RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2012

O niczym

29 sie

Podczas drugiej jazdy, którą odbyłam z samym Szefem, od razu wyjechaliśmy na ulicę. Troszkę pokręciliśmy się po Mieście, później po przedmieściach, aż w końcu sama dojechałam do swojego własnego domu (ok. 13 km).  Nie umiejąc skręcać w lewo, jechaliśmy do przodu tylko po to, żeby zawrócić tak, by skręcić w prawo. Oczywiście, stres ogromny, ale mniejszy niż za pierwszym razem. Patrzyłam w lusterka, wyczuwałam spokojnie prawy bok samochodu, nie było źle – wręcz przyjemnie.
Trzecia jazda z jeszcze kimś innym (z racji nawału urlopów przez jakiś czas tak będzie…). Facet się nie przedstawił, mówił głośno, jakby krzyczał, dopiero później się uspokoił, kiedy okazało się, że dużo wiąże go z moją miejscowością. Jednak potrafił opieprzyć – nie za mocno, ale że jestem dość wrażliwą osobą, jazda z panem X nie przypadła mi do gustu.
Z racji końca wakacji umówiłam się z Szefem, bym przez ten tydzień mogła wyjeździć jak najwięcej godzin (na ogół od września do czerwca nie wyciągam nosa z domu). Pluję sobie w brodę, że nie zaczęłam kursu na początku wakacji. Ale tyle w moim Mieście jest ośrodków szkolenia kierowców, że na nic nie potrafiłam się zdecydować (norma). A teraz będę musiała cierpieć i rozdwoić się we wrześniu na szkołę i na jazdy… O ile jeszcze nie w październiku… Dlatego dzisiejsza jazda (miałam nadzieję, że z panem Grzesiem) odbyła się w towarzystwie… wcześniej wspomnianego pana X, z którym niestety jestem umówiona również na jutro. Ale nie mogę narzekać; moja to wina, mogłam się wcześniej zapisać i jeździć z jakimś fajnym instruktorem przed jego urlopem…
Z samochodem coraz lepiej. Emocje opadają, patrzę w lusterka, widzę, co i jak. Ruszanie też lepiej idzie, ćwiczę fajkę, jest dobrze. Pomijając fakt, że zablokowałam dzisiaj jedną z głównych ulic w Mieście, chcąc ruszyć na skrzyżowaniu z trzeciego biegu, a nie z pierwszego (nieświadomie! dodam). No, ale pan X nie umiał mi nic na ten temat powiedzieć (sam się zagapił), więc staliśmy tam tak od końca czerwonego światła do końca… kolejnego czerwonego.
Z panem Grzesiem widzieliśmy się przelotnie i dziś i wczoraj. Wzajemnie ubolewamy nad tym, że nie jeździmy razem i być może nie będziemy, bo pan pochodzi z miejscowości oddalonej 60 km od Miasta i dojeżdża jedynie na określony czas… Pan Grześ gratulował wyjazdu na ulicę; zdziwił się, kiedy usłyszał, że pojechałam sama do domu i natchnął mnie swoim dość specyficznym optymizmem. Dobry z niego człowiek.

Na dniach weszłam do marketu. Przy kasie stał Piękny. Widział mnie…? Nie widział…? Rozmawiałam z koleżanką. Zaczęłam więc mówić coraz głośniej, by wiedział, że tu jestem. Od razu uśmiech na twarzy typu „panie mój, jaka ja jestem szczęśliwa!” i filmowym krokiem ruszyłam w kierunku półek z towarami. Wiatr we włosach i zadowolona mina (jak ja dobrze potrafię wcielić się w rolę. Aż się sama sobie dziwię).  Tak, teraz mnie widział. Czułam na sobie jego wzrok, głęboko przeszywający… „Spokojnie” – podpowiedział wewnętrzny głos. Nie spojrzałam w jego stronę, mijałam półki jakby nigdy nic. Wyszedł ze sklepu…
Minęło już tyle czasu od naszego rozstania… a właściwie „końca naszego bycia – niebycia„. I dopiero wtedy, wybierając cukier do ciasta, po raz pierwszy nie poczułam nic: ani mocniejszego bicia serca, ani skrępowania, ani guli w gardle… tylko spocone ręce – ale to u mnie norma, nawet kiedy się nie denerwuję, nawet zimą… feler jakiś, biologiczny, neurologiczny…
I znów… tak jak w notce \”Zaopiekuj się mną… mocno tak…\” zrobiło mi się strasznie żal. Jeszcze nie tak dawno potrafiliśmy nazywać siebie miśkami, króliczkami, słoneczkami i innymi durnymi ksywkami, a dziś nawet nie potrafimy sobie powiedzieć głupiego „cześć”. Jedyne, co potrafimy to uciec wzrokiem w inną stronę, żeby nawet na siebie nie spojrzeć…

Za tydzień o tej porze będę dopiero wracać do domu  ze szkoły. Czuję się z tym źle. W końcu będę mogła nazwać siebie „maturzystką”… żołądek na samą myśl tworzy różne fikołki… Ale z drugiej strony – będę miała konkretne zajęcie, umysł wróci na właściwy kierunek myślenia oraz przetwarzania informacji i spokojnie przestanę rozpamiętywać dawne czasy czy myśleć o głupotach…

Snow Patrol – Called out in the dark - przyjemny głos i klip pomysłowy…

 

Czytam sobie tę notkę w celu sprawdzenia jakichkolwiek błędów i zawiązuje sobie pętle na szyi (Pesymisto, pozdrawiam Cię! :)) w karze za tak mało ambitny wpis o niczym. Kiedy nie będę miała weny ani czasu (od przyszłego tygodnia) takie notki będą pojawiać się częściej… Tak tylko, żeby dać Wam znak, że żyję… jakby to kogoś interesowało…

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii O mnie, Szkoła/studia

 

Sztuka poznawania ludzi

24 sie

Włączam telewizor, jakiś film. Na ekranie wyskakuje mi główny bohater czy bohaterka. W przypadku aktorów, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałam, zazwyczaj pierwszymi słowami na ich widok jest: „E… nic nadzwyczaj”. Oczywiście, chodzi o wygląd. Jestem dziewczyną, więc częściej reaguje tak na widok mężczyzn na ekranie, choć z kobietami również  dzieje się podobnie (najczęściej w celu pozazdroszczenia figury albo skomentowania zbyt szerokiego nosa). Dopiero podczas rozwinięcia fabuły i po zapoznaniu się z głównym bohaterem, przekonuję się do niego bardziej. Nawet jeśli jest złym charakterem, to i tak urzeknie mnie w nim coś, czego bliżej określić nie potrafię. Po zakończeniu filmu dochodzę do któregoś z wniosków:
- aktorka wcale nie ma tak szerokiego nosa jak mi się wcześniej wydawało. Nawet sama chciałabym taki nos posiadać;
- facet jest najprzystojniejszym i najlepszym pod każdym względem gościem pod słońcem i jadę do świętego, wielkiego, bogatego Hollywood, by go poznać (bez przesady, aż tak źle ze mną nie jest)!

Krótka historia, a jak dużo daje do myślenia. W codziennym życiu przy poznawaniu nowych ludzi patrzymy na wygląd – to normalne. Ale to, że na podstawie wyglądu ich oceniamy, normalną rzeczą już nie jest. Osobiście, prędzej podejdę na ulicy do faceta w garniturze niż w dresie z kapturem na głowie, przy czym wiem, że mogę nieźle się na tym przejechać. A gdyby dać sobie czas na kolejne sceny w naszym wspólnym filmie? Niech akcja toczy się dalej. Niech dresiarz stanie się czułym i wrażliwym na świat chłopcem, pan w garniturze wyluzowanym facetem, a ten brzydki człek, z pozoru nudny - najpiękniejszym i najciekawszym!

Czy tak trudno dać ludziom szansę na wzajemnie zapoznanie się, udzielenie pomocy czy choćby pogawędkę, bez względu na to, jak pokracznym lub pięknym ten ktoś by nie był?

Moim nowym, filmowym „nabytkiem” jest John Cusack. W nim zaintrygowała mnie uroda, a konkretnie wyraz twarzy – na ogół suchy i obojętny, ale…  Błysk w oku i odpowiednia fryzura (jak w jednym z filmów) przypomina mi w nim Pięknego. Hm… niby o nim zapomniałam, jednak z drugiej strony interesuje mnie prawie wszystko, co zawiera jakąś jego namiastkę, nawet przeze mną wymyśloną. Głupiam! Wracając do Cusacka - czy jest dobrym aktorem? Nie mogę tego stwierdzić po obejrzeniu tylko dwóch filmów z jego udziałem. Z charakteru pana nie poznam… Więc zamiast wzdychać do nieosiągalnych gwiazd, zamierzam poznawać ludzi bez względu na ich wygląd, zachowanie, status i takie tam… To dopiero pierwszy etap nowych znajomości, ale od czegoś trzeba zacząć. Nakręcę swój własny film.

 

Ha ha ha-mulec!

22 sie

Wyjechaliśmy gdzieś za miasto, zarośnięte tereny przecięte asfaltem i fragmentarycznie kocimi łbami. Zatrzymaliśmy się w cieniu, bo upał niemiłosierny. Krótki instruktarz, co jest gdzie, do czego służy, jak złapać, jak popchnąć, jak nadusić, po co użyć. Do tego opis czystej mechaniki – silniki, ośki, złączenia i inne takie, czego już nie pamiętam.

Wsiadam za kierownicę. 158 centymetrów żywego narzekactwa, pesymizmu, strachu i zapoconych rąk każe przysunąć mi fotel jak najbliżej kierownicy. Lusterka: bawimy się – lewe, prawe, lewe, prawe… wewnętrzne. Potem zabawa (z) pedałami. Wciskam jeden, drugi, trzeci… Oficjalny rozmiar stopy 38 każe podnosić mi ją mocno przy zmianie z gazu na hamulec i odwrotnie, co przy normalnej wielkości stopy polega na ustawieniu nieruchomo pięty i kręceniu śródstopiem w prawo i w lewo. Pasy, światła, cokolwiek jeszcze innego i Pan Grześ prosi włączyć silnik.

Pan Grześ spóźnia się na jazdę 10 minut. „To znak” - myślę sobie. Serce zaczyna bić miarowo, dłonie powoli usychają. „Może nie przyjedzie?” - żywię nadzieję. Patrzę na zegarek. „W sumie po co mi prawko? I tak nie będę jeździć w najbliższym czasie autem. No, to ja już sobie pójdę…” – podnoszę się z krawężnika, na którym siedziałam przy czym jednocześnie zza rogu wyjeżdża granatowa eLka. Dobra, serce znów wariuje, dłonie mokre, nogi z waty. Za późno na ucieczkę. Wsiadam. Krótka rozmowa zapoznawcza. Pan Grześ miły facet, więc i ja byłam miła. Od razu zdradziłam swoje obawy (w całym swoim życiu kluczyk przkręcałam jedynie w celu włączenia radia), żeby mnie na ulicę zaraz nie wypychnął i opowiedziałam troszkę o sobie. Niech wie, że niezbyt kolorowe podejście do świata plus stres i dno totalne w kwestii prowadzenia auta może sprawić, że wylądujemy na pierwszym drzewie. No, przy dobrych wiatrach na drugim…

Siedzę za kierownicą. Czas ruszać. Przekręcam kluczyk. Silnik chodzi. Uśmiecham się szalenie, Nobla mi! Sprzęgło jest, wchodzi jedynka i ruszamy… hm… lecimy do przodu! „Matko!” – krzyczę. Spróbować jeszcze raz, powoli… Poszło. Niezbyt czysto, ale jedziemy. Drugi Nobel dla mnie! „Dwójka” – rzecze Pan Grześ. No to dwójka! Jedziemy spokojnie, powoli. Trochę środkiem, więc instruktor pomaga wyczuć kierownicę i przekręca troszkę w prawo. Jedziemy, prawą stroną. To nic, że obijamy się o cienkie gałązki odstających krzaków. Zajechaliśmy do zatoczki. „Tu zahamuj lekko, kierownica w lewo i zawracamy”. No, krzywy manewr, wręcz pijany, ale drzewa stoją całe. Jadę podekscytowana jak dziecko na nowym rowerku, uśmiech od ucha do ucha, ręce kurczowo na kierownicy i do przodu. Troszkę wyluzowałam, ale nie daję nic po sobie poznać, bo faktycznie zaraz będzie kazał wyjechać mi na ulicę.

 - Mogę o coś spytać? – upewniam się, czy będzie mnie słuchał, bo zapowiadało się na dłuższą pogawedkę.
 - Pytaj – rzekł, a ja zaczęłam swój nieskładny, niepolski, dziecinny monolog (w transie tak mam). 
 - Bo ja tak właściwie nie wiem… Siedzę i nie widzę końca samochodu. To znaczy… początku. W ogóle maski nie widzę… To normalne? Tak samo nie widzę prawego boku auta, więc dostaje pan krzakami po głowie przez otwarte okno, ale środkiem też nie mogę jechać. Może faktycznie za niska jestem albo nieprzystosowana do jazdy? A poza tym… Mądra Księga (którą w chwili obecnej jest „Podręcznik kierowcy”) mówi, że jak wyprzedza się rower to najlepiej nie wyjeżdżać na przeciwległy pas, a zachować bezpieczny odstęp od rowerzysty, mniej więcej metr. I jak ja to mam zrobić, jak ja tu nic nie widzę? Pan też nic nie widzi, jak siedzi za kierownicą czy rzeczywiście tylko ja jestem niewymiarowa?

Oczywiście, poruszone kwestie stanowiły dla mnie nie lada problem, ale charakter zadanych pytań był czysto retoryczny. Między wierszami mej Wielkiej Improwizacji (Mickiewicz się w grobie pewnie przewraca) Pan Grześ miał wyczytać pytanie: „Ma pan pojęcie, że jego życie spoczywa właśnie w moich rękach?”. Pan pojęcia takiego nie miał. Ze stoickim spokojem i uśmiechem na twarzy odpowiedział na powyższe pytania, co niezbyt mnie zadowoliło. To, czego nie widzę, widzieć nie będę. Pięknie.

 - Chciałem cię dzisiaj wziąć na ulicę – zatrzęsłam się. – Ale widzę, że nie chcesz, to następnym razem, hm? – i jeździliśmy raz w jedną, raz w drugą stronę, do przodu i do tyłu. Silnik czasem gasł, co komentowałam piękną wiązanką: „dupa, dupa, dupa”. Instruktor nie miał nic przeciwko. Sam zaraz zaczął… dupczyć. :)

 - Dzisiaj jeszcze ogarynasz powoli co i jak. Patrzysz tam, gdzie nie powinnaś. Ale koło piątej, szóstej godziny będziesz jeździć już równie dobrze jak ja – podnosił na duchu, bo ujawniłam mu swoje pesymistyczne nastawienie do wszystkiego.
- Jak pan? – zdziwiałam się.
- Jak rajdowiec – rzekł. Aż podskoczyłam ze szczęścia.
- Jak Kubica? - wycedziłam przez mocno zaciśnięte uśmiechem zęby. Faktycznie, zrobiło się zaraz optymistyczniej.
- No bez przesady… – zgasił. W akcie rozpaczy cicho westnęchłam = skuliłam się do 150 cm i nie widziałam, co dzieje się w wewnętrzym lusterku. Niewymiarowa jestem na te jazdy!

Reasumując: prawy bok niewidoczny, więc jazda na czuja. Wszystko ładnie, pięknie, a dziś już nic nie pamiętam. Dodatkowo: ustawienie lusterek – ważna sprawa – ani razu do nich nie zerknęłam. Aż tak źle ze mną? Wychodząc na ulicę mam kradratowe oczy ze zdziwienia i z podziwu, jak to innym kierwcom ładnie się jeździ i jakie muszą mieć już doświadczenie…

Na zajęcia teoretyczne nie mogłam narzekać. Teraz, kiedy mam jakąs praktykę za sobą, wykłady są najnudniejszą rzeczą pod słońcem. Ciągnie do auta, choć sunęłam tylko czterdziestką (dobra, po ciuchu i tak uważam to za sukces :P ). Co tu więcej mówić? Żyję – a to chyba dobrze.

 

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii O mnie

 

Bezsenność, bezmyślność

19 sie

Od dłuższego już czasu idę do łóżka zmęczona nicnierobieniem, prawie utyrana jak koń po ciężkich pracach na polu,  mając załzawione oczy od nadmiaru ziewania. Kładę się. Powieki stają się lekkie, a ciało ciężkie, co uniemożliwia mi znalezienie odpowiedniej pozycji do snu. Oczy adaptują się do ciemności, robi się jasno. Sufit staje się ciekawy, podobnie jak ściany. Zegar tyka głośno jak tylko może. Mijają dwie godziny… Nie śpię. Nie śpię też przez trzecią godzinę. Biorą mnie wyrzuty sumienia: trzeba będzie to odespać, ale jak można tak zmarnować ostatnie dwa tygodnie wakacji? Zamykam oczy i próbuję zasnąć na siłę. Zasypiam… nie wiem sama kiedy. Chyba trochę przed świtem.

W głowie panuje pustka. Jakakolwiek pojawiająca się myśl dotyczy spraw przyziemnych. Tak przyziemnych, że aż ściska mnie w dołku. Dopiero zaczynam wakacje: znajdujemy wspólnie ze znajomymi czas na nadrobienie naszych zaniedbanych już kontaktów, wsiadam o zmroku na rower i krążę po okolicy z nadzieją, że stanie się coś niezwykłego oraz żałuję, że nastało to tak późno. Każdego roku o tej porze powoli szykowałam się do szkoły; teraz wymyślam, dokąd mogłabym jeszcze pojechać, co szalonego zrobić i czy zjeść śniadanie czy czekać na obiad…

Jednak z drugiej strony motywuję się niemiłosiernie. To ostatni rok w szkole, studniówka, matura, a potem studia i całkowicie dorosłe życie. A skoro zastanawiam się po cichu nad kierunkiem lekarskim – nauki będzie sporo, sporo i jeszcze więcej. Podczas ostatniego wyjazdu, o którym wspominałam, ruszyłam na pobliski medyk dowiedzieć się co nieco w temacie rekrutacji i organizacji studiów. Jak dobrze pójdzie to wszystko tu opiszę, choć jest tego i tak niewiele.

W dzień powrotu ruszyłam do Mojego Miasta i zaczęłam kurs na prawo jazdy. Jestem po dwóch wykładach, a od wtorku zaczynam przygodę za kółkiem – czego strasznie się boję. Nigdy w życiu nie prowadziłam auta!

Nie wiem o czym pisać. Jest pustka w głowie. A czuję się odpowiedzialna: i za blog, i za Was, którzy to czytacie. Miło jest zobaczyć, jak ktoś popiera moje zdanie albo i nawet nie, wymienia się myślami, wspiera i po prostu czyta… Dziękuję! :) A gdyby tak przedstawić Wam moją szkołę, panujące w niej obyczaje (nie jesteśmy normalną szkołą!) i ludzi do niej chodzących? Nie zanudzilibyście się?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii O mnie

 

Bilet w… jedną stronę?

06 sie

Pakuję najbardziej potrzebne rzeczy, „Lalkę” (zostało mi tylko 200 stron do końca!), podręcznik od biologii i o 18.00 wsiadam w pociąg. Co prawda, wyjazd tylko na kilka dni, ale muszę z niego zaczerpnąć pozytywną enrgię i siłę na nowy rok, bo być może jest to jeden jedyny wakacyjny wyjazd. Po powrocie zamierzam zabrać się w końcu za prawo jazdy i uczęszczając na przyspieszony kurs, skończyć go jeszcze w wakacje.

Od zeszłego tygodnia niewiele się wydarzyło. Norwegia wrócił do Skandynawii, zostałam sama z nielicznymi znajomymi, z którymi spotykam się na rowerowych wypadach, a w głowie pojawił się mętlik, dotyczący mojej przyszłości, a przede wszystkim studiów. Ale o tym już kiedy indziej…

Może podczas mojego wyjazdu spadnie na mnie jakiś grom z jasnego nieba i odmieni moje pesymistyczne spojrzenie na świat, choćby na chwilę…? Pozdrawiam ciepło!  :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii O mnie

 
 

  • RSS