RSS
 

Archiwum - Listopad, 2012

W pogoni za szczęściem

23 lis

Zginę, umrę, przepadnę…

Nie mam czasu na nic. Na nic, kompletnie. To, że dosiadłam do komputera to cud jednego jedynego w tygodniu wieczoru - piątkowego, kiedy nie ruszam palcem książek, zeszytów i nie patrzę w lustro (mogłabym się przestraszyć). Teraz jest więc czas.

Dziś zakończyłam maraton, maraton maturalny. 40 kilometrów w porównaniu do pięknego kończącego się tygodnia to pikuś. Wtorek – polski, środa – matma, czwartek – angielski, dziś – biologia i chemia z półgodzinną przerwą pomiędzy. Mózg roz…trzaskany na kawałki. Nie wiem jak się nazywam, ile mam lat i gdzie stoi słoik z kawą. Zastanawiam się, jak można być uczniem czwórkowo – piątkowym, a czasem nawet szóstkowym i tak strasznie zdawać wszystkie egzaminy… Od zawsze tak miałam – to, co ważne, wychodzi najgorzej. Ale takie już moje szczęście, a właściwie jego brak. Do maja zdążę umrzeć milion razy. Ani razu nie odrodzę się szczęśliwszą. Z medycyny zrezygnuję.
Chciałam iść na recytatorski, jutro. Dzięki za Wasze pomysły co do utworu. Niestety moje życiowe niezdecydowanie pozwoliło tylko na przeczytanie kilku naprawdę dobrych wierszy i… na tym się skończyło. Wena i chęć wzięły mnie ponownie w tym tygodniu, ale jak to wszystko ogarnąć w kilka dni przy intensywnym rozmóżdżeniu intelektualnym w trakcie próbnych matur? Nie da rady, a szkoda…
Na co potrzebna jest wolna chwila, odpoczynek skoro można zająć się czymś owocnym? Zapisałam się do internetowego radia działającego przy naszej szkole, całkiem nieźle prosperującego. Z początku będę bawić się w pisanie artykułów i nagrywanie ich na kilka dni przed programem; z czasem pójdę na audycję na żywo i będę współprowadzącą. Szkoda tylko, że program po 20.00 w mieście, z którego o tak późnej porze nie mam powrotu… Co drugi tydzień w piątki wsiadam w pociąg i wyjeżdżam milion milionów kilometrów w świat po to, by… pouczyć się do matury. Wracam w niedzielę wieczorem. Tak, teraz nawet jestem pozbawiona weekendu…
W końcu doczekałam się terminu na egzamin na prawo jazdy – w przyszłym tygodniu. Dziś pierwsza jazda od półtora miesiąca, pierwsze spotkanie z Koksem od prawie dwóch miesięcy. Ale się za sobą mocno stęskniliśmy, kurczę! I pomyśleć, że nasza znajomość tak przedziwnie się zaczęła… To bez znaczenia, że po tak długiej przerwie pcham się na egzamin. Ale bez spiny; wiem, że nie zdam tego za pierwszym razem. Pierwszy raz potraktuję na luzie jako „próbę generalną”. Zdam za drugim albo za siódmym. Szkoda tylko czasu, a przede wszystkim pieniędzy…

Biegnę, gonię, latam… Szkoły, szpitale, kursy, konkury, wyjazdy, delegacje, sprawdziany, matury, egzaminy, prawa jazdy, autobusy, pociągi, tramwaje; ciągły pośpiech, stres, niewyspanie, spóźnianie, zasypianie, umieranie…
Zauważyłam, że zrobiłam się szczuplejsza. Cyferki na wadze nic mi nie mówią – w końcu kto normalny wchodzi na wagę na chwilę przed snem w półtonowych dżinsach? Ale szczuplejsza? Pewnie mi się zdaje… Z czasem zaczęłam słyszeć: „Schudłaś?”, „Coś cię mniej”… Czyli jednak! Okej. Niby dobrze – zawsze chciałam troszeczkę z siebie zrzucić, ale świadomie! Z własnej woli! Stosując dietę, uprawiając sport, mieć nad tym kontrolę. Stres, pośpiech, zabieganie… Wszystko ładnie, pięknie, ale nie chciałabym osiągać szczęścia (do cholery, jakie szczęście?) kosztem zdrowia.

Jestem okropna.
Dlaczego?
Stwierdziłam, że gdyby faktycznie miał nastąpić koniec świata i bylibyśmy tego wszystkiego świadomi, to… cholera jasna… chyba byłabym zadowolona. Głupiam! Głupiam. Głupiam….

Przemysław Gintrowski – Tylko kołysanka
Ginę, umieram, przepadam…

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Uwaga! – literacko

14 lis

Poszukuję liryki!

Jeśli zna ktoś jakiś ciekawy wiersz powstały w minionym stuleciu, intrygujący lub warty poświęcenia swego czasu, humorystyczny lub przygnębiający,  proszę o nadesłanie tytułu i autora. Utwór nie może być zbyt krótki ani zbyt długi – w sam raz na zaprezentowanie go na scenie przed dużą publicznością już w przyszłą sobotę (czasu niewiele). Szymborska i Miłosz raczej odpadają…

Dzięki! Pzdr.
S. D.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Drogi Czytelniku,

09 lis

Ostatni wpis wywołał wiele zamieszania wokół mojego bloga. Nie zamierzam tego komentować ani usprawiedliwiać siebie przed samą sobą. Szkoda czasu i prądu… Mam swoje zdanie oraz swoje zasady, którym jestem wierna. Nie zamierzam tego zmieniać, bo „Polakom się to nie podoba”.

Drogi Czytelniku,
cieszę się, że tu zajrzałeś i być może zostawiłeś jakieś słowo: miłe lub niemiłe. Każde przyjęłam z należytym SZACUNKIEM oraz radosnym uśmiechem. Pragnę udzielić Ci kilku wskazówek, gdybyś miał ochotę jeszcze kiedyś tu zajrzeć…

Dziękuję za wszlekie rady. Mam świadomość, że możesz być ode mnie starszy – zapewne dźwigasz na swoich barkach o wiele większy bagaż życiowego doświadczenia niż ja, zatem każde Twoje słowo przyjmuję na klatę i wierzę, iż jest ono prawdziwe. Miło mi, kiedy podzielasz moje zdanie… A już tkwiłam w przekonaniu, że trwając w swych postanowieniach – jestem na tym świecie sam(otn)a. Jeśli podobały Ci się moje poprzednie wpisy lub chociaż ostatni – zachęcam do dalszej lektury. Pamiętaj jednak, że zawsze możesz się na mnie zawieść: nie mam weny, czasu, stale narzekam, dogłębnie wszystko analizuję, tkwię w swoich konserwatywnych przekonaniach, mam swoje priorytety i cholernie potrafię przynudzić.

Jeśli nie podoba Ci się – proszę bardzo, nikt nie trzyma Cię tu na siłę ani nie każe Ci czytać tych pierdół przesiąkniętych błędami językowymi, leksykalnymi czy (w Twoim mniemaniu) światopoglądowymi. Internet w dzisiejszych czasach sprzedaje wiele chłamu. To, że akurat kupujesz mój prywatny, osobisty, pesymistyczy i intymny chłam za swoją, ciężko zarobioną, odrobinę wolnego czasu, przy czym narzekasz na mnie, na mój światopogląd czy moją religię, jest mi całkowicie obojętne. Ja zysku z tego nie mam żadnego. Być może chcesz mi dokopać, bo jesteś starszy, więc jakie mam prawo ja – głupia smarkula z mlekiem pod nosem – wygłaszać swoje zdanie? Na forum? Jesteś w błędzie. Nie zrobisz mi na złość. Twe wulgarne i ordynarne komentarze nie ujrzą światła dziennego, a szkoda, bo wyszłaby na jaw Twoja kultura. Widzisz? Dbam o Twój tyłek, nie schrzań tego! Nie zadawaj pytań w stylu: „Kto taką tandetę wrzucił na główną Onetu?”. Uświadom sobie, że sama się tam nie pchałam, sama Ci na ekranie nie wyskoczyłam. Trafiłeś tu z własnej woli – miej wyrzuty do siebie, nie do mnie. Wchodząc na blog nastolatki powinieneś był wiedzieć, że możesz przeczytać tu wszystko na każdy temat, począwszy od hulaszczego młodocianego życia, przez strach przed dorosłością na końcu świata czy zachlastaniu się żyletką (przecież mogę być przedstawicielem emo z zaburzeniami psychicznymi. To teraz takie modne!) skończywszy. To blog Smutnej Dziewczyny (czyt. aroganckiej, złośliwej, konserwatywnej, dekadenckiej, cynicznej, itd.). Musisz wiedzieć, że wpisy są dokładnie takie same jak ich autorka.

Przykre jest tylko to, że jesteśmy społeczeństwem aż tak nietolerancyjnym… I w większości nie potrafimy czytać ze zrozumieniem. (Cholera jasna… dlaczego piszę „my”?)

Piszę tu dla siebie i tylko dla siebie. Twoja obecność lub jej brak są mi całkowicie obojętne. Miło jednak będzie, jeśli tu zajrzysz i pozostawisz jakiś ślad. Pamiętaj tylko o kulturze słowa i myśli.

Pozdrawiam Cię serdecznie bez względu na to, czy jesteś Czytelnikiem Życzliwym czy Nieżyczliwym. Ze szczerym uśmiechem na twarzy życzę Ci wszystkiego najlepszego i do ewentualnego zobaczenia!

Smutna Dziewczyna

 

PS. Nieżyczliwych Czytelników proszę też o to, by w przyszłości nie płakali ze strachu trafiając pod mój skalpel lub wiertło dentystyczne. :D

 

Był raz bal na sto par, czyli krótko o życiu

01 lis

Może troszkę przesadziłam. Nie na sto – bo na mniej, nie par – bo ja akurat byłam sama (co za nowość), nie bal – bo impreza przypominająca typowe wiejskie wesele. I znów przesada… to nie było wesele tylko osiemnastka najbliższej koleżanki. Dwa dni dobrej zabawy, dające wiele do myślenia…

Po uroczystej mszy świętej pojechaliśmy na salę. Bohaterka wieczoru stała na środku w srebrnej sukience, którą pomogłam jej znaleźć i przyjmowała życzenia od gości stojących w długiej kolejce. Również złożyłam życzenia, wręczyłam prezent i ustawiłam się w krąg ludzi czekających na wzniesienie toastu za zdrowie jubilatki. Wzrokiem szukam znajomych twarzy – zaproszona cała rodzina, znam pojedyncze osoby, przede wszystkim starsze siostry koleżanki. „Z kim ja będę tu?” – zastanawiam się przygryzając dolną wargę, kiedy zauważam dawną znajomą, z którą ostatni raz widziałam się w kwietniu. Nie ma sprawy, z uśmiechem na twarzy postanowiłyśmy usiąść obok siebie.

Potańczymy przy okazji – swierdzamy i zaczynamy rozmowę. Towarzyszka moja jest świeżo upieczoną studentką prawa, więc dzieli się ze mną swoimi przeżyciami z pierwszych tygodni życia daleko poza domem i udziela wskazówek co do matury i wyboru studiów. Dziewczyna osiągnęła naprawdę wiele. Ale cóż się dziwić – zdolna bestia! Spotykając ją przed maturą słyszałam jak dużo i mocno się uczy, jak powtarza, jak czyta, jak przyswaja nowe wiadomości… Życzyłam jej powodzenia i wszystkiego najlepszego. Chciałam, by osiągnęła swój cel, choć dobrze wiedziałam, jak ciężko jest dostać się na prawo. Nie jestem pełna podziwu, że cel ten osiągnęła. To było pewne! Cholernie jej gratuluję, słucham opowieści z wykładów, z ćwiczeń, ze spędzonych w obcym mieście długich weekendów i z codziennego życia, kiedy to liczy się każdy grosz. Ogromnie dziewczynie zazdroszczę: ma za sobą już ten cały harmider związany z maturą, wyborem uczelni, prawie że zaaklimatyzowaniem się w nowym środowisku.
Zmieniamy temat. Mamy bardzo podobne poglądy. Zaczynamy żałować, że nie jesteśmy z tego samego rocznika – pewnie teraz razem dzieliłybyśmy niedolę maturzysty albo akademickiego kota. Narzekamy na „ach – tę – dzisiejszą – młodzież”, jak staruszki u skraju życia. Bo liczą się studia, bo liczy się praca, bo liczy się rozwój, a dopiero później miłości, pijaństwo, rozrywki, w najgorszym przypadku – rozpusta.  Wzajemnie uzupełniamy się wiadomościami na temat naszej wspólnej koleżanki, Meli, o której kiedyś tu wspominałam. Dziewczyna dopiero co zaczęła studia na kierunku, którego w ogóle nie brała pod uwagę i już dziś wie, że wystarczy jej sam licencjat. „Po co mi więcej? Za dwa lata z moim pięknym weźmiemy ślub… Nie będziemy mieli czasu na naukę”. Tak… weźmiemy ślub, w wieku 25 lat będziemy mieli gromadkę rozwydrzonych dzieci, zero odpowiedniego wykształcenia. Ale będziemy mieli siebie! – czy to nie piękne?

W środku wypowiadanego przeze mnie zdania ktoś ciągnie mnie za rękę. Nie wiem, o co chodzi, ale daję się wyciągnąć na parkiet. To D. Ustawia mnie grzecznie w kole bawiącego się tłumu i zmusza do tańca. Okej, jestem na imprezie, raz na ruski rok. Biegam za szybko za celami, zatracam się w szarości i ciemności jesieni. Trzeba się bawić! Łapię za rękę D., drugą wyciągam do innego faceta i słodko się bawimy. Kaczuchy, makareny, inne tańce, hulanki, swawole… Kończą się utwory przeznaczone do zabawy zespołowej, schodzę powoli z parkietu… kiedy ktoś łapie mnie w talii i z powrotem ciągnie mnie w taneczne gąszcze sali. Przypominają mi się zbyt wysokie szpilki, w których jestem i nie potrafię odpowiednio ich użytkować. Nie mam się co opierać, bo wyrżnę niezłego kozła na oczach tych przesympatycznych ludzi. To znów D. Łapie mnie w talii, chwyta za prawą rękę. Stanowczo mówię: nie umiem tańczyć, a już na pewno nie w tych butach, podepczę cię, oszczędź mi złego. Uśmiecha się radośnie i trzyma mnie mocno, bym się nie zabiła. Tańczymy, rozmawiamy. Ciągnie mnie za rękę na swoje miejsce i krzyczy: chodź, napijemy się! Przecież ja nie piję. Ale znów, dzięki wysokim szpilkom nie silę się z chłopakiem, bo się wywrócę. Robi mi drinka, którego i tak nie wypijam nawet do połowy. Zaczyna rozmowę.
 - Wiesz, Smutna Dziewczyno…? Nie znałem Cię od tej strony…
 - Hm… – zastanawiam się. – Pomijając fakt, że w ogóle mnie nie znasz, powiedz, o którą stronę Ci chodzi – mówię. To była najgorsza prośba tego wieczoru.
 - Ach… bo… no wiesz… – zaczął się jąkać, stękać, chrząkać. – Zawsze widziałem cię w spodniach, golfach, bluzach, a tu dziś taka niespodzianka! Jesteś atrakcyjną kobietą… – to tak w skrócie. Całej rozmowie towarzyszy jego głaskająca moje udo ręka. Całemu wieczorowi – jeszcze inne gesty z jego strony, których tutaj zaoszczędzę.

Jestem chłopczycą. No nic nie poradzę… Spodnie to moje czwarte imię – zaraz po pierwszych dwóch imionach oficjalnych i po trzecim nieoficjalnym „Ironii”. Krótkie włosy, chwiejący się chód, brak makijażu i na ogół - męska odwaga. Ale to była impreza mojej, można by rzec, przyjaciółki. Chciałam zrobić jej przyjemność, więc ubrałam się w sukienkę.  Z chłopakiem widzę się trzeci raz w życiu. To drugi raz kiedy mówię mu na „ty”. W sumie to nie chłopak. W sumie to 29-letni mężczyzna, z którym bardzo się lubimy. I nie byłoby nic złego w tym, że zaczął mnie podrywać (pomijając gesty i chęć dotknięcia mnie – o zgrozo!), gdyby nie fakt, że D. jest szwagrem naszej jubilatki! Szwagrem i świeżo upieczonym, bo trzymiesięcznym tatusiem. Łapię się za głowę, daję mu po łapach – nie po twarzy (nie będę robiła awantur na imprezie mojej serdecznej koleżanki) i każę wrócić do pionu. Wzrokiem szukam żony D., by przyszła i zajęła się mężem, uwalniając mnie z jego sideł. Jest! Przychodzi. Siada obok nas, przysłuchuje się rozmowie, widzi jak D. przystawia się do mnie i… o dziwo, nic w związku z tym nie robi! Patrzy na nas obojętnym wzrokiem, jak gdyby nigdy nic i sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Na szczęście, obserwuje nas Studentka Prawa, widzi moje zakłopotanie, podbiega i ratuje mnie z opresji.

Szukam jubilatki. Chcę ją złapać, potańczyć, pogadać. Facet, którego poznała przez internet i również widzi go trzeci raz na oczy wlecze się za nią jak nędzna dziennikarzyna za politykiem, zdobywa serca reszty rodziny i nie daje jej spokoju. I tyle z nią tego wieczoru pogadałam… Swoją drogą jej chłopak wydaje się być nieco podejrzany. Ale daję mu trochę czasu…
Porozmawiałam za to ze wszystkimi jej siostrami – a jest ich sporo. Poprzyglądałam się biegającym dokoła dzieciom owych sióstr, reszcie przeogromnej rodziny, trochę jeszcze potańczyłam, pomęczyłam się z D. i zaproszona na następny dzień wróciłam do domu.

Na poprawinach już spokojnie. Obiad i poobiednia kawa. Brak tańców. Zmniejszone towarzystwo. Żona mierzy mnie od stóp do głów (znów byłam w sukience), D. robi zdjęcia z ukrycia i przygląda się nachalnie, przy okazji opiekuje się trzymiesięcznym synkiem (hm… czyżby Żonka przemówiła do rozumu?), Studentka Prawa zaprasza do siebie, Jubilatka znajduje dla mnie 10 minut, by pogadać, cała rodzina żegna mnie serdecznie wręczając ogromny talerz ciasta i życząc wszystkiego najlepszego.

 

Wróciłam do domu. Po dwóch dniach odskoczni od wszystkiego dochodzę do kilku wniosków. Oto niektóre z nich:

1. Trzeba częściej robić sobie takie odskocznie. Ile można pracować? Ile można brać życie na poważnie? Wyluzuj, Smutna Dziewczyno!
2. Ogromna rodzina to świetna sprawa! Co z tego, że trzeba mieć multum pieniędzy, by zrobić każdemu prezent na święta? Liczy się czas spędzony ze sobą, wspólne więzi… W małych rodzinach jest czas na kłótnie, na obrazy… I na co to komu?
3. Trzeba walczyć o swoje i iść w zaparte! Zdać tę cholerną maturę, chociażby kosztem szczęśliwej młodości czy „młodocianego poznawania życia”. Cel jest tak blisko, na wyciągnięcie ręki! Nie ma rzeczy niemożliwych!
4. Miłość jest ślepa. Nieważne czy masz lat 18, 40 czy 70. Ale to takie urocze…
5. Alkohol szkodzi zdrowiu i zdrowemu myśleniu!
6. Nie ma imprezy na której ktoś nie zada Ci pytania: „ze mną się nie napijesz?„. Nie ma sytuacji, kiedy ktoś Twą odmowę uszanuje.
7. Faceci jednak są istotami trudnymi do zrozumienia, przynajmniej dla mnie. Ale mam dopiero tyle lat co mam. Mam więc prawo ich nie rozumieć.
8. Jak tu wierzyć w miłość, w małżeństwo, w mężczyzn? Wystarczy urodzić dziecko, przytyć i tonąć w pieluchach, by Twój facet zaczął oglądać się za innymi, młodszymi i to jeszcze na Twoich oczach! Co gorsze – pociążowa figura nie jest warunkiem to takiego działania!
9. Wniosek najmilszy, nieco egoistyczny, ale wprawiający mnie w dobry humor przez cały następny tydzień – mogę się podobać facetom! Cholera jasna! Ja! Mogę wpaść komuś w oko! Co z tego, że starszemu, że żonatemu? Ach… trzeba częściej nosić sukienki!

Tak, to niektóre z wysnutych wniosków. Mogą wydawać się śmieszne lub proste, ale dopiero stawiam pierwsze kroki w życiu i poznaję świat: jego mentalność, zagrywki i walkę o swoje. Dziś mogę podsumować tę chaotyczną notkę i swe przemyślenia zdaniem: jakie to wszystko cholernie trudne. Trzeba zagłębić się w to wszystko i nie poddawać się. Brnąć do przodu!

I często sobie zadaję pytanie: jak żyć, panie premierze? Jak żyć?

The Cuts – 7 minut

 
 

  • RSS