RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2012

Głosy słyszę…

27 gru

Nie, nie jest ze mną aż tak źle, by słyszeć jakieś głosy z zaświatów czy z krtań innych nadprzyrodzonych postaci. Nie słyszę też ludzkich myśli, a szkoda. Chociaż może to i lepiej… Wszystko ze mną okej. W miarę, powiedzmy. O co więc chodzi? Jakie głosy?

Głos to nie tylko zwykła fala dźwiękowa, którą można opisać jakimiś górnolotnymi równaniami, która przenika przestrzeń by dotrzeć do naszych szlachetnych uszu. Przynajmniej nie dla mnie. Dla mnie głos, przez wielu uważany za… właściwie w ogóle nie uważany czy brany pod uwagę, jest jedną z cech osobniczych opisujących danego człowieka tak samo, jak wygląd czy charakter. Oczywiście, nasz wpływ na kształtowanie własnego głosu jest niewielki. No, chyba że pijesz, palisz, krzyczysz codziennie w niebogłosy lub połykasz żyletki.

Głos to część duszy.
Stoisz na środku i wypowiadasz słowa. Masz nad nimi władzę. Dzięki zgrabnym ruchom swych warg nadajesz im odpowiedni kształt. Wyrazy są okrągłe, kanciaste, ostre, szpiczaste; czasem kłują, czasem chce się do nich przytulić.  Ściszasz głos lub odwrotnie – mówisz głośno. Mieszają się w tobie przeróżne uczucia, które dają wypowiadanym wyrazom odpowiedni charakter. Zniżona barwa głosu sprawia, że chce się ciebie słuchać. Bawisz się słowem. Każda głoska ulatująca z ciebie ma inny kolor.

Masz władzę nad słowem.
Masz władzę nad słuchaczem. Oddziaływujesz na jego zmysły. Sprawiasz, że ów chce połykać twoje dźwięki i chce więcej. Sam układa usta w kształt usłyszanych słów. Zrobi to, co mu każesz; właśnie go zahipnotyzowałeś, jesteś jego największym guru o nadprzyrodzonych zdolnościach zabawy dźwiękiem, zabawy nim.
Aż chce się mówić!

Trudno jest znaleźć kogoś, kto potrafiłby rozpłynąć się po moim ciele, ale kiedy już ktoś taki się natrafi – siedzę jak kamień i słucham. Najczęściej jest to niski, męski głos, zazwyczaj przeplatany szeptem, nieco drżący, ale i pewny siebie. Podziwiam z jaką łatwością nadaje słowu kształt, odpowiednie znaczenie. Dając się zaczarować przypatruję się, jak nieświadomie rysuje we mnie obraz z dźwięków, jak współpracuje z akustyką, jak sam ją tworzy. Magia…

Rzadko włączam radio. Słucham tylko wtedy, kiedy mówią, debatują, rozprawiają. I mogę się wcale nie interesować tematem; ważne, że słyszę ten głos: piękny, wprawiający mnie w swego rodzaju zamyślenie… Uwielbiam trwać w takim zawieszeniu lub przynajmniej wprawiać kogoś w taki stan. Mówię, czytam na głos, nabieram powietrza, dzielę je na odpowiednie porcje. W dźwięku zakotwiczam emocje, przeżycia, siebie… Pracuję nad sobą, nad swoim głosem. W każdej możliwej sytuacji jestem lektorem, w każdej wolnej chwili idę na konkurs recytatorski, przy odrobinie szczęścia odwiedzam studia radiowe i… mówię. Moje słowo idzie w świat. Mam władzę nad sobą, nad słuchaczem i, kurczę, czuję się wtedy najlepiej! A muszę być w tym naprawdę dobra, skoro osiągam jakieś tam fajne sukcesy na konkursach (wielki artykuł o mnie z „Wyborczej” cały czas wisi nad łóżkiem). Na codzień mówię niewiele. Niewiele jeszcze wiem o świecie, by się na jego temat wypowiadać. Stale szukam moich dźwięków i to nimi chcę się dzielić.

Przysłuchując się ludziom żałuję tylko, że w dzisiejszych czasach mówi się tak brzydko, niewyraźnie, niechlujnie. Niby od niechcenia. Rzuca się słowa byle jakie i byle jak. A przecież możemy tak pięknie mówić. Możemy tacy piękni być…

Tycho – A Walk - muzycznie/magicznie

 

Przedświąteczny zawrót głowy

21 gru

Dziś bez ładu i składu. Leżę w łóżku od dwóch dni: z zapchanym nosem, ze zdartym głosem, z obolałym gardłem, z załzawionymi oczami, z zawrotem głowy, z myślami przedziwnymi – bo gorączka. Jedynie z czego w tym momencie się cieszę to to, że zachorowało mi się teraz, kiedy nie ma szkoły i nie będę musiała później nadrabiać zaległości. Szkoda tylko, że wzięło mnie na same święta. Choć mam cichą nadzieję, że do poniedziałku się wykuruję. W przeciągu tych dwóch dni przespałam ponad 25 godzin. Przynajmniej mogę bezkarnie wypocząć po wielkiej gonitwie minionego tygodnia.

Leżę sobie i gapię się w sufit. W radio w kółko puszczają komerchę „na jedno kopyto” czy „Last Christmas I gave you my heart…”, książki nie ciekawią, telewizja podobnie. Mimo całego swojego życiowego lenistwa chciałabym wstać i pomóc w przygotowaniach do świąt, ale mam zakaz wychodzenia z pokoju, żeby nikogo nie zarazić. Mało kto wpada do mojego pokoju. Nawet pies boi się, że go zarażę. Stoi pod oknem i szczeka jak opętany – akurat w tym momencie, kiedy pęka mi głowa. Łóżko jest niewygodne jak nigdy. Albo to ja jestem niewygodna po tylu godzinach leżenia. Ach, koniec świata…

Doszłam do wniosku, że czas leci zbyt szybko i zbyt szybko się starzejemy. Dwa lata temu, jak i rok temu na klasowych wigiliach życzyliśmy sobie zdania matury i dostania się na wymarzone studia. Oczywiście, w sumie to wszystko była forma żartu – do matury jeszcze daleko… A w tym roku? Składaliśmy sobie te same życzenia, ze zgorzkniałą już miną, ze strachem w oczach i trzęsącymi rękoma. To ostatnia nasza wspólna wigilia. Kurczę, za rok wszytko będzie wyglądać zupełnie inaczej. Będziemy rozsiani po świecie, niekoniecznie tam, gdzie tego byśmy chcieli… Cholera, niedobrze mi na samą myśl.
Starzejemy się. Jeszcze rok temu w prezencie dawaliśmy sobie słodkie miśki, reniferki czy inne pluszaki. Tegoroczne prezenty były oczywiście inne. Ja na przykład dostałam wielgachny kalendarz na nowy rok, który zaopatrzony jest w zdjęcia roznegliżowanych facetów. Sama w prezencie kumplowi dałam… wódkę. Nie miałam innego pomysłu. Okazało się jednak, że trafiłam w dziesiątkę, kolega ucieszył się jak dziecko… Załamuję ręce.

To tyle. Chciałam napisać coś mądrego, ale nie mam głowy. Może jak wyzdrowieję, to napiszę coś sensownego. Daję znak, że żyję, bo już kilka osób w to zwątpiło. W razie czego życzę każdemu wszystkiego najlepszego z okazji świąt i nowego roku. Nie umiem składać życzeń – ani w zdrowiu, ani w chorobie.

Dziś nie stać mnie na więcej.

 

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

O pieniądzach, których brak

05 gru

Mówią, że Polska upada. Po całej linii. Gospodarczo, ekonomicznie, politycznie i w każdy inny sposób, w jaki tylko może. Ach, co za wspaniały uniwersalizm! Nie zamierzam zagłębiać się w jakieś wzniosłe spostrzeżenia czy wnioski, bo niezbyt orientuję się w temacie. Podzielę się tylko tym, co sama widzę w swoim otoczeniu, przede wszystkim w szkole.

Niby kryzys kryzysem, ale czy aby na pewno?

Sytuacja nr 1.
Siedzimy rano pod klasą, czekamy na lekcje. Ludzie powoli się schodzą. Jest chłodno, ciemno, rozespanie… Nagle atmosferę rozkręca kumpel, który zaczyna się chwalić minionym popołudniem.
Poprzedniego dnia siedział w domu i mozolnie uczył się biologii. Była z nim mama, która zmęczona po swej ciężkiej pracy (wcale nie jakiejś dobrej) opiekowała się swą dwuletnią córką. Do domu wpadł ojciec i poprosił, by wszyscy pilnie wyszli na zewnątrz. W trybie natychmiastowym. Co się dzieje? Kolega wymienił tylko pytające spojrzenia z matką, wziął siostrę pod pachę i wyszli na podwórko.
Na podwórku stał nowy samochód. Nie wiem jaka marka – nie znam się… Kto by je wszystkie spamiętał? Autko całkiem fajne, z różnymi gadżetami, nowinkami i innymi bajerami, które zakręcą facetowi – automaniakowi w głowie. „Ojciec, co to za bryka?” - spytał pierworodny. Okazało się, że tatuś zrobił mamusi prezent i kupił jej samochód. Kwiaty są zbyt banalne. Wspomnę tylko, że ojciec ma swoją furę, matka też już jakąś miała, kumpel – oczywiście też. W zeszłym roku w ogrodzie wymurowali sobie basen.
- Łee, nieźle. Przyjedź nim jutro do szkoły!
- Dobra.
Przyjechał. Nie zagłębiałam się w temat. Pamiętam tylko, że ludzie chodzili przez cały dzień jak nakręceni widząc owe auto i ustalali kolejkę, kogo by kumpel miał odwieźć do domu.

Sytaucja nr 2.
W połowie listopada inny kumpel zdał prawko. Z racji tej, że starszy brat dostał od rodziców samochód – młodszy również został obdarowany. Od szkoły mieszka daleko, jakieś 30 km.
- Hm… pewnie dużo kasy wydajesz na benzynkę, co? – pytam.
- Ja? – zaśmiał się. – Rodzice wszystko fundują.
Fundują wszystko. Utrzymanie jednego samochodu, drugiego, swego własnego (kto wie, czy tylko jednego?) oraz utrzymują pierworodnego, który studiuje gdzieś na drugim końcu Polski.

Sytuacja nr 3.
– Mam wolną chatę! Zapraszam na imprezę!
- Stary, co się stało?
- Rodzice polecieli na Bahamy.
- O, to jak długo możemy balować?
- Całe dwa tygodnie!

Sytuacja nr 4.
Nauczyciele są taaacy biedni! Spędzają tak dużo czasu w szkole, użerają się z niewychowaną młodzieżą. Pracują najgorzej pod słońcem oraz najgorzej zarabiają. Tiaa… Po pierwsze – który inny zawód zapewni dwumiesięczny urlop?  Po drugie - a korepetycje? O, tu się można ładnie dorobić.
Godzinka typowych korków z chemii, na które chodzi połowa mojej klasy wynosi 50 zł. Ale tylko pod warunkiem, że dokoptujesz sobie kogoś do pary. Indywidualnie pewnie 100 zł. Ale jakby nie patrzeć, jedna para zapewnia stówkę w godzinę. Załóżmy, że taki oto typowy nauczyciel – korepetytor ma 10 takich par w tygodniu. Dodatkowe 1000 zł w przeciągu tygodnia, 4000 zł miesięcznie + stałe wynagrodzenie. Dwa miesiące wakacji. Nie! Nauczyciele są biedni jak myszy kościelne,  o tak! Z całą pewnością.

Okiem ucznia.
Słucham tych lamentów w szkole. „Wyobrażasz sobie? Chemia, angielski, matematyka, fizyka… Ile na to idzie kasy?”. Tak, pieniędzy idzie od cholery, ale z drugiej strony porównując działania pozaszkolne typu: kupienie kosmetyków, ciuchów przez Internet (+ koszt przesyłki), alkoholu i papierosów (uwielbiam cię, Młodzieży Uzależniona!), najnowszych gadżetów - bo trzeba je koniecznie mieć! - okazuje się, że płacą niewiele mniej niż za te wszystkie korki, repetytoria czy inne pomoce przedmaturalne.

Jaki kryzys? Gdzie kryzys? W którym miejscu?!

Gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Ja mam wyrzuty sumienia, że ciągnę kasę od rodziców. W szkole co chwilę coś – ubezpieczenia, teatry, lekcje w kinie, składki na klasowe, na hodowlę rybek, na ryzy papieru, na wycieczki… Nowe ciuchy nie są potrzebne, kosmetyków używam niewiele (krem antytrądzikowy – mam ogromne wymagania), uzależnieniem jest jedynie kawa, bez której jednak nadal potrafię żyć i to wszystko. Samochodu nie mam i mieć nie chcę. Nowości techniki też nie chcę – nawet nie potrafię posługiwać się dotykowym telefonem czy chociażby rozróżnić te wszystkie ajpody, ajpady, trele – morele…

Ale pieniędze i tak uciekają. Wszędzie dojeżdżam, ostatnio podróżuję coraz dalej i częściej; kurs prawa jazdy też nie najtańszy, nie wspominając o milionach egzaminów, bo to byłoby zbyt piękne, żeby zdać za pierwszym razem (+ jazdy doszkalające)… Zupełnym fenomenem jest studniówka! Płacimy za wszystko – za rezerwację sali, za wynajem sali, za rezerwację zespołu muzycznego i za jego grę, za jedzenie, za fotografa, za kamerzystę, za osobę towrzyszącą. W dodatku my, dziewczyny, musimy kupić sukienkę, którą i tak założymy raz w życiu (przynajmniej ja i to jeszcze z wielką niechęcią), buty, jakąś biżuterię… „Przydałby się jeszcze fryzjer, kosmetyczka i wizyta w solarium. W końcu jak ja się pokażę w środku stycznia cała blada?” – słucham tych problemów i załamuję ręce. Dodatkowo trzeba wliczyć koszty podróży do miast oddalonych ponad 200 km od naszego. Dlaczego? „Sukienka nie może pochodzić z naszego miasta, bo jak spotkam jakąś dziewczynę na studniówce w takiej samej kiecce, to chyba zapadnę się pod ziemię!”. No, ewentualnie zostaje kupno przez internet.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby oczywiście zostanie z tyłkiem w domu. Zastanawiam się nad tym bardzo intensywnie…

Spotkaj się ze starymi znajomymi! Idź na kawę, na ciacho, do kina, kup to, co Ci się spodoba albo to, czego będziesz pilnie potrzebować. Idź na koncert ulubionego zespołu, który gra w Twojej okolicy raz na trzy lata.  Miej 18 lat, nie zarabiaj - miej pieniądze na wszystko!

Kasa leci. Za chwilę trzeba będzie wpłacić wpisowe na uczelnie, a potem utrzymać się na tych cholernych studiach w obcym mieście. Bez pracy, bez zarabiania pieniędzy, bo kiedy na to czas (oczywiście, myślę o st. dziennych)?
Łapię się za głowę…

————————————————————————————————————————————————-

Notka chaotyczna, z której można wywnioskować, że nie zdałam prawka. Chciałam jeszcze napisać, co u mnie, ale nie chcę zanudzać. Jeszcze opłakałabym i obsmarkała klawiaturę, bo jest ciężko, źle, okropnie, ohydnie i… brakuje mi już sił.

 
 

  • RSS