RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2012

Gazu, Zuza! Gazu! cz.2

30 wrz

Wieczorem usiadłam z kubkiem gorącej kawy i przemyślałam parę spraw. Może to nie z nim jest problem, tylko ze mną? Postanowiłam zmienić nastwienie i dać gościowi drugą szansę…
Przeprowadziłam małe, tajne śledztwo. Faktycznie, część ludzi bardzo się skarżyła na mojego Hardcorowego, ale też z drugiej strony niemała grupa była zadowolona ze współpracy. Przypomniała mi się nawet koleżanka, która polecała mi tę autoszkołę, bo jeździła z Koksem i „było świetnie, więc zdałam za pierwszym razem! I moje koleżanki, wychodząc spod jego ręki, też!”.
Skoro inni są zadowoleni – ja też mogę być.

Może ja do tego wszystkiego źle podchodzę? Może powinnam być bardziej na luzie? Chilloucik? Jak to ważna, życiowa maksyma mówi: miej wyje*ane, a będzie ci dane? Jestem zbyt sceptyczna. Facecik jedzie mi tu z głupim tekstem – powinnam odwdzięczyć mu się tym samym: zażartować, uśmiechnąć się i w sumie mieć gdzieś fakt, że to godzi w moje wrażliwe, odrobinkę kobiece uczucia.
Postanowiłam śmiać się z każdego jego słowa. Śmieszka – chichotka, głupia dziewczynka, nawijająca cały czas o nieistotnych i nieżyciowych głupotach. Denerwowało mnie jedynie to, że będę musiała udawać kogoś innego, wcielić się w rolę i bawić się w szczęśliwą nawet w dzień życiowego buntu i smutku, kiedy wkurza mnie choćby tykanie zegarka.

Wsiadłam do auta. Miałam o tyle dużo szczęścia, że akurat był mój dobry dzień. A w takich chwilach wpadam w niezły trans, w przejściowe szczęścio-wariactwo, mówię o wszystkim – nieskładnie, nie po polsku, jąkając się, rozkojarzając… Krótko podsumowując – jakbym była po zażyciu jakiegoś wspaniałego opium.
 - Zmieniam nastawienie – mówię, szczerząc się od ucha do ucha jak głupia do sera, patrząc się na Koksa, szukając u niego zrozumienia i jego oczu spod przeciwsłonecznych okularów (co z tego, że było pochmurno?). Nie zrozumiał, dopytuje się o szczegóły.
Wyjaśniam. Z początku tajemniczo, z czasem się rozkręcam. Przedstawiam swój poglad na świat: pesymizm, dekadentyzm, ogólne obawy, brak wiary w świat, beznadzieję każdego czynu. Dodaję kilka wątków filozoficznych, troszkę wszystko wyolbrzymiam, jąkam się… „Trzeba to zmienić” – kończę moją przemowę z szerokim uśmiechem, zastanawiając się – po co ja ci to w ogóle mówię? Patrzę na Koksa. Zrozumiał. Dało mu to do myślenia. Ściągnął okulary. Ruszyliśmy.
Swoją drogą przypadek mojej egzystencji i życiowych poglądów musi być faktycznie beznadziejny, skoro tak potrafi chwycić za serce obcego faceta.

Bo Koksa chwyciło.
Pomagał, opowiadał, radził, w razie potrzeby rozrysowywał. Spuszczał powoli z tonu. Oczywiście, przy pojawiających się błędach nadal ochrzaniał, ale zauważyłam, że taki ma już sposób bycia i nauczania. Wskazówki, jakie mi dawał bardzo mi pomagały. Fajka – bezbłędna. Manewry na ulicy – piękne. Jego wyrywkowe pytania z teorii – moje poprawne odpowiedzi… Rozkręcaliśmy się powoli. Rozmawialiśmy. W pewnym momencie Hardcorowy zaczął nawet sypać dowcipami, co mnie bardzo zadziwiło. Tym bardziej, że jego dowcipy były zabawne i naprawdę smaczne. Sam z siebie przedłużył mi też jazdę z dwóch do trzech godzin, bo „tak dobrze mi się z tobą jeździ”.

Następnym razem troszkę się zdenerwowałam. Nie miałam humoru, więc i ochoty na udawanie pokręconej nastolatki też nie. Na szczęście nie musiałam się w nią wcielać. Byłam sobą, Koksu był sobą. Było dobrze, jeździło się fantastycznie.

Za każdym razem potrafię go nieźle zdziwić. Diametralnie zmienił do mnie stosunek, kiedy dowiedział sie, że aspiruję na medycynę. Gdy podzieliłam się z nim moim tematem na ustny polski również zmarszczył czoło w akcie wielkiego zdziwienia. Ocenił: ambitnie. Nie wiem dlaczego, mój temat  jest banalny; ale w porównaniu do pracy jego syna może być faktycznie czymś godnym podziwu…

Wjeżdżamy na rondo, z którym zawsze mam problem. Zatrzymuję się, choć mogłabym jechać. „Gazu, Zuza! Gazu!” – woła Hardcorowy. Ale że kto? Że co? Że ja? Przecież ja nie Zuza! Stoimy więc dalej…
Ale mów do ręki. Mam dziwne imię. Za długie. Nawet nie da się go normalnie wypowiedzieć… Tak twierdzi Koksu. Nie wiem, w czym problem. Moje imię jest tradycyjne, starodawne, jednak rzadko spotykane wśród osiemnastoletnich i młodszych dziewcząt. Szanowna wyszukiwarka Google nie wynajduje żadnej znanej kobiety w Polsce o tym imieniu… Ale za to jego męski odpowiednik jest znany wszystkim, choćby pod postacią najlepszego polskiego aktora czy ważnej osobistości muzycznej… No ale nic. Ochrzczono mnie „Zuzą”. Możecie mi tak mówić.
A Koksu wygląda jak Koksu, bo za swych pięknych młodych lat należał do policji, więc musiał odstraszać posturą złodziejaszków i innych takich…

Przewieźliśmy pół miasta – do pracy, do domu, do sklepu… CPN odwiedziliśmy jeszcze z milion razy „na siku”, ale przymrużyłam na to oko. Jest przyjemnie i miło. Polubiłam Koksa. Szkoda, że dopiero teraz, kiedy pozostały mi cztery godziny do końca kursu. A o egzaminie nawet nie myślę…

Pozdrawiam i życzę miłego tygodnia,
Zuza

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii O mnie

 

Gazu, Zuza! Gazu! cz.1

23 wrz

Pamiętacie jednego z moich instruktorów, niejakiego Pana X (nie raczył się przedstawić), z którym zakorkowałam główną ulicę w Mieście? Na którego narzekałam ile się tylko dało? Gruboskórny, ekscentryczny, głośny, obojętny?
 - Chyba jechałam za bardzo środkiem jezdni…
 - Co? Aa… nie wiem. Zapatrzyłem się w krajobraz.
Pamiętacie? Taki był z początku. Później znaleźliśmy wspólny język, kiedy to rozmawialiśmy o wszystkim: o polityce, o służbie zdrowia, szkolnictwie i o wszystkim innym, czym żył świat w bieżących dniach. Było jeszcze lepiej, kiedy sama wytykałam sobie błędy dotyczące jazdy, bo byłam ich świadoma. Wtedy stałam się koleżanką pana Henia, bo tak miał na imię.

Wspominałam swego czasu o innym instruktorze, który siedział na urlopie i, choć widziałam go raz przez trzy minuty, tęskniłam za nim. Czekałam, aż zjawi się w ośrodku i może mnie przygarnie… Oczywiście, było to daleko przed zmianą stosunku do pana Henia. Skończyły się wakacje, zaczęła szkoła. Czekam na moją eLkę. Podjeżdża. W środku wyżej wspomniany pan po urlopie. W głębi poczułam ukłucie – przecież z panem Heniem nie było tak źle…

Wsiadłam do auta. Krótkie przedstawienie się i gadka – szmatka, poczas której uznałam, że będzie się nam dobrze współpracować. Pan ów strzelał anegdotkami, żarcikami, było dobrze… W dodatku był o wiele młodszy od moich poprzednich instruktorów, co – przyznam – plusowało.

Minęło pół godziny. Jeździliśmy, a mój nowy instruktor zmienił charakter swych wypowiedzi. Wypowiadał się tak, jak lekko podchmielony młodzieniaszek, który poszedł do baru na podryw lasek. Typ faceta: co to nie ja! Cwaniaczek, pewny siebie – to, co powiedział, miało być przeze mnie uznane za śmieszne i, jednocześnie, godne podziwu. Czułam zażenowanie. Nie ciepię takich facetów! „Ile ty właściwie masz lat?” - chciałam spytać, bo dosłownie przypominał mi mojego brata, 16 lat starszego, który zachowuje się podobnie, kiedy chce mnie mocno wkurzyć. Nie będzie mi tu nikt podskakiwał. W chwilę zmieniłam do niego stosunek i postanowiłam nie reagować na jego słowa. Wyczuł to, więc przestał się odzywać.

Przejazd kolejowy. Szlabany opuszczone. Długa kolejka. Stoimy 7-8 minut… Odezwaliśmy się do siebie? Pewnie, że nie. Ach, czułam się zirytowana i to cholernie! Stukałam nerwowo palcami po kierownicy (nawyk po pianinie) i czekałam, kiedy to szanowny pan się odezwie. „Jak dobrze, że dzisiaj piątek…” – westchnęłam, żeby zacząć jakiś temat. Temat, skubany, bez echa wyleciał przez okno…

 - Pojedziemy na stację paliw – rzekł.
 - Przecież mamy pełny bag – powiedziałam, niby od niechcenia.
 - Muszę siku.

Jestem ciekawa, jaką musiałam mieć wtedy minę. Wkurzył mnie facet cholernie! Nie dość, że się spóźnia 10 minut, to jeszcze chce mi zabrać dodatkowy czas, bo siku!  Cholera, za co ja płacę?! Ale co ja mogłam? Pojechaliśmy na cpn. Wyszedł i zostawił mnie w aucie samą. Odprowadziłam go wzrokiem.
Jego postawa i budowa ciała mówiła: „Dziecinko, gdyby nie to, że muszę siedzieć z tobą w tym zapyziałym, małym klijaku i piec się w nim jak na rożnie, to już dawno byłbym drugim Pudzianem albo robiłbym karierę wielkiego Hardcorowego Koksa. Masz pojęcie?„.

 - Pojedziemy do miasta odebrać syna ze szkoły.
O, zdziwienie numer jeden. Pan Koksu ma dziecko! Nie, nie będę się obwiniać, że to przeze mnie kariera super napakowanego sportowca przeszła mu koło nosa. Przecież to zazwyczaj dzieci stają na przeszkodzie realizacji planów swoich rodziców. Co prawda, częściej stają na drodze swym ambitnym matkom, ale w końcu ten świat przewraca się do góry nogami i nie omieszkam stwierdzić, że dziecko potrafi pokrzyżować plany również ojcu.
Hm… czyli ucząc się jeździć autem będę załatwiała pańskie sprawy, tak? No okej. Wynajduję usprawiedliwienie: pewnie synuś młody, z podstawówki, bojący się wsiąść w autobus i samodzielnie wrócić na drugi koniec miasta do domu. Zdziwienie numer dwa: Hardcorowy Synek wątłej postury, tak jak ja, stoi przed trudnym wyborem kierunku studiów narzekając na szkołę i zbliżającą się maturę. Hm… kiedy Koksu majstrował tego synalka? W wieku 14 lat? – przeszło mi przez myśl.

Jeździmy już sami… Tematów do rozmowy brak. Zagaduję o syna: a jakie przedmioty na maturze, a jakie studia, a jaki temat na ustny polski…? „Nie wiem”, „może”, „aha”, „no tak”. To sobie pogadaliśmy.

Druga jazda z moim Koksem. Ale się żarliśmy! Co dwie minuty mnie ochrzaniał, oczywiście za byle co. Cholera, przejechałam 18 godzin, nikt na mnie nie narzekał, nie ochrzaniał, póki nie pojawił się on, temperując mnie przy każdej nadarzającej się okazji. Wzięłam sobie do serca słowa moich wcześniejszych instruktorów: ma pani prawo robić błędy. Prawo, a nawet obowiązek. W końcu po to tu razem jeździmy, by mogła uczyć się pani na swoich własnych błędach; a ja będę pani pomagał. Koksu zasady tej nie stosował, więc byłam skazana na ochrzan z prawa, z lewa i ciągle powtarzające się: pytanie no i po co to robisz?!

Spotykamy się kolejny raz. Zmieniamy auto. Skodzinka, diesel. Wiadomo, jeździ się inaczej. Siedząc po raz pierwszy za kółkiem takiego auta byłam narażona na nieustanne uwagi Koksa, które doprowadzały mnie powoli do szału. Jedziemy na plac poćwiczyć fajkę. Zostawił mnie samą w aucie i „jedź” – mówi. Okej, dwa tygodnie przerwy od ostatniej fajki, nowe auto, którego jeszcze nie czuję i mam jechać. Logiczne, ani razu mi nie wyszło. Czego to ja się od niego wtedy nie nasłuchałam! Głowa mała! Czułam się podle. Czułam się upokorzona. Jak cholera! Nie będzie mnie facet poniżał. Wyłączyłam silnik. Koksu podbiega ze skruszoną miną:  co się stało?
 - Przerwa. Dupa, sałata! Nigdzie nie jadę!
„Wkurzasz mnie facet. Jak ty się w ogóle zachowujesz? Ile ty masz lat? Dlaczego mi pojeżdżasz? Myślisz, że to jest przyjemne? Jeszcze nie umiem dobrze jeździć, a chcesz, żebym zasuwała jak Kubica? Myśl facet realnie, do cholery, bo jak ja się odezwę i zacznę tobie pojeżdżać, to dopiero zobaczysz!”. Tak, to jedna z moich głupich zasad: jaki ktoś dla mnie, taka ja dla niego.
 - Obraziłam się! 
To mało powiedziane. Aż zachciało mi się ryczeć! A przecież płaczę tylko w towarzystwie rozkrajanej cebuli…
 - Na mnie? – pyta z zatroskaną miną.
 - Nie, na fajkę! – krzyknęłam sarkastycznie.
Struchlał. Po dzisięciu minutach przerwy wsiadłam za kierownicę i pojechaliśmy na miasto.

 - Zmień go – doradziła koleżanka.

Wieczorem usiadłam z kubkiem gorącej kawy i przemyślałam parę spraw. Może to nie z nim jest problem, tylko ze mną? Postanowiłam zmienić nastwienie i dać gościowi drugą szansę…

Depeche Mode – Nothing\’s Impossible

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii O mnie

 

Teoria weekendowa

18 wrz

„Weekend powinien trwać conajmniej trzy dni albo w ogóle”. Teoria stworzona po ciężkim poniedziałku, kiedy to zazwyczaj pracuję w kopalni…

Coma – Zbyszek

 

Blogowanie (nie) na ekranie

15 wrz

Cały tydzień kontempluję nad życiem, swoim środowiskiem, ludźmi, którzy coraz bardziej mnie dziwią i irytują, nad sytuacjami, w których się znajduję, podejściem do życia i innymi „amibtnościami”, którymi chcę podzielić się z Wami w najbliższy weekend. Przychodzi piątek, a wraz z nim totalne odmóżdżenie – o czym to ja chciałam pisać?

W szkole spokojnie, do przodu. Do dziennika wpadła pierwsza piątka i to, o dziwo, z angielskiego. Nikt nie jest zachwycony współpracą z nową nauczycielką, ale nic nie możemy zrobić. Nawet szczerze rozmawiając z nią o naszych obawach lub proponując inny sposób sprawdzania naszej wiedzy, nic nie możemy wskórać.

Z prawka mam wyjechane już 20 godzin. Złapał mnie kryzys. O prawku powinnam napisać osobną notkę, bo to, co się dzieje na jazdach przechodzi moje, powiedzmy: ludzkie pojęcie, dzięki czemu chodzę zasępiona, zła, złośliwa, cyniczna, arogancka i… mogłabym tak długo wymieniać. Ale zawsze włącza mi się takie zachowanie w połączeniu codzienności ze szkołą.

Wczoraj, po raz pierwszy od zerwania „bycia – niebycia” z Pięknym rozmawiałam z jego matką, przypadkiem. Była dla mnie życzliwa, miła i sympatyczna, zgadzała się z każdym moim zdaniem (nadawałam jak najęta; wizja niezręcznej ciszy, która mogłaby zapaść, zabijała mnie od środka), co monstrualnie mnie zdziwiło. Oczywiście, poruszyła temat swojego syna. „Zaczęło się” – pomyślałam. Ale mówiła niewiele. W końcu zrujnowałam mu życie, więc po co miałabym o nim cokolwiek się dowiedzieć? „Proszę pozdrowić wszystkich w domu!” – rzekłam na pożegnanie, bo kulturka i szacunek bez względu na wszystko musi być. Jestem ciekawa miny Pięknego na wieść: „Masz pozdrowienia od Smutnej Dziewczyny”. E tam, przejmuję się głupotami.

To tyle. Mało ambitnie, tak jak uprzedzałam. Pozostaje mi chyba tylko kupić zeszyt i pisać na bieżąco, w każdym miejscu, w każdym czasie i podzielić się z Wami ewentualnymi smaczkami.

Miłego tygodnia!

 

Myslovitz – Ukryte - rozklejam się…

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Biol-chemowe rewolucje

08 wrz

Okej. Pierwszy tydzień szkoły za mną. Zmienili nam kilka istotnych rzeczy, co wzbudziło we mnie przeróżne emocje. W pierwszej klasie mieliśmy po 7-8 godzin dziennie. W drugiej – doszły fakultety (skrótowo: faki) z biologii i chemii, więc godzin było po 8-9. W tym roku miła niespodzianka… Codziennie po 6 lekcji + faki dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Pierwsza nasza reakcja na nowy plan: co my teraz będziemy robić z taką ilością wolnego czasu? No tak, wystarczyło pochodzić do szkoły przez kilka dni, by nauczycielki od matmy i polskiego chciały nam wsadzić po 45 min ”nieoficjalnych” faków, najlepiej na godzinie ósmej czy dziewiątej… Piękna sprawa.

W tygodniu po powrocie ze szkoły przemyślałam sobie kilka spraw. Faktycznie, 34 godziny + te dodatkowe to i tak mało w porównaniu z przeszło 40-toma w zeszłych latach. Jaka ja byłam szczęśliwa! „Nie będzie tak źle” – stwierdziłam i odetchnęłam z ulgą… Nie na długo.

Oczywiście, dwa lata angielskiego z jedną nauczycielką to za dużo. Trzeba było więc nam ją wymienić. Przyszła kobieta po rocznym macierzyńskim, z którą mieliśmy raz zastępstwo w pierwszej klasie. „Uczniowie z nią pewnie mają ciężko” – stwierdziłam wtedy. Teraz ja, będąc jej uczennicą, mam z nią ciężko:
-Co lekcję będę pytać – oznajmiła.
-Ee… - klasa się oburzyła. Jesteśmy podzieleni na trzy grupy; każda ma zajęcia z innym nauczycielem. Grupa najbardziej zaawansowana przerabia już jakiś akademicki podręcznik (poziom hard), jest pytana ile wlezie, pisze kartkówki ze wszystkiego, co możliwe i poza angielskim nie ma nawet czasu na tak ważną biologię i chemię. My, jako grupa średnio zaawansowana, przez całe lata nie robiliśmy nic. Lekcja angielskiego polegała na spaniu i odpowiadaniu jednym zdaniem (przez sen) na pytanie nauczycielki, kartkówki były zapowiadane, sprawdziany umieszczone w internecie – kto cwany, ten nauczył się odpowiedzi na pozytywną ocenę. Na angielskim, oczywiście, był też czas na naukę tak ważnej biologii i chemii. Jednym słowem – maniana ile wlezie. A teraz przyszła nowa i robi rewolucje.
-W czym problem?
-Nigdy nas z angielskiego nie pytali… - westchnął ktoś z klasy.
-To trzeba to zmienić – odpowiedziała spokojnie i z uśmiechem nowa pani psor.
Tak. Teraz każdy z nas miał w głowie wizję naszej nauki angielskiego: będziemy harować niczym grupa zaawansowana, biola i chemia zejdą na drugi plan i nastąpi wielka, angielska apokalipsa. Oczywiście, moje przerażenie na myśl o pytaniu z tego przydmiotu jest o wiele większe niż innych – oni byli przepytywani w gimnazjum, a nawet w podstawówce… A ja? Przez całych 12 lat mojej przygody z tym językiem nie miałam czegoś takiego jak „odpowiedź ustna”. Leżę i kwiczę ze strachu.
Kolejna lekcja angielskiego na następny dzień. Robimy zadania powtórkowe, żeby „sprawdzić, jak sobie radzicie, miśki”. Po dwóch latach okazuje się, że potrafimy niewiele. „Oj, dużo pracy nas czeka, miśki, dużo…”. I znów, leżę i kwiczę. Zmian im się zachciało, cholera. Na ostatnią chwilę, przed maturą…

Chemia. Chemię trochę olewamy, bo pani psorowa nie wymaga wiele. Wykłada dobrze, ale nie pyta, nie robi kartkówek (chyba że zapowiedziane i krótkie), ani nic. Za to sprawdziany są prze-trudne. Nasza nauka chemii wygląda więc tak, że cały długi czas nie robimy nic, uczymy się dopiero na kilka dni przed sprawdzianem, dostajemy złą ocenę, lamentujemy przez kolejne pół roku i zapisujemy się całą klasą na korepetycje. Wyrywanie do odpowiedzi ustnej przez chemicę jest świętem narodowym – przez całe trzy lata spyta raz, na ogół w pierwszej klasie, żeby nastraszyć. Chyba jeszcze nie zdarzyło się w historii szkoły, by spytała dwa razy. Tak było do tej pory…
Teraz kartkówek zapowiadać nie będzie. Będzie robiła je częściej. Będą one trudniejsze. Takie, owakie… O pytaniu nic nie wspominała, ale kto wie, co jej tam w głowie siedzi. Wszyscy: spina. I znów wielkie zmiany. W ostatniej klasie. Teraz, kiedy jesteśmy przyzwyczajeni do innego trybu nauki, mamy przestawić się na regularne sprawdzenie znajomości. No szlag by to trafił! Mam nadzieję, że tylko chce nas przestraszyć, jak to na początku roku.

Biologia. W drugiej klasie na lekcjach biologii przerabialiśmy materiał na bieżąco, a na fakach robiliśmy jego kontynuacje. Teraz to się zmieni. Na lekcjach: materiał; na fakach: powtórki. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że będziemy odpytywani z faków! No, tego już za wiele. Najlepsza jest środa: cztery biologie – dwie lekcyjne, dwie fakultatywne. Dlatego trzeba będzie się nauczyć raz: z roślinek, zwierzątek, ekologii i innych głupot i drugi raz na faki: powtórka z człowieka. No, niezłe byłoby zamieszanie, gdyby spytała w środę jedną osobę i z jednego i z drugiego. Po kilku tygodniach powtórek: sprawdzian fakultatywny. No pięknie. Biologia na dwa fronty: na bieżąco i wspominkowo… Szlag mnie trafia na samą myśl.
O lekcji biologii, jej organizacji, nauczycielce i jej języku mogłabym napisać esej, felieton albo pracę magisterską z pedagogiki (no, przesadziłam może troszkę). Każdy ponurak (nawet ja) jest w stanie uśmiechnąć się na bioli chociaż raz. To jedyna rzecz, która przyciąga mnie do sali biologicznej.

Jest jeszcze wiele zmian, ale po co zaprzątać Wam głowę takimi bzdetami… Wiem, że to wszystko jest dla naszego dobra, ma nam pomóc pięknie zdać maturę i dostać się na medycynę (co za ambitna klasa! Tylko dwie osoby wiążą przyszłość z czym innym!). Ale… czy nie za późno na takie zmiany? Trzeba było tak zacząć od początku, a nie na pięć minut przez maturą. Na weekend mam zadane milion zadań z angielskiego („Przecież zanudziłabym się na śmierć robiąc z wami te wszystkie ćwiczonka na lekcji”) oraz masę nauki na środowy sprawdzian z fizjologii roślin.
Trochę wyolbrzymiam, jak zwykle… Zaczęłam narzekać, żadna nowość… Ale co mam zrobić? Kurczę, trzeba spiąć ten tyłek i dać z siebie wszystko. Bo w końcu skoro inni mają dać sobie radę, to dlaczego niby nie ja?

Coma – Los cebula i krokodyle łzy - piosenka napełniająca optymizmem. Na siłę jej słucham, żeby przeprowadziła również jakieś rewolucje w mojej głowie, dotyczące powyższych zmian i wbiła mi do tego zakutego łba, że dam radę!

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Do celu

01 wrz

Mamy pierwszy września. Mogłabym się roztkliwiać na temat wakacji, zrobić podsumowanie: co, gdzie i jak. Ale po co? Planowałam powtarzać do matury, co niezbyt się udało… Planowałam spędzić czas na rowerze, który ożył po zimie dopiero w połowie sierpnia… Nie ma o czym mówić. Mogłabym też nawiązać do rocznicy, jaką obchodzi dzisiaj nasz naród – wybuch II wojny światowej – ale razem z pójściem do liceum moja miłość do historii wygasła całkowicie, więc o tym też nie będzie.

Już po jutrze zaczyna się rok szkolny. Dziwię się, jak spokojnie przyjmuję to na klatę. Przyzwyczaiłam się, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Nie ubolewam nad końcem wakacji. Gdzieś tam po cichu nawet się cieszę: wróci normalny rytm dnia, moje myśli wrócą na odpowiednią drogę, spotkam znajomych z klasy (choć zastanawiam się, czy powinnam się tym cieszyć), będę miała zajęcie… Wiem, że nie minie dużo czasu, kiedy zacznę ubolewać nad tym, ile to będe miała zadane na kolejny tydzień, ile będę miała zajęć, jak mało będę miała czasu dla siebie (mogę go wykluczyć już nawet dziś). Czekam na zimę, kiedy co roku dopada mnie kryzys: będę wychodzić rano z domu w towarzystwie księżyca oświetlającego moją drogę do szkoły i… ze szkoły. A wieczorem będzie na mnie czekał w tym samym miejscu co rano i będzie przysłuchwiał się mym przekleństwom na świat, na szkołę, na szybko upływający czas… Ale chyba tego potrzebuję. Z roku na rok to stało się moją osobistą tradycją…

Na nowy rok trzeba postawić sobie cel. Mogę powiedzieć: biorę się ostro do roboty i nie będzie to, jak w przypadku innych, jakaś ściema. Co roku sobie to powtarzam, co roku to wypełniam, od samego początku, od pierwszego tygodnia września. Jaki cel na ten rok? Oczywiście – matura. Bardzo dobrze zdana matura. A potem odpowiedni wybór studiów…

Będąc na wakacjach na początku sierpnia odwiedziłam pobliski medyk (o czym już wspomniałam). Postanowiłam dowiedzieć się wszystkiego, co każdy maturzysta wiedzieć powinien. Dział Promocji i Informacji; ja – głupia gęś: proszę mi wszystko powiedzieć na temat rekrutacji. Kobieta za biurkiem była sympatyczna i wszystko po kolei wytłumaczyła, za co byłam jej stokrotnie wdzięczna. Dowiedziałam się tego, czego chciałam; dostałam ulotki promocyjne i zostałam zachęcona do udziału w warsztatach medycznych promujących uczelnię, w listopadzie.

Dowiedziałam się, że biorąc pod uwagę punkty z moich próbnych majowych matur, zmieściłabym się w tym roku w progach. O, jaka byłam szczęśliwa, jak sobie wszystko przeliczyłam. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że przecież mieszczenie się w progach to tylko 10% sukcesu. Kolejne 80% to przecież jak najlepsze zdanie maturki, by być jak najwyżej ponad progiem i dostać się na uczelnię bez żadnych komplikacji. Pozostałe 10% to łut szczęścia… Szczęście odgrywa tu ważną rolę: przede wszystkim w dni matur, a potem w dzień opublikowania list zakwalifikowanych na studia… No, szczęściu powinnam jednak przydzielić więcej punktów procentowych składających się na sukces dostania się na medycynę; kosztem jak najlepszych wyników.

Kupiłam zbiory zadań z biologii i chemii. Będę ćwiczyć, ile wlezie. O ile nie zapomnę, o ile będę miała chęci, o ile będę miała czas… A muszę go mieć.

Dlaczego medycyna? Nie jestem jeszcze na nią całkowicie zdecydowana, ale… Urodziłam się z przeświadczeniem, że muszę naprawić świat, w jakikolwiek sposób. Głupie, prawda? Trzeba coś zrobić. Trzeba coś zrobić dla ludzi… trzeba im pomóc. Jak?  Zostać lekarzem, z krwi i kości, prawdziwym, a nie odbębniającym swoją pracę, byleby mieć pieniądze, robiąc biednych i schorowanych ludzi w konia.  A pieniądze przecież nie grają tu żadnej roli… Jak w ogóle można o nich myśleć mając w ręku odpowiedzialność za czyjeś zdrowie, za życie, za ludzkość? Cholera…

Trudno jest dostać się na medycynę. Ale nie ma rzeczy niemożliwych - i tego się mocno trzymam. Jak się nie uda, to na następny rok przystapie do matury kolejny raz. Albo opadnę z sił i zatracę się w beznadziejności po ciężkim roku pracy, który jest przede mną. Kiedy ktoś pyta, co planuję, odpowiadam, że nie wiem. Nie będe nikomu nic rozpowiadać. W ostateczności pójdę na dziennikarstwo, czym wybraniam się podczas tych niezręcznych pytań o przyszłość. Ale to nie to samo… Trzeba wziąć się w garść, zacisnąć zęby i dać w tym roku z siebie jak najwięcej. Muszę osiągnąć cel, jaki sobie wyznaczyłam. Albo spróbować chociaż…

Snow Patrol – Run

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 
 

  • RSS