RSS
 

Archiwum - Luty, 2013

Runkutunkutum!

14 lut

Mam dziwne przeczucie, że będzie to dobry rok.

Co prawda, mamy dopiero środek lutego, a mądre słowa brzmią: „nie chwal dnia przed zachodem słońca”, jednak przepełniona jestem większą ilością pozytywnych emocji. No, może nie do końca pozytywnych, co neutralnych, ale humor dopisuje mi wyjątkowo. Kończy się trzeci szkolny tydzień po feriach. Czuję się dobrze, wspaniale! Wiem, to brzmi dość głupio, ale lubię szkołę i mówię o tym zawsze po powrocie z ferii czy z wakacji. Muszę mieć ustalony grafik, plan zajęć narzucony odgórnie. Sama w sobie jestem niezdyscyplinowana i rozmemłana. Muszę mieć kata nad głową!
Od pierwszego stycznia los mi sprzyja. Wychodzę z głupich sytuacji obronną ręką, podejmuje dobre decyzje i mam trochę więcej szczęścia niż zwykle. Przez to wszystko zaczęłam się uśmiechać do ludzi. No i normalnie szlag by mnie trafił, że stałam się dobrotliwą duszą, zwaną tymczasowo Zadowoloną Dziewczyną, ale to takie przyjemne, kiedy ktoś odwzajemnia twój uśmiech i stara się być w stosunku do ciebie miły! Okej, byleby mi to nie przeszło do maja!

Tak oto wróciłam do szarej codzienności, która mieni się od czasu do czasu kolorem w przedzierających się przez gęste chmury promykach zimowego jeszcze słońca. Noce skróciły się z pięciu godzin do czterech, ilość książek rośnie wraz ze zbliżającą się maturą, powróciły podróże po Polsce w celu przygotowania do owego egzaminu, wróciła praca, ale też i zmęczenie. Nie narzekam. Sama się sobie dziwię… Jakaś nieświadoma metamorfoza? Nie wiem, lecz też nie wnikam. Jest dobrze. A na przyszłość – pracoholizm wyczuwam…
To, czego nie powtórzyłam w ferie, mimo ambitnych planów, mam już w małym paluszku. Nie ma to jak „kobyła” z biologii przesycona cytologią, podziałami komórkowymi, a zwłaszcza biochemią – najgorszym złem tego świata, bez którego mechanizmów jednak nie bylibyśmy zdolni do życia… „Kobyłę” pisaliśmy dziś, w Walentynki, więc w przyjemnej, romantycznej, ociekającej wręcz miłością do biologii atmosferze.

Ostatnio zaczęłam zastanawiać się, dlaczego tak bardzo się zmieniłam – stałam się pesymistką, przestałam wierzyć w siebie (choć wcześniej i tak nie było z tym lepiej), stworzyłam z siebie aroganckiego cynika do potęgi entej i ofiarę losu, na szczęście tylko w swoim mniemaniu… W sumie nie mam pojęcia, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Natomiast wiem, kiedy to wszystko nastąpiło.
Nastąpiło, gdy zaczęłam swoją relację z Pięknym, a właściwie… gdy ją zakończyłam. Czasami mam wyrzuty sumienia, że los potoczył się tak, a nie inaczej, ale z drugiej strony - muszę mieć swoje zdanie, a przede wszystkim prawo do wolności. Podejrzewam, że ta sytuacja miała na mnie tak ogromny wpływ, ponieważ był to mój pierwszy raz, kiedy poważnie zaczęłam myśleć o jakimś chłopaku i działać w tym kierunku… Teraz sobie miło to wspominam, jednak coś kłuje leciutko w serducho, gdy przypadkiem (co prawda, rzadko) widzimy się lub mijamy i nie potrafimy powiedzieć sobie chociażby głupiego „cześć”. No ale nic… Człowiek uczy się przez całe życie, a zwłaszcza w tym wieku. Nabywam jakiegoś doświadczenia i wiem co robić, by nie popełniać już tych samych błędów.

Próbne matury, powtórki, różne ćwiczenia i biologiczno – chemiczne autorozkminy przy herbacie (ograniczam kawę) dają mi do zrozumienia, że wcale nie jest ze mną aż tak źle, jak myślałam. Żeby coś osiągnąć – przede mną jeszcze dużo, dużo pracy. Ale w końcu… nie ma rzeczy niemożliwych, prawda?

Pozdrawiam ciepluchno!
Zadowolona Dziewczyna


Emiliana Torrini – Jungle Drum

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii O mnie

 

Próba ognia

01 lut

O 8:45 wsiedliśmy do wyziębionej eLki. Wsteczny i na miasto.

Z czasem okazało się, że idzie mi coraz gorzej. Nie ma się co dziwić, w końcu przez ostatnie dwa miesiące nie prowadziłam auta. Ale Koksu zamiast mi pomóc, obrał taktykę koksowo-wrześniową, czyli powtórka z początku naszej znajomości. Nie mam pojęcia w jakim celu. Pewne jest tylko to, że znów były krzyki, ochrzany, głupie pytania w stylu: „i po co to?”, a nawet przekleństwa. Siedziałam cicho, choć miałam ochotę mu pięknie odwarknąć. Nosz kurczę, ile masz lat? - wróciło mi na myśl pytanie z września, ale nie wdawałam się w jakiekolwiek dyskusje. Zaraz egzamin; ty tu jesteś tylko dodatkiem, choć byłoby miło, gdybyś powiedział, co robię nie tak - pomyślałam. Kiedy na pół godziny przed egzaminem pocisnął mi po hamulcach, bo „coś tam, coś tam…”, stwierdziłam, że jego zdaniem powinnam sobie odpuścić. Dajesz mi, facet, naprawdę przeogromne wsparcie.

9:50 – podjeżdżamy pod WORD. „Powodzenia!” – krzyczy. „Tia…” - mamroczę pod nosem ze złości i zatrzaskuję za sobą drzwi.
Po zameldowaniu odpowiednim twarzom, że jestem, poszłam do toalety poprawić makijaż („Powinnaś się częściej malować” – rzekła mama pomagając w przygotowaniach na studniówkę). Nawet jak robisz coś źle, musisz przy tym dobrze wyglądać… Przeciągając tuszem po rzęsach przypomniały mi się pewne, zasłyszane niedawno historie.

M. podczas swojego pierwszego egzaminu oblała, bo nie potrafiła w nowym samochodzie wyczuć sprzęgła i tych innych technicznych spraw. Za drugim oblała, bo do końca nie opuściła ręcznego na wzniesieniu. „Wykup sobie 15 minut jazdy próbnej, żeby się rozeznać w sprzęcie” – radziła. Radę zbagatelizowałam. Teraz zaczęłąm żałować. Poza tym, znajomi są już poumawiani na piąte egzaminy, bo poprzednimi razy się nie udało. A egzaminatorzy? Wielkie państwo lubiące udupiać na byle czym.
Przeciągając usta błyszczykiem doszłam ostatecznie do wniosku, że przyszłam tu z ciekawości. Skoro ludzie mają tak wielkie trudności, żeby to zdać, a ja nie mam szczęścia do niczego (choćby do teorii), to popatrzę chociaż, jak taki egzamin wygląda, żeby móc przygotować się na następny raz. Teraz to tylko taka próba, dla picu.

9:58 – weszłam do poczekalni. Masa przestraszonych oczu spojrzała na mnie łaskawie. „Dzień dobry” – warknęłam pod nosem z uczuciem skumulowanej złości na Koksa i świadomością swej beznadziejności. Usiadłam obok jakiegoś chłopaczka, który był bardziej wystraszony od wszystkich czekających razem wziętych i zaczęłam rozpinać płaszcz.
A więc to tu. Rozglądałam się dokoła. To tu spędzę niemałą ilość czasu czekając na swoją kolej. M. opowiadała, jak była umówiona na 12:00, a zaczynała egzamin po 13:30. Dobrze, przynajmniej będzie czas, żeby pomedytować jeszcze nad ułożeniem odpowiednich zbiorników pod maską i włączaniem świateł. Jeszcze nie rozpięłam ostatniego guzika, kiedy z głośnika uleciało stanowcze: „Smutna Dziewczyna proszona do strefy rozpoczęcia egzaminu”. Już? Ale… dokąd mam iść? Przestraszony chłopaczek wskazał drzwi na zewnątrz. Wyszłam.

Stojąc zaledwie pół minuty na mrozie, zapinając z powrotem płaszcz, stwierdziłam, że trzeba byłoby się trochę zestresować. W końcu co to za egzamin bez stresu, nerwów i spoconych dłoni, nawet jeśli z góry wiadome jest, iż się go obleje?
Nie zdążyłam się zestresować. Młody pan Egzaminator stał już za moimi plecami. „Zapraszam do auta” – rzekł, wskazując na czerwone Clio nr 5. To już – próba ognia, która zamiast być tylko próbą, stała się prawdziwym ogniem.

Jakiś czas temu stwierdziłam, że jeśli uda mi się wyjechać na miasto – będzie to CUD. Ze światłami ani sprzętem pod maską nie było problemu. Fajkę miałam w małym paluszku (o dziwo, zgodnie ze słowami Koksa). Naprawdę zabawnie wyglądał Egzaminator, który latał wokół auta jak kot z pęcherzem! Problem stanowiło zaś wzniesienie, którego nigdy nie robiłam na placu tylko zawsze na mieście, gdzie kompletnie mi to nie wychodziło. Podjeżdżam pod górkę, ukosem do kierunku jazdy, bo… bo tak wyszło, zatrzymuję się, dłoń spoczęła na ręcznym i do przodu! Chyba wyszło, bo po chwili kazano mi wyjechać na miasto.

- Kiedy będzie pani gotowa, proszę ruszyć.
Przypomniał mi się filmik, który oglądałam minionego wieczoru na temat przebiegu egzaminu praktycznego z radami dotyczącymi stresu (który nawet nie próbował mnie ogarnąć). „Zanim wyruszysz na miasto, weź głęboki oddech, policz do dziesięciu i spokojnie rusz” – powiedziano. Przyznaję, rozbawiło mnie to zdanie do rozpuku! Jednak, kiedy sama znalazłam się w takiej sytuacji, z poważną miną wykonałam ową czynność. Egzaminator dał do zrozumienia, że już się niecierpliwi, więc skończyłam medytacje.

No, to ruszamy!

Trzydzieści pięć minut. Egzaminator znudzony jak ja podczas oglądania ambitnego filmu „Ludzie Boga”, wzdycha, mamrocze coś pod nosem, przewraca oczami, nieprzychylnie komentuje i czeka na moją reakcję. A ja? Spływa to po mnie jak po kaczce. Z poirytowaną miną robię swoje, wcale się nie odzywam i spokojnie wykonuję dalsze polecenia. Wzbiera we mnie złość, że jestem nieprzygotowana, że marnuję tyle pieniędzy na cały ten kurs, jazdy doszkalające i kolejne egzaminy, które przede mną; że marnuję tyle czasu…
Wracamy do WORDu.

Silnik wyłączony. Z miną obojętną czekam na wygłoszenie jakiegoś kazania. W końcu naliczyłam się tylu skamleń, jęków, narzekań, komentarzy pod nosem czy westchnień. W głowie układam plan jak skombinować pieniądze na następny egzamin. „Kurczę, nie wyrobię się w pół roku” – myślę, obawiając się zdawania w czerwcu nowej teorii.
- Ludzie bardzo inteligentni nie powinni posiadać dokumentu prawa jazdy, bo za dużo myślą za kierownicą – słyszę i niebardzo wiem, o co chodzi. Nie owijaj w bawełnę; mów, że zapraszasz na następny raz, bo nie zdążę na najbliższy autobus do domu.Jednak nie zrobiła pani żadnego błędu, więc… – westchnął, po czym słodko się uśmiechnął – wynik pozytywny. Gratuluję!

A ja?
Z miną obojętną, a nawet nadal poirytowaną mruczę pod nosem bardzo długie „mhmm” i wychodzę z auta. Jedyną emocją jaka się we mnie pojawiła było zdziwienie z odrobiną zażenowania: i o taki banał tyle zamieszania? Bezstresowe pstryknięcie palcami i masz, co chcesz...
Zadowolenie przyszło dopiero na kilka dni po wszystkim, kiedy w szkole zaczęli podziwiać i gratulować zdania za pierwszym. Apogeum szczęścia nastąpiło dziś. Po tygodniu… Najwidoczniej, do pozytywnych emocji też trzeba dojrzeć.
I po raz kolejny staropolskie przysłowie: „miej wyje*ane, a będzie ci dane” okazało się w moim przypadku prawdą. Nie ukrywam, bardzo miła niespodzianka…

M. zdała za trzecim razem, trzy dni po mnie.

 

PS. Uwaga! To, że zdałam prawko wcale nie oznacza, iż umiem parkować. Bo za Chiny Ludowe nie umiem .
A swoją drogą ciągle zachodzę w głowę, o co chodziło Egzaminatorowi z tekstem o „ludziach bardzo inteligentnych”. Chyba jestem na to za głupia…

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii O mnie

 
 

  • RSS