RSS
 

Archiwum - Maj, 2013

Przyjaźń

27 maj

Zastanawiam się nad przyjaźnią. Czym ona właściwie jest? Kiedy ktoś ze zwykłego znajomego staje się prawdziwym, jakże ważnym przyjacielem? Zastanawiam się, bo mimo prawie dzwudziestu lat na karku dociera do mnie fakt, że nigdy nie miałam prawdziwego przyjaciela i nie mam go także i dziś.

Mela. O niej pisałam jakoś w zeszłe wakacje roztkliwiając się nad tematem wyboru studiów (haa! dziś płaczę stojąc w tym samym miejscu, co ona wtedy). Od urodzenia jesteśmy sąsiadkami z naprzeciwka. Zawsze w sumie robiłyśmy wszystko razem i było miło. Miałyśmy wspólne tematy, których teraz z biegiem czasu gwałtownie braknie. Może to dlatego, że dla niej najważniejszy jest jej chłopak, który i tak trzyma ją w niezłej poniewierce. Cóż ja, grzeczna dziewczynka z nosem w książkach mogłabym jej ciekawego, nowego powiedzieć?

Kiedy kończyłam swoją dziwną relację z Pięknym wypowiedziałam te znane, sztampowe już słowa: „zostańmy przyjaciółmi”. Byłam jednak w tym naprawdę szczera, chciałam nadal utrzymywać kontakt. Nie tak silny, jak miało to dotychczas miejsce, ale od czasu do czasu… Tym bardziej, że Piękny to również sąsiad mieszkający za siedmioma górami domami… Kontakt siadł. Nawet nie pamiętam dlaczego. W zasadzie bardzo mało pamiętam z tamtego momentu, może to i lepiej… Dziś również nie mówimy sobie „cześć”.

Zawsze było mi szkoda ludzi, od których wszyscy się odwracali przez wzgląd na słabsze wyniki w nauce, na skromność albo strach przed innymi… Włącza mi się wtedy czerwona lampka „trzeba im pomóc” i niczym Superman biegnę poprawić im samopoczucie.
Tak w liceum poznałam K. Z początku stwierdziłam, że będzie to jedyna osoba, której dosłownie będę nienawidzić za to, że jest głośniejsza od koncertu Madonny na Stadionie Narodowym, że wszędzie jej pełno, że obgaduje i jest złem wcielonym. Przez to nikt za nią nie przepadał. Smutna Dziewczyna niczym wspomniany przed chwilą Superman przybiegł ze szczerą chęcią pogadania. Okazało się, że to jedyna osoba, z którą da się porozmawiać w całej klasie. Nikt jej nie lubi, bo K. obiektywnie ocenia różne sytuacje, obiektywnie mówi o ludziach. Jest szczera, przez co wkurzająca. Bardzo dobrze mi z nią, jednak nie czuję, żeby to było coś więcej niż zwykła znajomość.

Ciekawym przykładem jest K. Chłopak rok młodszy, jednak nad wyraz dojrzały. Mamy wspólne tematy, chichramy się z tego samego i ubolewamy nad tym samym. Przesadziłabym, że narzekamy na to z jakich domów pochodzimy… Narzekamy na to, jak nas wychowano. Od samego dzieciństwa kulturka na najwyższym poziomie, najlepsze oceny, chęć niesienia pomocy innym. Trzeba trzymać ramę, trzeba trzymać formę. A my? Potrzebujemy trochę odpoczynku, trochę luzu. Chcemy zrobić coś innego, szalonego. Ale nie możemy. Twarde zasady krążą po naszym organizmie razem z krwią. Jesteśmy nudziarzami w sztywnych, białych jak śnieg kołnierzykach. Wpojono nam coś, czego nie potrafimy się wyzbyć, bo chyba jesteśmy na to za starzy… Bardzo kochamy się z K. jednak oboje wiemy, że to za mało, by nazwać siebie przyjaciółmi.

Czy to wszyscy? Wiadomo, że nie. Było o innych, ale skasowałam. Co tam z nimi… Telefon równie dobrze mogłabym wyrzucić do śmieci. Nikt, prócz mamy i operatora się do mnie nie odzywa.

Kiedy zaczynałam jakiś nowy etap w swoim życiu – kiedy zaczynałam edukację w nowej szkole, zawsze zastanawiałam się: „a może teraz przytafi mi się jakaś przyjaźń? jakaś miłość?”. I teraz, gdy jedną nogą jestem na jakichś tam studiach już tak nie myślę. Czekam co prawda na grom z jasnego nieba, na jakiś przełom w swoim życiu, ale czy to będzie miało miejsce?

Dlatego zawsze narzekam na wakacje. Za dużo wolnego czasu, brak konkretnego zajęcia. A to dopiero początek… Ręce opadają. Nagle zwolniłam. Wielkie obroty, na których dotychczas żyłam spadły do wartości wręcz ujemnej. Brzydka pogoda – rower odpada. Pozostają znajomi. Zastanawiam się z kim mogłabym spędzić dzień. Każdy ma swoje życie. Nikt nie przyleci, by pocieszyć Smutną Dziewczynę, którą złapała chandra złopogodowa/nudowa/beztroska… Tak mi jakoś smutno.
Zastanawiam się, co jest ze mną nie tak. Narzekam, marmolę jak trzyletnie dziecko, szukam dziury w całym… Faktycznie, mieć tyle lat i żadnej bliższej osoby, której można się wyżalić, pochwalić, pogadać o czymś sensownym?

Może jestem aspołeczna?
Albo po prostu – skazana na samotność?

Tom Horn feat. Jacob A – The last day

 

 

Jak kochać to księcia! Jak kraść to miliony!

22 maj

„Dlaczego dopiero w czerwcu?” – dobre pytanie.

Oto jestem!
Chciałam stworzyć coś jutro, opisując po kolei pierwszy dzień swych długich wakacji. Ale że czasu zrobiło się nagle tak dużo – siadłam i napisałam, o! W sumie myślałam, żeby temat matur znów odstawić na później albo nawet wrzucić do kosza; jednak jestem na bieżąco, z umysłem jeszcze zamąconym egzaminami, więc dziś jeszcze będzie o maturach. Dziś i nigdy więcej! No, chyba że będę poprawiać.
Rozpisywać się nie będę. Temat zbyt nudny!

Ogólne wrażenie: bardzo dobre. Przed pisemnymi zero stresu. Na matematyce nawet siedziałam i perfidnie śmiałam się w arkusz. Dlaczego? Takie na przykład zadanie numer 29… zastanawiam się, kto kogo chciał tu zrobić w konia. Ja szanowną Komisję Egzaminacyjną czy raczej ona mnie?
Przed chemią też się śmiałam. Jednak to był raczej śmiech porównywalny z emocjami towarzyszącymi egzekucji pana Giordana Bruna. Jestem skazana na śmierć, zupełnie bezpodstawnie, zupełnie bez sensu.  A inni ludzie i tak tego nie zrozumieją(!)…
Ustne były prawdziwą męczarnią. Właściwie – sam polski. Podniecałam się swoim tematem już od września, pracę jednak skończyłam trzy dni przed egzaminem. W tym czasie temat przestał mi się podobać, zdecydowanie… Pięć i pół strony. Zmieść się w piętnastu minutach! Nie ma szans… W akcie desperacji sama poszukuję w pobliżu jakiegoś getta – niech mnie rozstrzelają, zagazują, niech wiersze o mnie piszą!
Przyjdziesz na pisemne, pierdniesz i wyjedziesz. Na ustnym musisz się produkować. Myślisz o czasie, który się kończy; o słowach, które ci się plączą; o komisji wgapionej w ciebie jak w milion dolarów. Przy złych wiatrach – wyśmieją, wyszydzą, dadzą ci do zrozumienia, że nic nie wiesz, jesteś zerem, a twój temat godny jest pracy doktoranckiej, ale nie twojego omówienia… Dobra, wyolbrzymiam, ale takie miałam myśli.
Usiadłam, zaczęłam mówić… Emocje zeszły i było nawet przyjemnie. Zdążyłam, odpowiedziałam na pytania, było dobrze. Jednak co przedtem przeżyłam, to moje. Przed angielskim stres był mniejszy. Punktów nazbierałam tyle, że aż się zdziwiłam! Pozytywnie, choć w sumie… obojętne mi to.

Więcej strachu niż to wszystko warte! – to pewne.

Mogę teraz ponadrabiać zaległości na blogu, ale… wena na stare lata opuszcza. Zauważyłam, że więcej tu ostatnio mowy o mnie niż o moich przemyśleniach, co miało być głównym tematem tegoż tworu. Albo się przeinaczę na stare modło albo spasuję. Jeszcze stanę się sławna tylko dlatego, że ujawniam szczegóły ze swego intymnego, jakże nudnego życia. Celebryctwo zdecydowanie mnie nie kręci…

Matury? Fajny czas! W ich trakcie zaczęłam się śmiać z absurdu sytuacji i już dziś, kiedy po raz ostatni wychodziłam ze szkoły oficjalnie jako uczeń, wzięło mi się na wspominki. W tym czasie, gdzieś między podręcznikami, kalkulatorami, żydowskimi historiami stuknęło „ostatnie naście”. Smutny to był dzień, bo nie mogłam go przeżyć tak, jakbym chciała…
Dobrze, że już wszystko za mną!

Jakie plany? Polonistka rzekła, że wakacje nadłuższe, to muszą być i najpiękniejsze! „Jak kochać to księcia! Jak kraść to miliony!”. Pojadę tam, gdzie mnie nie było. Zrobię to, czego jeszcze nie zrobiłam. I choć brzmi dobrze, wiem, że na planach się skończy, jak co roku. Ale to bez znaczenia; ważne, że mogę czytać te książki, które chcę, na które mam ochotę!

Wrzucam piosenkę. W sumie nie myślałam o niej, ale sama wyleciała mi z radia jeszcze przed dzisiejszym ustnym angielskim. I pasuje do sytuacji, nawet…
Lech Janerka – Jezu jak się cieszę

 

Piękne me Skomlenia (PS.):
- nie pytamy: ani o wyniki matur, ani o studia; do ewentualnego odwołania
- miało być krótko. Wyszło, jak wyszło, przepraszam (natłok słów po ustnym polskim)
- jakoś tak niepoprawnie… Ale teraz już można (po ustnym polskim wszystko można!)

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Co ma być…

05 maj

Co ma być to będzie!

Wydra jeszcze dośpiewałby: „niebo znajdę wszędzie”. Głupio wierzę, że ja też znajdę.

Jak się czuję? Zbyt spokojnie, choć powoli coś zaczyna we mnie dygotać… Ale to w sumie tylko siedem ciężkich dni. Czym one są w porównaniu do późniejszych czterech miesięcy wakacji? Na siłę się pocieszam, choć tak naprawdę krew mnie zalewa.

Będzie mi miło, jeśli ktoś ciepło wspomni o mnie w tych dniach!

Do zobaczenia w czerwcu!
Smutna Dziewczyna

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 
 

  • RSS