RSS
 

Archiwum - Październik, 2012

Kawa czy herbata?

19 paź

5:45 – pierwszy budzik. Wibracja, bo dźwięk mojego durnego telefonu już z samego rana doprowadziłby mnie do szewskiej pasji. O co chodzi? Gdzie ja jestem? Jak tu ciemno! Jak ciepło… Jak… miłooo…

5:55 - pierwsza drzemka. Trzeba wstać! Koniom wody dać! Ach, konia brak…

6:05 – druga drzemka (patrz: pierwsza).

6:07 -  drugi budzik. Tym razem w postaci grającego przybiornika biurkowego oddalonego o miliony lat świetlnych. W powietrzu sześć razy unosi się główny temat znanej wszystkim „Katiuszy”, jak dotąd - lubianej przeze mnie melodii. Przeciągam się mocno na łóżku i nad głową wciskam w kontakt wtyczkę od lampki stojącej w pobliżu grającego piórnika. Między mymi oczami a wiązką światła stoi opoka tej chwili – krzesło, którego oparcie odgradza mnie od światłości.
Tak, to był zły pomysł, żeby już w październiku ubrać zimową, puchatą pidżamę. Jest zbyt pięknie, by się stąd ruszyć. Za oknem ciemno, zimno… Ale spokojnie… wstanę jeszcze jutro, po jutrze, po-pojutrze i w sobotę się wyśpię! Tak, to dobra myśl, więc od razu rozpoczynam proces wstawania.
Siedzę w łóżku. W pidżamie. Sięgam po przygotowane wczoraj ubrania, które leżą na mojej opoce. Nie wychodzę spod kołdry. Wciskam się w tym gniazdku w ciuchy, by uleciało ze mnie jak najmniej ciepła. Przyzwyczajam się do światła. W dużej części ubrana wyskakuję z łóżka i wsuwam na siebie ciemne dżinsy. Szybkie spojrzenie w lustro i wychodzę. Zapalam sufitową lampę, pierwotnie mając na celu zgaszenie tej z biurka… Ale 1,5 promila alkoholu we krwi w ciągu piętnastu minut po przebudzeniu robi swoje. Zakładam szlafrok, który robi za zimowy płaszcz w okresie porannym, wyłączam wszystkie źródła prądu i już mnie tu nie ma.

6:18 – wchodzę do kuchni. Po balansowaniu na schodach cieszę się, że znajduję się na równej powierzchni. Włączam telewizor – telewizja śniadaniowa oferuje dokładniejszy czas w lewym dolnym rogu ekranu. Swoją drogą to przedziwne, skoro bardziej ufam zegarkowi w zakłamanej telewizji niż w swoim własnym piekarniku… Niewielką ilość wody włączam w czajniku i wybieram się do łazienki na szybkie samoogarnięcie.

6:26 - woda dawno zagotowana. Staję przed odwiecznym, codziennie tym samym pytaniem, kawa czy herbata? Nie wiem po co się zastanawiam. To sprawa oczywista – wbrew ochocie na kawę robie herbatę. Dlaczego? Nie mam czasu na stygnięcie wszelkich płynów, dlatego po dziadowsku wlewam do połowy szklanki herbatę z wczorajszej kolacji i uzupełniam ją wrzątkiem. Wpycham na szybko kanapkę, którą przygotowałam sobie sześć godzin temu przed snem, popijam herbacianą lurą i czekam na prognozę pogody. Śniadaniowa patologia.

6:34„Świt dobry!” – wyskakuje na środek pudła pogodynek Kret. Jakiś czas temu przestałam mu ufać. „W tej chwili najniższa temperatura w Polsce to 11 stopni” – informuje mnie jakieś trzy tygodnie temu. Podchodzę do termometru. Przecieram oczy. Kurczę blade, okulary zostawiłam na górze, ale jeszcze dobrze widzę: trzy kreski nad zerem! Pozdrawiam pana Kreta przypominając sobie, że przecież krety ślepe są… Idę do łazienki na ostateczne ogarnięcie.

6:45 – wracam na górę. Szybko pakuję książki, które położyłam przed snem pod poduszkę, żeby na zasadzie nadzwyczajnej poduszkowej osmozy czegoś przez noc się nauczyć, zrzucam szlafrok, zakładam okulary – JA WIDZĘ! – i zbiegam trzeźwiej po schodach. Wskakuję w buty, pakuję kanapki, spoglądam na telewizyjny zegarek – cholera, już jestem spóźniona.

6:51 – kurtka, szal, rękawiczki. Wyłączam telewizor, gaszę światło. Żegnam się z domem, który jeszcze się wyleguje w swoim cieple, z zazdrością zwalam psa z kanapy - bezczelny i wybiegam z domu.

7:02 – pociąg do miasta. Ale o podróżach już innym razem…

 

Depeche Mode – It\’s no good 

 

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Ze skrajności w skrajność

12 paź

To mój pierwszy piątek od rozpoczęcia roku szkolnego, kiedy zaraz po lekcjach pojechałam prosto do domu. Skończyły się jazdy, tak samo wykłady z teorii już jakieś 2 – 3 tygodnie temu, nie jestem z nikim umówiona, nie mam żadnych pilnych terminów… Przede mną weekend, podczas którego zamierzam solidnie wypocząć, choć z natury tego nie potrafię.

Co do jazd: tak naprawdę zostawiłam sobie dwie godziny na chwilę przed egzaminem. Problem tylko w tym, że egzaminu tak prędko się nie doczekam. Dowód tymczasowy wyrobiony na chwilę przed osiemnastymi urodzinami zawiera błąd. Maciupeńki, ale błąd. Trzeba wyrobić nowy dowód, co zajmie około miesiąc, jak rzekł łysiejący urzędas, z którym załatwiałam sprawę. Dopiero po wyrobieniu nowego dowodu będę mogła poważnie pomyśleć o egzaminie. Oj, nie zdam tego prawka w tym roku – przeczuwam… To, że zdążę przez ten czas zapomnieć jak w ogóle prowadzi się auto jest w sumie nieistotne (o, ironio!). „Dokup godziny” – podpowiada wewnętrzny głos. „A skąd mam wziąć pieniądze?” - dopytuję w myślach, cynicznie wykrzywiając twarz.

Ostatni wpis był naprawdę przytłaczający. Był dokładnie taki, jak ja w całym poprzednim tygodniu. Zaproponowano mi nawet pomoc w postaci antydepresanów, ale bez przesady… Jest źle, ale nie aż tak, by podchodzić to tego tak poważnie. Jesienna chandra – nic więcej.

Nic więcej, bo kończący się tydzień był lepszy. Mogłabym nawet rzec, że przeżyłam go radośnie, choć tak naprawdę nie pamiętam jaki był. Natłok zajęć, masa pracy, brak wolnego czasu sprawiły, że każdy dzień wyglądał tak samo; cały tydzień zlał się w jedno. Dopiero co była niedziela, a dziś już kolejny piątek! Ale nie, nie narzekam. W końcu każdy rozpoczynający się weekend napawa ogromem pozytywnych emocji. Martwi mnie tylko to, że takim tempem już jutro będę pisać maturę, a za niecały tydzień będę żegnała się z tym światem. Cholera…

Jest dobrze. Nawet wspaniale! Już tak mam, że przechodzę ze skrajności w skrajność. Targają mną różne, nawet bezpodstawne emocje. Smutek – radość, skrytość – szczerość, cynizm – życzliwość… Ciągła przeplatanka, istny misz-masz, ale tylko w przypadku neutralnego humoru, kiedy stoję na granicy zadowolenia i oburzenia. Mówią, że kobieta zmienną jest. W moim przypadku jest to osobliwa sprawa, bo niczym istotnym nieuwarunkowana. Nawet babskie, cykliczne sprawy nie mają na to wpływu… Mogę danego dnia wić się w totalnej beznadziejności, jednakże wystarczy jakieś miłe słowo, dobra informacja czy cokolwiek innego i mam motywacje do uśmiechu i skakania het wysoko w niebo. A jak jest w sytuacji największego stresu? Chcę mi się płakać, śmiać, skakać, leżeć, żartować, filozofować… Trudna jestem.

Biologicy nie będzie przez miesiąc. Na początku bardzo się ucieszyliśmy. Wizja apokaliptycznych czterech godzin biologii każdej środy przerażała nas z sześciodniowym wyprzedzeniem, ale… Teraz? Tak przed maturą? Trzeba skończyć podręcznik z drugiej klasy, zabrać się za następny, na fakultatech zorganizować powtórki… Później okazało się, że przerwa spowodowana jest problemami zdrowotnymi biologicy. Zrobiło się nam od razu przykro. Kobieta jest naszą wychowawczynią – szkolną matką stanowiącą sacrum istoty biologii, chodzącą encyklopedią biochemii, doradcą, przyjacielem (dla mnie tylko czasami…). Sami planujemy zostać choć raz w tygdoniu dłużej w szkole, by zorganizować nasze własne fakultety i wspólnie powtarzać do matury.
Za mną tydzień bez biologii. Jest pięknie, ach! Ale z drugiej storny – nie ma co robić, nie ma się czego uczyć, nie ma czego kuć na ostatnią chwilę… Na miesiąc odkładam podręcznik – sama nie potrafię się zmotywować do pracy. Potrzebuję straszaka w postaci: za tydzień sprawdzian powtórkowy z pięciu działów, a jutro odpytka z bieżących piętnastu tematów. Jestem beznadziejna.

Dlatego w ten weekend zamierzam wypocząć. Nawet na zapas. Zamienię się w lamę albo alpakę, poodbijam się od ścian, dla urozmaicenia – od sufitu, zapiję się litrami kawy, poczytam książkę (co z tego, że lekturę? „Chłopów” nawet przyjemnie się czyta), poleżę beztrosko pod kocem, pośpię bez wyrzutów sumienia i nie ruszę żadnego szkolnego podręcznika. „Relax, take it easy!”

Zaczynamy. Niech będzie słodko.
Maria Peszek – Marznę bez ciebie

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

„Zastrzeliłem się październikiem w łeb…”

06 paź

Jeśli faktycznie kiedykolwiek nastąpi koniec świata – będzie to w październiku.

Nie lubię października. Można by powiedzieć, że przecież to uroczy miesiąc – piękna, złota polska jesień… Dla mnie jest to czas pogranicza. Gdzieś daleko ucieka wakacyjne, ostatnie letnie szczęście ustępując miejsca codziennej szarudze pełnej monotonii, prawie że smutku. Pogoda się psuje – deszcz pada i skazuje na wyrzuty typu: dlaczego, do cholery, nie wzięłam parasolki?! Słońce wędruje nad ziemią coraz niżej. Słupek rtęci w termometrze opada. Obwiązuję się szalikiem, coraz częściej myślę o rękawiczkach, coraz poważniej – o czapce. Jestem strasznym zmarzluchem i już 5 stopni przyprawia mnie o dreszcze…

Październik to też czas nostalgii i melancholii. Dwa lata temu o tej porze umierała moja Babcia, a wraz z nią jakaś cząstka mnie. Ogromna cząstka mnie. Zrobiło się trudno i ciężko. Były to smutne dni, których nieprzyjemna aura towarzyszy mi od tygodnia. Czuję się tak, jak wtedy. Coś we mnie siedzi, coś wisi w powietrzu. Przeczuwam coś złego. Wewnątrz mnie siedzi kopiące dziecko, które porusza się niemiłosiernie i nie daje mi spokojnie trwać oraz karmi się moimi obawami, dyskomfortem i złym przeczuciem. Rośnie i wymaga coraz więcej pożywki. Czuję się okropnie…

Fizycznie też nie jest lepiej. Przeziębienie od dwóch tygodni nie daje mi spokoju, łamie w kościach, nie pozwala szybko iść, szybko działać… A może to znak, żeby nieco przystopować? Ale jak, skoro w szkole nie mogę nawet złapać oddechu? Skoro w weekendy przesypiam każdy wolny skrawek czasu zamiast poświęcić go na coś owocnego, na naukę, na nadrobienie zaległości? A w moim przypadku równanie: sen = odpoczynek jest równaniem sprzecznym. Spotykam ludzi, z którymi nawet nie mam ochoty minąć się niezauważalnie na ulicy. Dwa spotkania z Pięknym w ciągu jednego tygodnia – apogeum nieszczęścia. Wydaje się śmieszne, skoro w innych okolicznościach nie widzimy się przez cztery miesięce albo i dłużej… Czekam na mojego Koksa – przyjeżdża pan Heniek. Po miesięcznej przerwie znów nie potrafimy się dogadać - masa nieporozumień. Jest jeszcze wielu innych ludzi, na których nawet nie mam ochoty spojrzeć, a muszę z nimi współpracować, działać, udawać, że wszystko gra…

No i mam ten swój piękny kryzys, za którym tęskniłam pod koniec sierpnia. Natłok zdarzeń i nadmiar pracy powodują, że staję się nieczuła, obojętna, zimna, bez serca. Przez najbliższy czas nic mnie nie zdziwi, nic mną nie poruszy. Nicość mnie pochłonie…

Coma – System

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii O mnie

 
 

  • RSS