RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2012

Zdradź ile razy się całowałeś, a powiem ci kim jesteś…

31 lip

Był listopad, może grudzień… Pierwsza klasa liceum, wszyscy po 16 lat. Jakaś luźniejsza lekcja albo zastępstwo: siedzieliśmy większą grupą przy jednej ławce i rozmawialiśmy. Etap poznawania ludzi aż do momentu spokojnego przebywania w ich otoczeniu, w moim przypadku, trwa bardzo długo, więc gawędziliśmy o sobie. Rozmowa zacieśniła się do dwóch kumpli – P. i K. Nawet nie pamiętam o czym konkretnie rozmawialiśmy, ale moja uwaga skupiona była na P., który – nie ukrywam – podobał mi się wtedy cholernie. K. jedynie mu towarzyszył…

 - I widzisz… tak to wygląda… – skończył swoje opowiadanie P. Zapatrzona w niego poczułam się nieco głupio, że rozmawiam tylko z nim, jakby reszta klasy nie istniała.

 - A jak to u ciebie wyglada? – zwróciłam się do K., żeby nie było…

 - Ach… – machnął ręką P. – K. to taka lama jest, że z nim nawet nie rozmawiaj… – spojrzałam więc na przyjaciela mojego boskiego P. Do dzisiaj K. jest prześladowany w naszej klasie, wszystkie żarty są o nim, ale to z miłości (mam fantastyczną klasę), a on to rozumie i cieszy się, że jest gwiazdą. :)

 - Dlaczego? – spytałam niepewnie.

 - Przecież on się nawet nigdy nie całował… – P. uśmiechnął się, pokazując swoje lśniące zęby.

Skończyłam rozmowę.

 

Od dawien dawna dzielimy ludzi na różne grupy społeczne, kulturowe,  na różne kategorie. Na bogatszych, na biedniejszych; na inteligentych, na nieco niepewnych; na innych i jeszcze innych… Ale żeby na wejściu skreślać kogoś tylko dlatego, że nigdy się nie całował? To już przesada!

Teraz wywewnętrznie się w eter… Jestem niepoprawną romantyczką. Romantyzm ten nie jest jakiś skrajny, ale nieco niemieszczący się w granicach. Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy idą na imprezę i całują się z zupełnie obcą osobą, której nigdy więcej w życiu nie zobaczą (bywa)… o wylądowaniu w łóżku nie wspominając. Nasze ciała i uczucia stają się towarem eksportowym, ale tylko na chwilę, by zapewnić przyjemność, a w najgorszym wypadku – by później żałować. A gdzie szacunek? Szacunek do drugiej osoby, a przede wszystkim (ujawniam swą duszę odrobinę egoistyczną) szacunek do samego siebie?  

DZIŚ: Zdradź ile razy się całowałeś, a powiem ci kim jesteś…

JUTRO: Zdradź ile panienek zaliczyłeś, a powiem ci…

Jestem w wieku, gdzie zaciera się dzieciństwo z dorosłością, a właściwie z chęcią bycia dorosłym. Seks również jest towarem eksportowym, najlepiej sprzedającą się rzeczą na świecie. Nawet w naszej Blogosferze najbardziej poczytalnymi blogami są te, które poruszają tematykę seksu. A w szkole? Tam też wielu rzeczy na ten temat się nasłucham: kto z kim, co robił, jak robił, itd… Również w szkole okazało się nawet, że ludzi można podzielić na „nieprzeruchanych i szczęśliwych”. Złapałam się za głowę…

Co się znami dzieje? Nie możemy być równi? Musimy być posegregowani? Ułożeni w odpowiednie szufladki?  Czy najsilniejszymi wyznacznikami naszej osobowości muszą być tak mało ambitne wartości? 

Mimo swojego wieku i wielu bliższych znajomości z chłopakami oraz przez wzgląd na swoje romantyczne zasady – nigdy się nie całowałam. Odpowiadając na powyższe pytania twierdząco, mogę jedynie stwierdzić, że w dzisiejszym świecie nic nie znaczę.  

 

Zaopiekuj się mną… mocno tak…

27 lip

Dopiero dziś zrozumiałam, jak smutne jest całkiem obojętne mijanie się na ulicy z osobą, z którą niegdyś byłeś w poważniejszych relacjach, miałeś wobec niej wielkie plany, z którą dzieliłeś wolny czas, a myślom o niej towarzyszyły motyle w brzuchu, którą dotykałeś, całowałeś, kochałeś… A teraz? Teraz jesteście nieznającymi się ludźmi, których nic już nie łączy. Nawet wspólna przeszłość, choćby ta krótka… Przykre.

 

„I prawie kochasz mnie i jesteś obok

Już nienawidzę cię, tak kolorowo…”  Rezerwat

 

Naprawdę nie dzieje się nic…

25 lip

Tak, nic się nie dzieje. Wieje nudą. Dlatego dziś notka ambitna, jak nic. Mogę tylko pochwalić się, że remont zapoczątkowany zaraz po długim weekendzie majowym osiągnął pierwszy punkt kulminacyjny – nowa łazienka skończona! Czekam tylko na resztę takich punktów – przede wszystkim na oddanie kuchni do użytku… Niestety, nie nastąpi to szybko, nad czym mogę tylko ubolewać.

Wróciła pogoda, opalam się trochę. Staram się wstawać wcześniej. Nadrabiam lektury, które przeczytałam w roku szkolnym tylko do połowy, by mieć jakiekolwiek pojęcie na sprawdzian. Norwegia siedzi cały czas w Polsce, wyciąga mnie na spacery, kolacje i inne bajery…

Ludzi do spędzania wspólnego czasu brak. Jedni połączyli się w pary, drudzy wyjechali, inni tylko imprezują, a jeszcze następni znaleźli pracę i szczęśliwie zarabiają… krocie. Wróciły głupie wspomnienia o Pięknym, przyszły wyrzuty sumienia, że zrujnowałam mu życie… No nic. W sierpniu wsiadam w pociąg, jadę w świat i sayonara everybody!

Pzdr.!

————————————————————————————————————————————————-

Dzięki za całkiem ładny odzew co do poprzedniej notki. Jakoś tak raz… ambitnie… wyszło. :) Ale pamiętajcie. Nie należy chwalić Smutnej Dziewczyny, bo jeszcze Smutna przeobrazi się w Wesołą i… co wtedy będzie?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii O mnie

 

Nie moje czasy

18 lip

Powinnam urodzić się 40 lat temu. A może i wcześniej. Źle czuję się w obecnym świecie. Jestem konserwatystką, sceptykiem, filozofem od siedmiu boleści – trudno przekonać mnie do nowości, wielkie rewolucje nie są dla mnie…

…notebook, palmtop, laptop…

…iPhone, iPod, iPad i inne „aje”…

…tablet, smartfon, PC, CD, DVD, PS, PS 2, PS 3… Mp2, Mp3, Mp4, Mp…

Co może wspominać na starość moje pokolenie? Siedzenie przed komputerem lub telewizorem, czy innymi powyższymi, dla mnie nic nie różniącymi się/znaczącymi rzeczami? Denerwuje mnie człowiek, który siedzi wieczorami przed komuterem zamiast z rodziną; który nie chodzi wspólnie z rodziną do kościoła ani na długie spacery; który nie poznaje świata, natury; który nie ma czasu na odpoczynek; który zatraca szacunek zarówno w sferze sacrum jak  i profanum; dla którego liczą się pieniądze, sukces, technologia, najnowsze gadżety (trzeba je mieć!), który… Mogę wyliczać w nieskończoność.

Chciałabym czekać na jakiś ważny list, na telefon raz na tydzień, na muzykę z płyt winylowych czy najprostszych kaset… Chciałabym nawet stać w skelpie kilka godzin w długiej kolejce ludzi, którzy trzymają  drogocenne kartki w ręku i czekają na upragniony towar… Chciałabym nosić ogromne fryzury i  kolorowe swetry z lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, posiedzieć z rodziną i wspólnie zagrać w karty lub scrable, słuchać „tamtej” muzyki w gronie znajomych, którzy są również jej fanami, grać w gry video, spalić papierosa raz, od wielkiego dzwonu ze strachem w oczach, by rodzic mnie nie przyłapał, wychodzić ze znajomymi, zacieśniać kontakty, bez grama alkoholu, bez tony wyuzdania, bez chorej konkurencji…

Gnamy do przodu. Za sławą, za pieniądzem. Wszyscy jesteśmy tacy sami, jak roboty. Choć garstka z nas sprzeciwia się temu choremu systemowi – nie możemy zrobić nic, jak wbić się w tłum w drogich garniturach czy w najlepszych obcasach od Armaniego czy innej cholery i gonić za wyimaginowanym szczęściem.  A póżniej? Później pozostanie nam wspomniać tę ciągłą pogoń i liczyć jej owoce na palcach jednej ręki… W innym przypadku, zachowując pewną autonomię,  wyginęlibyśmy jak dinozaury – szybko i na zawsze.

Im jestem strasza, tym szerzej otwierają mi się oczy.

Strachy na lachy – Chory na wszystko

 

 

Przyjaciel do końca świata

15 lip

Dziś trochę nieskładnie, leniwnie, może bez sensu. Jestem po trzynastogodzinnym śnie… Hm, też mi wytłumaczenie…

Cały piątek spędziłam z Norwegią. Pojechaliśmy do miasta, pochodziliśmy po sklepach (chciałam go troszkę wymęczyć, ale chłopak  nie dał się ponieść męskim, zakupowym emocjom), poszliśmy do kina… Oczywiście, nie obyło się bez komplementów i różnych życiowych przemów. Porozmawialiśmy. Dałam mu jasno do zrozumienia, że nie jestem dla niego odpowiednią dziewczyną Zrozumiał. To znaczy… powiedział, że zrozumiał, w co wątpie. Jesteśmy przyjaciółmi. Tak ustaliliśmy, choć wiem, iż to zbyt duże słowo. Dzień zakończyliśmy na rodzinnym grillu u jego wujostwa. Rozumiem, że to tylko podchmielone gadanie męskiej części jego rodziny: że chodzimy ze sobą, że wrócę z nim za granicę, itd… ale tak na dobrą sprawę, kto wie, co oni tak naprawdę między sobą… o „nas” myślą?

Nikt z moich znajomych nie wie o prowadzeniu przeze mne bloga, jednak gdzieś głęboko tkwi we mnie strach, że ktoś tu zajrzy i dowie się czegoś, czym nie chce dzielić się ze swoim środowiskiem. Dlatego tyle na dziś, jeśli chodzi o spotkanie z Norwegią.

Zauważył, że mam inną fryzurę. Kiedy odjeżdżał, miałam długie, prawie po pas, włosy. Teraz sięgają ledwo karku. Wiele razy słyszałam pytanie: dlaczego? Nie szkoda ci było? W piątek również… ”Ach, wiesz… Rozejrzyj się dokoła. Prawie wszystkie dziewczyny mają długie włosy. To nudne…” – rzekłam. Oburzył się. Nie, nie będę mu przecież się tłumaczyć, że moim skromnym zdaniem najbardziej pociągającymi częściami ciała kobiety są barki, obojczyki i szyja. Mając długie włosy zawsze starałam się je upinać eksponując to, co uważam za najpiękniesze. Ale zawsze brakowało czasu albo precyzji w tworzeniu jakichś oficjalnych czy nawet zawadiackich koków. Ścięłam i czuję się z tym dobrze, choć wielu ludzi obok mnie zareagowało na to, podobnie jak Norwegia, oburzeniem. I są nadal oburzeni, choć od rewolucyjnej pracy nożyczek minęło dokładnie 10 miesięcy.

Ponoć długie włosy są przyjęte jako największy atrybut kobiecości. Dobrze, niech są. Osobiście, wolę być „inną” niż „każdą”.

Obiecałam Norwegii, że będę czekać na telefon, by ponownie się umówić. „W końcu to nie do pomyślenia, żebym wpadł do Polski na tak krótko i widział cię zaledwie jeden raz!” – powiedział. Dobrze. Po cichu uciekam od telefonu i drżę z przerażenia na dźwięk dzwonka.

Tu piosenka, której słucham od kilku dni. The Cuts – Telefon Kurczę, jakbym go słyszała. Mam się czym przejmować, co nie?

Miłej niedzieli!

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii O mnie

 

Morze, odwiedziny Norwegii i niezręczny czas…

09 lip

W sobotę byłam w Sarbinowie. Wielu ludzi dokoła mnie stale zachwalało tę miejscowość, więc nie ma co. Zakasałam rękawy i pojechałam! Tak, teraz ja wszystkim zachwalam Sarbinowo. Centrum miejscowości, promenada i plaża blisko siebie, jak rzut beretem. Na dłuższy wypad trzeba będzie się wybrać właśnie tam! Jedyne, co mi się nie podobało to deszcz, który całkowicie mnie zmoczył i odciął całe pół godziny czerpania przyjemności z wakacji, każąc stać bezczynie  pod przeciekającym ogródkowym parasolem…

Dziś parę słów o Norwegii. Norwegia to mój… kumpel, kolega, znajomy… W sumie sama nie wiem, jak to określić. Nie chodziliśmy nigdy razem do klasy, ale w miarę się znaliśmy, jak to w niewielkim miasteczku. W trzeciej klasie gimnazjum chodziliśmy na wspólne zajęcia przypominające fakultety w szkole średniej. Tam trochę bardziej się poznaliśmy…  Był uczniem średnim, lecz strasznie inteligentym, co rzucało się w oczy. W marcu, może kwietniu podszedł do mnie na szkolnym korytarzu z pewną prośbą. Słowa wypowiadał ze strachem, tak jakby prosił mnie o coś nieprzyzwoitego przy czym uważał, że słowami tymi mógłby mnie skrzywdzić. Okazało się, że w wakacje wyprowadza się do Norwegii, a jego angielski jest słaby, więc czy nie mogłabym go nieco podszkolić… Jasne, że bym mogła, ale ja? Nie miałam żadnego polotu pedagogicznego. Jakbym miała go nauczyć? I to jeszcze angielskiego, tak banalnego i oczywistego? Zgodziłam się. W końcu nie miałam innego wyjścia.

Spotkania odbywały się rzadko. Przyznaję, unikałam ich. Kiedy już się spotkaliśmy, u mnie lub u niego, siedzieliśmy przez trzy godziny, z czego ledwo dziesięć minut poświęciliśmy na naukę angielskiego, choć chłopak rzeczywiście problemy niemałe z językiem tym miał. Dużo rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym. Przed końcem gimnazjum poprosił, bym wytłumaczyła mu chemię, gdzie miał szansę na czwórkę na świadectwo. Ok, nie ma sprawy. Pojął materiał z całego roku w godzinę. Kartkówkę zaliczeniową napisał na 5. O, szczęśliwa ja, że w końcu mu w czymś pomogłam!

Wakacje. Czas spędzaliśmy razem. Słyszałam wiele razy, jaka to szkoda, że nie zwrócił się do mnie o pomoc dużo wcześniej, czego teraz żałuje. Rzucał komplementami. Smucił się, kiedy jego wyjazd się zbliżał. Na pożegnanie przyleciał z bukietem trzydziestu dorodnych, ogromnych, czerwonych róż. Pojechał… Angielski na nic mu się nie przydał. Po miesiącu używał już poprawnie norweskiego. Utrzymywaliśmy dość nieregularny kontakt. Pisał mi, jak bardzo tęskni. Zaczął wyznawać uczucia. Nie w sposób bezpośredni. Wszystko można było wyczytać między wierszami…  Przyjechał w zeszłe wakacje. Widzieliśmy się prawie codziennie. Prawie przez całe dni. Było miło, oczywiście, ale ja w tym wszystkim nie chciałam brać udziału. Chłopak zalecał się do mnie, wygłaszał poważne przemowy na temat życia, zapraszał wszędzie, sypał komplementami. A ja? Ja, jako ta nieasertywna zgadzałam się na wszystko, choć sytuacja była już męcząca. Nie mówiłam mu nic, co o tym wszystkim myślę. Odjechał.

Minął rok. Krótkie wiadomości raz na jakiś czas. Prezenty na święta i urodziny. A mnie głupio, bo nic mu nie daję i nie chcę, żeby myślał o mnie bardziej niż o koleżance.

Przyjeżdża dziś. Zapowiadają się trzy tygodnie niezręcznych sytuacji. Powiedziałam, że będę miała dla niego mało czasu, bo chodzę do pracy i robię prawo jazdy. Tylko że… pracy nie znalazłam, a do prawka brakuję mi trochę pieniędzy. I co teraz? Będziemy latać po kinach, restauracjach i innych takich… Będę słuchała komplementów, wyznań i próśb, bym pojechała z nim na resztę wakacji do Norwegii… I co zrobić? Trzymam go na dystans i nie chce tego zmienić. Jak mu powiedzieć, by nie wiązał ze mną żadnych nadziei, tak by go nie zranić? Uciekać czy poddać się jego adoracji..?

Depeche Mode – Little 15

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii O mnie

 

Studiów wybór trudny…

04 lip

Siedzę w domu uziemiona… Pilnuję majstrów, którzy od dwóch bitych miesięcy remontują mi kuchnię i łazienkę. Skończyła się kawa, więc sączę kakao, przypominając sobie czasy beztroskiego dzieciństwa… Za oknem szaro i mokro, po nocnych nawałnicach, którze przechodzą nad moimi okolicami od ładnego już czasu. Muszę wymyślić jakiś ciekawy wyjazd i wyrwać się z tej nudy. Dopiero trzeci dzień wakacji, a ja… już mam ich dość (nie bijcie!). Czytam zaległe książki, skaczę po kanałach i blogach, słucham piosenek, które znam już na pamięć i mam ich dość, chodzę tu i tam, odbijam się jak piłka od ścian, czasem dla urozmaicenia – od sufitu…

Wczoraj odwiedziłam koleżankę, Melę, która (szczęściara!) zdała bardzo ładnie matury, co było dla mnie nie lada zdziwiniem, gdyż Mela uczennicą tylko przeciętną zawsze była. No, ale znając już prawie na pamięć tegoroczne arkusze z przedmiotów obowiązkowych, wcale się nie dziwię, że tak dobrze jej poszło. Znając też moje szczęście,  z pewnością trafią mi się arkusze o horrendalnym poziomie, któremu nie podołam… Ale nie o tym chcę pisać.

Jestem osobą niezdecydowaną, co jest najokropniejszą cechą, jaka może się człowiekowi przydarzyć. Dlatego wszystko, co mnie czeka, musi być solidnie, milion pięścet razy przemyślane z piętnastoletnim wyprzedzeniem…

STUDIA. Myślę o nich od dawna. Siedząc na biol-chemie (choć jestem humanistką) chcę iść na medycynę lub stomatologię. Ok, może nie od razu, że chcę, ale po cichu marzę. Znam swoje możliwości i wiem, że po przebytych kilku próbnych maturach z biologii i chemii o medycynie i stomie nie mam nawet na razie co śnić. No… ewentualnie   o techniku dentystycznym, ale tam trzeba mieć niezłe zdolności plastyczne, ktrórych u mnie brak… Ale nie o mnie tu mowa miała być. Wątpliwościami w sprawie mojego pójścia na studia jeszcze pewnie nie raz się tu podzielę…

Jest lipiec. Mela nie wie jaki kierunek wybrać. Jest po mat – geo. Cały czas mówiła coś o geografii czy nawet o gospodarce wodnej, po to, by w styczniu oznajmić mi, że idzie na logistykę. Spytałam, o co chodzi w logistyce, ale w odpowiedzi ujrzałam wzruszenie ramionami i zakłopotaną minę. Miesiąc temu wymyśliła pielęgniarstwo. Wczoraj bezpieczeństwo publiczne/narodowe. Zastanawiam się, co jeszcze wymyśli…

Czy tak naprawdę o to chodzi? Iść na studia tylko po to, by móc powiedzieć: jestem na studiach, będę miał wyższe wykształcenie, będę zarabiać kupę kasy, ale… tak nawiasem mówiąc… nie mam polotu do tej roboty, a nawet mam problem z jej znalezieniem! ? Chyba nie. Zastanawiam się nad studiami od czasów gimnazjum. Wiem, że to decyzja na całe życie, a nie takie tam hop siup, byleby być na studiach, które wcale mnie nie kręcą i nie zapewnią mi dogodnej przyszłości. Bezmyślny wybór studiów nic nie zapewnia. Jest wręcz przekleństwem! Coraz więcej jest ludzi pochopnie podejmujących decyzję… Potrafimy narzekać na społeczeństwo, że jest takie i owakie, lecz my sami, nawet nieświadomie, do tejże owakości się przyczyniamy!

Życzę Meli jak najlepiej! No, chyba, że zostanie nauczycielką…

Przepraszam, że w wakacje poruszam taki temat, ale szkoła i edukacja zawsze mi w głowie, a temat na czasie… Potrafię narzekać (wrodzone przekleństwo), a pewnie sama będę za rok ubolewać nad wyborem studiów… W ramach rekompensaty troszkę Depeszów, którzy dziś towarzyszą mi od rana… czyli od 12.00 w południe. :)

Depeche Mode – Never Let Me Down

 
 

  • RSS