styczności z jej twórczością, więc postanowiłam to zmienić.
Jedna z najbardziej intymnych książek pisarki” – dużymi literami na okładce z tyłu. Ucieszyłam się – skoro intymnie to o życiu. A o zwykłym życiu czyta się najlepiej. Jak się potem okazało – przeważnie najlepiej…

Nie da się rozpoznać bohaterki – zero uczuć, zero mowy o swojej codzienności. Jest ona, jest facet, żyją spokojnie, podróżują po świecie (szczegółowe opisy Akropolu i tym podobnych nie interesują mnie – jak to mówi jedna z dzisiejszych reklam). Zapada noc. Dokładnie poznajemy tajniki miłosnych uniesień autorki  i jej faceta (autobiografia!), a co za tym idzie – kilkakrotnie towarzyszymy jej w gabinecie ginekologicznym, dowiadujemy się o szczegółach danych badań i o ciąży. Cieszymy się razem z nią!
No, ja akurat się nie cieszyłam…

Kiedy była w trzecim miesiącu swierdziłam, że rzucam „dzieło” w cholerę. Gryzę się z sumieniem – przecież nigdy nie przerywam książki w połowie! Mam jeszcze jakieś zasady! Czytam dalej. Męczę się, silę. Próbuję podziwiać chociaż język i styl pisania – nie. Nie da rady! Dochodzę do szóstego miesiąca. Nie wytrzymuję. Książkę odkładam.

Teraz powinnam snuć refleksje nad tym, co przeczytałam.
Jakieś wartości? Przekazanie jakiejkolwiek życiowej mądrości? Może jakieś wskazówki, jak żyć, jak postępować? Szukam odpowiedzi na te pytania. Szukam i , o zgrozo, nie znajduję!
Zastanawiam się tylko nad jednym – nad fenomenem pisarki. Jaki fenomen? Przeglądam książkę na wszystkie strony – w którym miejscu? Dziwi mnie też to, że można pisać tak… nie najlepiej, tak bardzo intymnie w najgłębszym tego słowa znaczeniu i jeszcze podpisywać się pod tym obiema rękoma i nogami, że „to moje, moja autobiografia”

Stawiam pytanie. Już nie retoryczne.
Czy można zawieść się na literaturze?

Tak! Zdecydowanie, książka ta sprawiła, że zawiodłam się na literaturze. Na naszej, polskiej literaturze… A przecież tak głośno o autorce w mediach, tak zachwalają jej dzieła. Kolokwialnie rzecz ujmując – zryło mi banię. Teraz szukam jakiejś normalnej książki, ale aż boję się, co za historie mogą mnie przy tym spotkać. Zawiodłam się.
Ubolewam nad dorobkiem Wielkich – od Reja, aż do Szymborskiej… Czuję, jakby ich twórczość poszła na marne…

Wyżaliłam się kumplowi:
- …bo to gówno jest! – mówi.
- Co?
- Nie wiedziałaś, że gówno najbardziej śmierdzi i dlatego jest o nim najgłośniej?

Chyba ma chłopak rację.

 
 

  • RSS