RSS
 

Archiwum - Marzec, 2013

Babskie gadanie

28 mar

Stwiedziłam, że co najmniej dwa wpisy w miesiącu muszą być. A że dzieje się dużo i jednocześnie nic – dzisiejsza notka jest całkowicie pozbawiona jakichkolwiek mądrych przemyśleń. Będzie o mnie, a więc przyziemnie i to bardzo. Będzie babskie gadanie o wszystkim i o niczym. Panów raczej nic tu nie zainteresuje, więc proponuję pomóc w świątecznych, domowych przygotowaniach, żeby nie marnować bezsensownie czasu.
Co do dwóch wpisów miesięcznie – podejrzewam, że maj będzie stanowił wyjątek. Dwa razy nie mów, ale kwiecień prawdopodobnie też, ponieważ, jak wiadomo, zbliża się apokalipsa dla każdego ucznia kończącego szkołę średnią. Powiem tylko, że wymyśliłam bardzo dobrą tezę na polski i już nie mogę doczekać się, kiedy zacznę pisać pracę. Jestem po kolejnych pisemnych próbach – nie jest źle. I tym oto pięknym sposobem – zamykam temat matury i studiów, przynajmniej do czerwca, bo już wychodzi mi to wszystko bokiem.

Któregoś razu postanowiłam ściąć swoje piękne, długie po pas włosy. Przez półtora roku wyglądałam jak Stenka. Nie ukrywam, właśnie tak chciałam się ściąć. Bardzo lubiąc jej osobę, ceniąc jej dorobek artystyczny i kochając postać Judyty w „Nigdy w życiu” (Wolszczak w „Ja wam pokażę” za nic tam nie pasuje!) uzałam, że to dobry pomysł.

Nie przypuszczałam, że w krótkich włosach można czuć się tak wygodnie. Idąc z wiatrem włosy nie wchodzą do oczu albo do ust, nie trzeba stać przed lustrem starając się jakoś je upiąć, suszenie nie trwa piętnaście minut, tylko pięć, a i twarz nabrała innego, świeżego wyglądu. Niestety, jedynym mankamentem krótkiej fryzury jest mus regularnego chodzenia do „fryzmistrza”, bo jak te dziwne twory zaczną rosnąć, to nie wygląda to najlepiej…
Zbliżała się studinówka. „Zapuszczam” – postanowiłam, żeby wyglądać inaczej niż na codzień, robiąc na to jakże ważne wydarzenie kok, lok albo jeszcze co innego. Niestety, od czasu pamiętnego poloneza zaczęło robić się niewygodnie – grzywka, zamiast tylko do oczu, wchodziła prawie do nosa… Przy myciu podłogi zauważyłam, że ten cholerny, mokry mop z dziwnymi dredami wygląda lepiej niż to coś, co mam na głowie. „Idź do fryzjera” – przeszło mi przez myśl. Ale ściąć się przed maturą? Oczywiście, w zabobony nie wierzę, ale z drugiej strony – po co niepotrzebnie kusić los? Stwierdziłam, że wytrzymam  i zaczęłam przyzwyczajać się do męczącej obecności owych kłaków.
Aż w szkole poprosili, by zrobić zdjęcie na świadectwo maturalne i do tableau. Mam być dla kogoś pamiątką na kolejnych pięćdziesiąt lat i wyglądać gorzej od mojego kuchennego mopa? Nie! W Dzień Kobiet zrobiłam sobie babski prezent (za pieniądze mamy) i poszłam do „fryzmistrza”.

Każda kobieta wie, jak bardzo ważna jest DOBRA ręka w fachu fryzjersko-kosmetycznym, więc wybrałam się do salonu, w którym jakiś czas temu znalazłam fryzjerkę doskonałą i jednocześnie miłą.
- Dzień dobry. Jest pani Dagmara? – pytam uśmiechnięta, stając w drzwiach.
- Nie ma.
- A kiedy będzie? To przyjdę później.
- Dagmara już u nas nie pracuje.
Uśmiech schodzi z twarzy. Czuję się jak w matrixie. „To nieprawda!” – krzyczę w myślach do siebie i już szykuję się do wyjścia.
- A co trzeba zrobić?
- Ee… Grzywka… coś, ściąć? – jąkam się.
- U nas każda potrafi ścinać włosy.
W tym momencie byłam jak Nicolas Cage z miną „You don’t say?”. Ale co miałam zrobić? Zdjęcia trzeba było oddać po weekendzie, po drodze zaliczyć fotografa… Zostałam.

Mam koleżankę w technikum fryzjerskim. Zawsze opowiada, jak przyjemne są lekcje z psychologii i socjologii. „Musimy umieć rozmawiać z naszym klientem” – opowiada rozradowana, przyznając się do chęci studiowania właśnie psychologii. I zawsze, siedząc przed lustrem u fryzjera zbiera mi się na różne przemyślenia. Dagmara pracując nad moimi włosami rozmawiała ze mną o wszystkim i o niczym. Czesząc mnie na studniówkę opowiadała o swoich wspomnieniach na sto dni przed egzaminami. Skakała wokół mnie, starając się, bym zawsze wyglądała jak najlepiej. A teraz? Stała nade mną naburmuszona babka, która coś tam podcięła, coś podtapirowała, nie dosuszyła i wyrzuciła mnie na mróz, wyciagając ze mnie nie mało pieniędzy. Jedyne jej pytanie brzmiało: „To kiedy matura? W maju?”. „We wrześniu” – chciałam głupio odpowiedzieć, bo i pytanie było głupie. Uśmiechnęłam się tylko i kiwnęłam głową.
To musi być ściema z tymi żywiołowymi rozmowami u fryzjera. Byłam już u wielu „fryzmistrzów”, a tak naprawdę tylko dwóch ze mną rozmawiało. Była to oczywiście Dagmara i pewien facet. Facet uczył się strzyc i układać włosy gdzieś we Francji, nauczył żonę tej francusko-fryzjerskiej precyzji i otworzyli w naszej miejscowości mały salon. Ona, stojąc nad klientem, naburmuszona (to chyba norma w tym zawodzie). On, pełen werwy, energii, pomysłów. Skacze wokół mojej głowy i mówi do mnie, a właściwie do moich włosów:
 - Ciebie ułożę tak, ciebie podtapiruję, ciebie zetnę, a ciebie pofarbuję. Teraz was wszystkie potraktuje prostownicą, a później lakierem.
Z tego oto powodu jego klienci chwalą się: ścinam się u Szalonego. Śmieję się pod nosem. Przestaję, kiedy Szalony recytuje mi do ucha horrendalną cenę, adekwatną co do francuskich reali…
Znów przypominam sobie słowa koleżanki… Psychologia, socjologia, trele, morele…

Zdjęcie wyszło naprawdę ładnie. Dawno się tak sobie nie podobałam patrząc na swoją fotografię. No, musiałam się pochwalić. Cały czas siedzę i gapię się na nie. Nie, to żaden narcyzm. Tak sobie tylko myślę, że nie wyglądam wcale tak źle, jak to sobie wyobrażam.
W sumie… ostatnio budzą się we mnie kobiece i macierzyńskie instynkty. Prawie dziewiętnaście lat na karku to najwyższa pora, żeby w końcu coś takiego miało miejsce. No, ale nad tym nie będę się dłużej rozwodzić.

Ostatnio widziałam na wystawie świetne buty – wysokie koturny z paskiem wokół kostki. Kupiłabym, ale ktoś mi ostatnio powiedział,  że niskim kobietom nie zaleca się owego paska, bo to optycznie skraca nogę. Kobiety drogie, prawda to?

Kończę już, bo jak to czytam to śmieję się sama z siebie, że piszę takie nic niewnoszące bzdury. Chciałam podzielić się piosenką, ale widzę, że nastąpiły pewne zmiany na platformie, a trochę techniki i Smutna Dziewczyna już się gubi! Więc piosenki nie będzie… W ogóle zaczerwieniło mi cały blog, widzę, ale to nawet fajnie, choć trochę razi w oczy. I gdzie jest opcja „wyjustuj”?! Nie znoszę niewyjustowanego tekstu (co by było, gdybym trochę nie ponarzekała?)!

Wesołych świąt życzę wszystkim i do zobaczenia kiedyś tam!

 

Wiosna, ach to ty!

02 mar

Chwilo – trwaj! – chcę krzyknąć, ale w sumie nie mam odwagi. I wcale nie chodzi o to, że nastąpiła w moim życiu jakaś rewolucja i jest -iście, tylko dosłownie, chcę by czas się na chwilę zatrzymał. Albo zwolnił chociaż… Dopiero co był Nowy Rok, a tu już początek marca. Zanim się obejrzę, będe pisać maturę! Tak, za dwa miesiące o tej porze będzie świetna zabawa…

Jak przygotowania?
Cały czas biologia, biologia, biologia… Jedziemy podwójnie: na bieżąco i z powtórkami. Do końca roku mamy co tydzień sprawdziany. Nie udało się wcisnąć ostatniego, więc… „może wpadniecie do szkoły w którąś sobotę albo na chwilę przed maturą, żeby to napisać?”. Zaśmialiśmy się w niebogłosy. Przeszło nam, kiedy umówiliśmy się na dzisiejszą sobotę, żeby ponadrabiać zaległości z czasu choroby nauczycielki. W minionym tygodniu miał być sprawdzian… Przełożony na dziś. Piękny weekend… Ciągnąc temat biologii – zakończyliśmy kobyłę klasy maturalnej, której obawiałam się najbardziej – genetykę. Wszystko pozdawane na piątki. Piękna sprawa… Czy to znaczy, że powinnam myśleć o biotechnologii albo o inżynierii genetycznej?
Chemia… ociężale, ospale, do przodu. Liczę tylko na to, że nie dadzą na maturze praw Faraday’a i bardzo okroją mangan z chromem, bo mylą mi się te cholerne kolory na różnych stopniach utleniania, redukujące lub utleniające się w różnych środkowiskach w zależności od pH. Reszta na spokojnie. Nadrobiłam elektrochemię, z czego jestem cholernie dumna, bo zawsze wszystko mi się myliło. Mam tylko nadzieję, że nie zapomnę tego do maja.
Matma spokojnie. Matmą się nie martwię.
Angielskiego w ogóle nie ruszam.
Polskiego do tej pory też nie. Choć powinnam. Za miesiąc trzeba oddać bibliografię do prezentacji, a ja nie mam nic, kompletnie. Nawet nie stworzyłam tezy. Nie mam czasu na czytanie książek, oglądanie filmów, szukanie recenzji, artykułów i innych takich…

Niepokoi mnie mój spokój.
Nie spinam się. Nie czuję żadnej presji. Nie ciągnie mnie do książek na siłę. Chcę mi się tylko spać. Czekam na wolny weekend. Od miesiąca takiego nie miałam. Ciągłe kursy, konkursy, rozjazdy, wyjazdy… Dzisiaj szkoła, za dwa tygdonie pewnie też. Masa rzeczy na głowie – głowa gubiona wielokrotnie w pośpiechu. Od ferii nie sypiam dłużej niż pięć godzin na dobę. Dlatego dziś mam jedno marzenie: dostać choć jeden dzień wolnego i pospać dłużej… Odrobinkę.

Ale za to humor nadal mi dopisuje. Nie mam pojęcia, dlaczego. Zastanawiam się nad magicznym działaniem koniczynki, którą dostałam na studniówce. Zaczęłam ją nosić co prawda dopiero od zeszłęgo tygodnia – co ma mi szczęście uciec sprzed nosa, skoro mam je na wyciągnięcie ręki? – ale działa od samego początku.

Od kilku dni intensywnie świeci słońce! Jest pięknie, jest ciepło, jest radośniej. Nadchodzi wiosna. Syntetyzuje się prowitamina D, humor dopisuje, ptaki śpiewają… Powoli wyciągam z szafy wiosenne rzeczy. Zaszalałam i pomalowałam pazury na żółto (ostatni taki wybryk w wakacje…) Czekam na maj! Chcę mieć już to wszystko za sobą i spokojnie zacząć odpoczywać, nie myśląc o bożym świecie.

Zupełnym przypadkiem nastrafiłam ostatnio na fajny zespół (tak, wiem. Słowu „fajny” mówimy stanowcze NIE). Dzielę się piosenką, którą często ostatnio słucham, choć wpadła mi do głowy zupełnie inna nuta tej kapeli. Awolnation – Soul Wars

Koniec głupich przemyśleń głupiego maturzysty. Hip hip hurra!
Do zobaczenia!

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 
 

  • RSS